poniedziałek, 17 lipca 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 17

   Cześć...

Wróciłam z wakacji bogatsza o kolejny kapelusz, kolejną książkę o miłości i wojnie, i o taki oto zacny kubeczek: 


 Musiała fanatyczka, musiała...

Nie wiem, czy w ogóle ktoś się na tym pustkowiu ostał, bo wszyscy przenoszą się powoli na Wattpada i czuję się trochę samotna. Dajcie znać, jak żyjecie. I oczywiście dajcie znać, czy podoba się rozdział. 

Zapraszam do czytania!



(Piosenka mało adekwatna do notki, ale bardzo ją lubię)



********************************************************************************************************



             Kolejne dni mijały wolno, ciągnęły się jak tygodnie, płynęły jak stulecia. Choć trwałam w takiej świadomości bez większych nadziei na wybrnięcie z tego bagna, cały czas zdawałam sobie sprawę ze swojej głupoty. Zaczęłam spoglądać na świat w nieco bardziej realistyczny sposób. Odsunęłam na bok wszystkie złe przeczucia, gdyż podjęłam decyzję, by przynajmniej teraz nacieszyć się chwilą i żyć teraźniejszością. Nie mogłam jednak do końca pozbyć się niepokoju, który towarzyszył mi podczas szarej codzienności. Czułam pustkę po stracie tego, co najważniejsze. 

                    Każda sekunda stała się nieskończenie trwającą walką kotłujących się we mnie myśli. Każda sekunda była ogromnym cierpieniem, wypełnionym bolesną pustką. Nie chodziło już o chorobę. Zaczęłam godzić się z swoim nieszczęściem, przyjmując je jakoś normalnie, z pokorą. Poczułam iskierkę nadziei, że akurat tę przeciwność będę w stanie pokonać. Co natomiast dotknęło mnie najbardziej? Oczywiście świadomość samotności. Cały czas rosnącej samotności.

                    Nieubłaganie zbliżał się czas, gdy ta właśnie samotność miała osiągnąć punkt kulminacyjny. Wraz z nadejściem końca roku szkolnego spłynął na mnie strumień sentymentów, polegający na tysiącu pytań i milionie innych wspomnień. W te dziesięć miesięcy nie zdołałam zrobić wiele. Nie zdążyłam spełnić swoich marzeń. Potem nastąpił rzekomy wyrok... Przerażenie, strach, smutek, a w końcu kłótnia z Ewą. Zadałam sobie jeszcze jedno pytanie, po którym jednoznacznie stwierdziłam, iż koniec roku szkolnego nie oznacza dla mnie wakacji. Wakacje są czymś, z czego człowiek powinien czerpać radość. Oprócz słońca, męczących upałów, to także czas, kiedy można odnowić zapomniane kontakty, naprawić to, co zepsute, odkryć to, co nieznane...

                     Pożegnałam drugą klasę liceum z ogromnie mieszanymi uczuciami. Owszem, przez cały czas zdawałam sobie sprawę, że nie jestem tutaj lubiana. Że po każdym przekroczeniu progu szkoły napotykam pogardliwe spojrzenia i obojętność. Mimo tego poczułam się jakoś smutno. Pamiętam, jak po uroczystym apelu usiadłam na chwilę na murku  z tyłu placówki i wraz z natłokiem myśli doszłam do wniosku, iż smutek powstały w ostatnich chwilach nie jest bezpośrednio powiązany z opuszczeniem szkoły na te dwa długie miesiące, tylko z tęsknotą za czymś, co ostatnio zniszczyłam. Ubiegłe tygodnie przywoływały mi na myśl krótkie chwile spędzone z Ewą, zanim odkryła prawdę. W ciągu ich trwania cały czas wypominałam sobie ten ogromny błąd. Zasłużyłam na odpowiednią karę i teraz odczuwam jej skutki, bowiem od czasu incydentu - nie dostałam od niej jakiegokolwiek znaku życia. Janek wielokrotnie próbował się ze mną skontaktować, lecz to do niego czułam tak naprawdę największą złość. Gdyby uszanował moją wolę, zapewne rudowłosa dowiedziałaby się w bardziej odpowiednich okolicznościach. Chłopak pewnie chciał się jakoś marnie wytłumaczyć, bo wydzwaniał do mnie nawet nocami, przez co byłam zmuszona wyjąć kartę z telefonu, co i tak nie do końca pomogło. Zaczęło się naciskanie nieszczęsnego guzika od domofonu, a ja natomiast po cichu kierowałam modlitwy do Boga, żeby prędzej czy później nastąpiła jakaś awaria. Oczywiście bezskutecznie. Janek i tak odpuścił.
                    Powoli moją duszę ogarniało jakieś dziwne uczucie, niedające mi spokoju. Jeszcze przed nadejściem wakacji coraz bardziej zamykałam się w sobie. Robiłam to tylko z powodu przyjaciół. Oszukując, sama zostałam oszukana. Janek postąpił bezczelnie. Mógł ze mną porozmawiać, jakoś głębiej omówić tę sprawę, ale widocznie wolał iść na łatwiznę. Początkowo byłam na niego naprawdę zła. Teraz jest mi po prostu przykro. On... Zawsze uważałam go najwspanialszego przyjaciela na świecie, gdyż rzeczywiście z pozoru taki był. Dlaczego więc tak się stało?

                    Codzienność zaczęłam spędzać w samotności, przebywając w pokoju i obserwując gasnące promienie słońca, a później już same cienie sunące po suficie. Moja babcia często mawiała sarkastycznie, że głupota boli. Bez nuty ironii, mogę podziękować babci...

                    Rodziców niesamowicie martwił mój nastrój. Zazwyczaj w porze wakacyjnej tryskałam energią, a teraz... Już sama nie wiem co myśleć. Chyba po prostu zgasłam. Zgasłam jak stara świeczka.

                    Zachowywałam się zupełnie egoistycznie, jak nie ja. Nie jestem złą osobą i choć wiele razy zawaliłam - zawsze potrafiłam otrząsnąć się jakoś z problemów, pójść dalej. Teraz obrałam inną taktykę, próbując uciec od nich za wszelką cenę. Nie wspomniałam rodzicom o powodzie moich dołów, bo sprawa była zbyt dziwna, by ją normalnie skomentować. Ewa powiedziała prawdę, za to więc nie mam do niej żalu. Gorzej jest z Jankiem, a gdy nie ma jego - nie ma i Ewy. Oni oboje liczą się w pakiecie.  

                    Dałam rodzicom dostateczną ilość powodów do zmartwień. Kiedy przebywałam poza pokojem, często próbowali nawiązać ze mną jakiś kontakt. Wtedy rozmawiałam chętnie - ostatnio brakowało mi bardzo rodzinnego ciepła, dlatego ponownie (i całkiem skutecznie) próbowałam je odnaleźć właśnie tym sposobem. Doceniłam wreszcie troskę płynącą z ich strony, ale kiedy przyszło co do czego - przypominałam sobie o wszystkim i dobry nastrój znikał bezpowrotnie. Tego niestety nie zauważyli, a przynajmniej udawali, że nie widzą. 


                                                                    ***


                      W drugim tygodniu wakacji pogoda wyjątkowo nie dopisywała, więc ze względu na sytuację, tak czy inaczej musiałam zostać w domu. Mój nastrój w przeciwieństwie do pogody był dosyć dobry. Oglądałam z Robertem brazylijskie telenowele, lecz po dwugodzinnym maratonie naszła mnie ochota na coś innego.

- Idę do pokoju, Leoncio. - uśmiechnęłam się do Roberta, gdy ten spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

- Dlaczegoż to, moja Isauro? Czyżbyś uciekała do swojego Alvaro? 


- Dokładnie tak. - zachichotałam zdziwiona świetnym humorem. - Żegnam.


                        Ruszyłam wolnym krokiem w stronę pomieszczenia, lecz zatrzymałam się przed telefonem stacjonarnym. Naszła mnie kolejna ochota. Chciałam zadzwonić do kogokolwiek. Tylko do kogo? Nawet Patrycja gdzieś wyjechała. Wspominała coś o miejscu wyjazdu, ale zdążyłam zapamiętać tylko tyle, że ma rodzinę w Niemczech. Szczęściara. Tego roku nasza sytuacja finansowa raczej wykluczała jakiekolwiek wczasy. Liczyłam co najmniej na wspólne wypady z Ewą i Jankiem, lecz najwidoczniej przyszło mi tylko oglądać brazylijskie telenowele. Odeszłam od telefonu i wróciłam do swoich planów.

                        W pokoju było zimno, bo rano zostawiłam otwarte okno, a w tym czasie zdążyło się ochłodzić. Zamknęłam je i usiadłam na łóżku, prawie zapominając o celu  "przybycia" tutaj. Większość szuflad znajdująca się w moim biurku była po brzegi zapełniona karteluszkami i różnymi kartkówkami, które przechowywałam jeszcze z czasów wczesnej podstawówki, natomiast jedna z nich stanowiła dla mnie swego rodzaju schowek. Coś w stylu kapsuły czasu, ale nie do końca. Wolałam nazywać to inaczej. Trzymałam tam swoje różne rzeczy, a przede wszystkim wspomnienia. Gdzieś w tej właśnie szufladzie, wśród mniej lub bardziej znaczących pamiątek, ukryłam wyjątkowo cenną rzecz, po którą bez namysłu sięgnęłam.

                                                                   ***

                           Pamiętnik przeniósł mnie w magiczny świat starych czasów, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Niemalże ze wzruszeniem wertowałam kolejne, nieco poniszczone kartki, docierając wreszcie do ostatniego wpisu z 5 kwietnia 1991 roku.


Drogi Pamiętniku,

mnóstwo czasu minęło od ostatniego wpisu. Ostatni raz sięgnęłam po Ciebie na początku lutego. To nieważne - bo jak mawia dziadek, są na świecie rzeczy ważne i ważniejsze. Wiesz co, Pamiętniku? Dziadek chyba ma rację. Ludzie mówią, że to dobry człowiek, a ja się z nimi w zupełności zgadzam. 

Minął ponad miesiąc od moich jedenastych urodzin. W momencie, gdy zdmuchiwałam świeczki na moim urodzinowym torcie poczułam się nagle bardzo dojrzale. Bardzo fajnie mieć już "naście" lat. To trochę poważniejszy wiek, w porównaniu do dziesięciu, choć i tak czasami zachowuję się jeszcze jak dziecko. To wspaniałe uczucie, Pamiętniku. Robert mówi, że w jego wieku będę całkowicie dojrzała, ale bardzo się myli, bo przecież sam jest jeszcze bardzo dziecinny. Lubi sobie czasem coś ubzdurać. Taki już jest.

Mam też niestety bardzo smutne wiadomości. Ewa wyprowadza się niedługo z Warszawy. Co prawda do wyprowadzki zostało parę miesięcy, ale już na samą myśl o braku najlepszej przyjaciółki szklą mi się oczy. Mam jeszcze Janka i Patrycję, ale to nie to samo, a Janek nie chodzi ze mną do klasy.


Faktycznie, nigdy nie chodziłam z nim do klasy.

Niedługo planujemy wyjechać na parę dni do babci i dziadka. Stęskniliśmy się za nimi, a babcia mówiła mi przez telefon, że za dwa miesiące będziemy zbieramy truskawki. Nie mogę się już doczekać!

Piszę to jeszcze raz, bo nie mogę się powstrzymać: jest godzina 20:48, a ja piszę przy moim biurku, w końcu 11 lat to poważny wiek, prawda?

Nie powiedziałabym. To zbyt absurdalne z perspektywy czasu.

Och, i jeszcze jedno! Data: 5.04.1991 r.

                  Wtedy wszystkie fakty uderzyły mi do głowy niczym grom. Pisałam to kilka tygodni przed wypadkiem. Ostatni wpis, bo po tym przeszła mi ochota. 5 lat... Tyle się zmieniło... Z biegiem czasu nie zauważyłam żadnej różnicy w moim zachowaniu. Widocznie zmiany zachodzą stopniowo i dopiero po jakimś czasie można zauważyć ich skutek. W wieku 11 lat byłam niesamowicie radosna, jak prawie każdy dzieciak. Rozbawiło mnie to, że tak wiele rzeczy uznałam za poważne. Przynajmniej myślałam pozytywnie.

                    Z ciekawości postanowiłam zajrzeć do jeszcze innych wpisów. Nie byłabym sobą, gdybym poprzestała na jednym. Tym razem przewertowałam kartki na sam początek, gdzie koślawymi cyferkami zapisałam niegdyś datę: 5.01.1988 r.


Kochany Pamiętniku!

Piszę szybko i litery są takie brzydkie i krzywe. Mama mówi, że powinnam poćwiczyć pismo, ale wszystkie moje koleżanki piszą nieładnie. Dopiero co się nauczyliśmy, a i tak tatuś pomaga mi czasem poskładać wyraz jak nie umiem go napisać. Chociarz nie. Pati pisze ślicznie i jej rodzice nie muszą pomagać.


Wzdrygnęłam się, widząc błąd w słowie "chociaż"


Zamierzam od dziś pisać w moim pamiętniku, żeby zapamiętać wszystkie ciekawe rzeczy. Teraz prawie każdy prowadzi taki pamiętnik. Niektórzy dają go swoim koleżankom lub kolegom, a oni wtedy piszą w nich jakieś mądre zdania, które średnio rozumiem. Ja jestem bardziej sentymentalna i wolę opisywać zdarzenia. Sentymentalna? Dobrze to napisałam? Chyba tak. Usłyszałam to słowo w radiu. Podoba mi się :)


Uśmiechnęłam się do tych słów, choć nie było to wszystko.


Dzisiaj bawiłam się na dworze, bo wreszcie spadł śnieg! Jest strasznie zimno i Janek szybko wrócił do domu. Śmiałam się potem z Ewą, że żaden z niego facet. Pewnie się jeszcze rozchoruje, albo coś innego...

Ja już kończę, Pamiętniku, bo strasznie boli mnie ręka od tego pisania. Nawet w szkole nie piszemy tak dużo!

- To więc wyjaśnia moje brzydkie pismo. - zaśmiałam się głośno.


                          Wpisy zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. W czasie tworzenia pierwszego nie miałam jeszcze ośmiu lat. Błędów ortograficznych praktycznie nie zauważyłam, ale z pewnością dużo korzystałam z pomocy rodziców. To wszystko było takie pocieszne, że tym razem rzeczywiście poleciało mi kilka łez wzruszenia.


29.06.1988 r.

Drogi Pamiętniku,

choć wakacje dopiero się rozpoczęły, już planujemy wyjazd w Karkonosze. Wolałabym pojechać nad morze, ale rodzice tym razem wybrali góry, bo mają dość wiatru. Ale w górach też wieje, prawda? No właśnie. Próbowałam ich przekonać. jednak dzieci i ryby głosu nie mają. Nawet Robert jest 
przeciwko mnie :(


Jeżeli dobrze pamiętam, w górach bardzo mi się podobało i kolejne dwa lata jeździliśmy w to samo miejsce.


Dzisiaj poszłam z mamą i Ewą na basen. Tata z Robertem pojechali na ryby, a ja miałam dylemat, czy pojechać z nimi. W końcu wybrałam basen. Po godzinie dołączył do nas też Janek. Było bardzo fajnie. Jestem beznadziejna w sporcie, ale za to pływam świetnie. Mogłam popisać się przed Ewą. Jej szło kiepsko.


Zawsze lubiłam pływać i nie przypuszczałam, że w tej dziedzinie będę w stanie kogoś pobić. Jednak to się stało.


18.10.1988 r.

Drogi Pamiętniku!

Już prawie dwa miesiące trzymają mnie w tym więzieniu, czyli tak zwanej SZKOLE. Tamten rok był fajny. Miałam przynajmniej jakieś koleżanki. Teraz mam wrażenie, że ciągle robię coś nie tak. Nadal przyjaźnię się z Ewą i Patrycją, ale pozostałe dziewczyny (chłopcy w sumie też) dziwnie na mnie patrzą, a czasem zadają jakieś pytania, na które nie znam odpowiedzi. Nie rozumiem ich zachowania. Jest mi przykro. Mama mówi, żebym się nie przejmowała, bo kiedyś im się znudzi, ale ja w to wątpię. No cóż, jakoś wytrzymam.. To będą naprawdę ciężkie miesiące...

A więc... To wtedy się zaczęło. Nawet nie wiedziałam, że tak wcześnie.

Czytałam kolejne i z biegiem czasu problem rzeczywiście rósł. W końcu dotarłam do wakacji '89.


25.07.1989 r.

Dziś odpoczywamy nad jeziorem. Wynajęliśmy na weekend domek od znajomych rodziców. W górach było fajnie, ale w tym roku chcieliśmy jeszcze gdzieś pojechać. Jest tu niestety pełno much. Czasami mam wrażenie, że wejdą mi do nosa. Fuuuj!

Jeziorko jest czyste i super się w nim pływa. Pierwszy raz nurkowałam z tatą przy pomocy rurek do oddychania. Było świetnie! Niedaleko znajduje się też stadnina koni i po kąpieli poszłam z Robertem pooglądać koniki. Spodobał mi się jeden - cały w małe brązowe plamki. Próbowałam go pogłaskać, ale ode mnie uciekł. Chyba mnie nie polubił. Szkoda. Zawsze chciałam mieć konia.

Wieczorem ugryzła mnie osa. Strasznie pie...


Tutaj wpis się urwał. Znając siebie, pisałam go wieczorem i rodzice zagonili mnie do spania.
Następna notatka, którą przeczytałam - kompletnie zwalała z nóg.


2.04.1990 r.

Wybraliśmy się dzisiaj na lody.


"My", czyli ja, Patrycja, Ewa i Janek.


Mama często nie pozwala mi chodzić samej po mieście, bo w końcu Warszawa jest wielka i łatwo można się zgubić. Zapewniłam ją, że idziemy w znane tereny, lecz i tak kręciła na to nosem. Z tatą poszło lepiej - zgodził się bez namysłu. Może po prostu chciał pobyć z Robertem i moja nieobecność była mu na rękę?

Janek jest super chłopakiem. To trochę dziecinne, ale bardzo lubimy bawić się razem w piratów. Zawsze trzyma się blisko mnie, bo jestem zastępczynią kapitana. Dziewczyny zazdroszczą mi, że podrywa mnie kapitan. Swoją drogą, ma prześliczne oczy. Niebieskie są najpiękniejsze. Janek trochę mi się podoba, ale ćśśś! Tylko odrobinkę!


                       Janek mi się podobał, Janek mi się podobał... O, nie!

                       Kolejne kartki pamiętnika tylko potwierdzały autentyczność tych słów. Co ja w nim widziałam, że bujałam się w Janku jakieś... 3 lata?

                       Po przeczytaniu tego wszystkiego w mojej głowie powstał dziwny mętlik. Zaczęło mi się porządnie mieszać w mózgownicy. Łączyłam po kolei fakty, dochodząc wreszcie do wniosku, jak bardzo zmieniło mnie ostatnio życie. Czy naprawdę jestem obecnie tak odmienna od Iwony, którą znałam kiedyś? Czy zatraciłam w sobie to unikatowe "ja" i zostałam taką osobą jak teraz?

                        Drżącą ręką przewróciłam kartki na sam koniec i nieco koślawo zapisałam dzisiejszą datę: 5.07.1996 r.



Drogi Pamiętniku!

5 długich lat minęło od ostatniego wpisu. Nie jestem już jedenasto, a szesnastolatką z ogromnymi problemami. Nie wiem, czy zamierzam kontynuować pamiętnik. Po tak długim okresie abstynencji nie będę w stanie chyba pisać dalej z taką zawziętością, jak kiedyś.

W ciągu tego całego czasu stałam się kimś zupełnie innym. Może dlatego właśnie tak bardzo pragnę o tym napisać. Przeczytałam moje "dzieło", które prowadziłam, no, przyznam - dosyć długo. Tamte wszystkie wydarzenia wydają się teraz tak błahe w porównaniu tym, co trapi mnie teraz...

Moi dziadkowie nie żyją, a ja swoje życie również mogę stracić. W kwietniu tego roku zdiagnozowano mi złośliwy rodzaj nowotworu - białaczkę. Choroba zabija mnie powoli, ale najbardziej wysiada psychika. To przez nią straciłam dobre kontakty z jedynymi znajomymi. Chciałabym to naprawić, ale jeden osobnik zawinił, i to bardzo. Nie chcę o tym wspominać.

W dużym skrócie - wydarzyło się naprawdę wiele. Kto wie, czy za następne 5 lata nadal będę stąpała po tej Ziemi. Iwono z przyszłości, jeżeli zawalczysz i przeżyjesz chorobę... Pozdrawiam Cię serdecznie!!! Nie mam najmniejszego pojęcia, czy dożyję starości, czy też umrę w wieku 16/17 lat. Życie pokaże...


                           Odłożyłam pamiętnik tam, gdzie jego miejsce. Dziwne, że tyle czasu przeleżał na dnie szuflady. Pochłonął mnie chyba wir pracy i następujących po sobie zmartwień, które po kolei odsuwały na bok mniej istotne sprawy. Zostałam zakompleksionym filozofem i straciłam tę radość przelewaną stopniowo na kartki pamiętnika. Byłam wtedy jeszcze strasznym dzieciakiem. Pisałam o prostych rzeczach, bo na takie zwracałam uwagę.

                            Uśmiechnęłam się do siebie i wróciłam do salonu, gdzie na kanapie siedziała tym razem cała rodzinka. Tylko mnie brakowało do kompletu. Usiadłam pomiędzy mamą a tatą i powiedziałam cicho:



- Znalazłam coś ciekawego...


                          Moja rodzicielka zamrugała kilka razy oczami, jakby chciała otrząsnąć się z transu.


- Co mówiłaś?


- Mówiła, że coś znalazła. - mruknął tato, patrząc na ekran telewizora. - Może bombę atomową, albo zeszyt od rosyjskiego?


- Zeszyt znalazłam już dawno. Bomby atomowej też nigdzie nie mam. To coś innego. Mogę wam później pokazać...


- Dobrze, jeżeli rzeczywiście nie jest to bomba atomowa. - zaśmiał się Robert.


- Iwona, zobacz jaka się ładna pogoda zrobiła. - mama wyjrzała przez okno i z uśmiechem spojrzała na zegarek. - Piętnasta piętnaście. Nie chciałabyś wyjść gdzieś z przyjaciółmi? Nie myśl, że nie widzimy, jak całe dnie przesiadujesz w pokoju. Dlaczego taka jesteś. Ostatnio fajnie spędzałaś czas z Jankiem. Tam na działce, pamiętasz? Teraz ich... Olałaś. Czy... Czy coś się stało?


- Ty mi nawet o Janku nie mów, mamo...


- Mama ma rację. - wtrącił się tato. - Iwciu, musimy znać twoje problemy. Jesteśmy rodziną. Chcesz z nami porozmawiać?

Zdenerwowałam się trochę, ale nie dałam po sobie tego poznać.


- Nie chcę z wami porozmawiać. - przyznałam.


- A to dlaczego? Zmarnujesz sobie wakacje w samotności. - mama oparła się o stół i nerwowo stukała palcami w blat.


- Zmarnuję sobie wakacje i bez tego!


- A więc to coś związanego z chorobą, tak?


- Może. Coś w tym sensie...


- Czyli widzisz, Ado. Coś jest na rzeczy. - tata wyłączył telewizor i wolnym krokiem zbliżył się do mnie.

   Mieli rację. Potrzebowałam poważnie porozmawiać. W końcu uległam.


- OK...


- Co "Ok"?


- Porozmawiamy później. Teraz idę się przejść. Wybaczcie mi...


- Dobrze. Jeśli chcesz, możemy porozmawiać tylko my dwie, w cztery oczy. Chcę po prostu wiedzieć, co ci leży na sercu.


- Jak każda matka. - pocałowałam ją w policzek. - Wychodzę na jakiś czas...


- Sama?


- Sama...

                                                                      ***

                           Silny wiatr przegnał deszczowe chmury i na niebie nie było widać żadnego obłoczka. Dzisiejszego dnia świat wypiękniał, choć nigdy nie uważałam początków lipca za szczególnie urokliwe. Maja, czy czerwca - owszem, ale za klimatem lipca raczej nigdy nie szalałam. Wolałam sierpniowe wieczory, jakby wprost wyjęte z poezji Adama Mickiewicza. Ciche i romantyczne. Piękniejsze niż tłumy ludzi kotłujące się przy kąpieliskach. Bardziej naturalne.

                            Szłam powoli i chyba już z dziwnego przyzwyczajenia oglądałam się co jakiś czas za siebie, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, kogo nie chciałabym dzisiaj widzieć. Ucieczka od problemów była bardzo złym rozwiązaniem. Czasem przemykała mi myśl, że może Janek faktycznie nic Ewie nie powiedział, ale z drugiej strony - innego wyjścia nie było. Chciałam mu powiedzieć, co o tym wszystkim sądzę, ale resztki godności wolałam zachować dla siebie. Tak na wszelki wypadek.

                            Skręciłam w alejkę prowadzącą do parku. Przekwitły już kwiaty, które zazwyczaj tutaj rosły. Szkoda. Były naprawdę śliczne. Nie tak dawno, pewnego okropnego kwietniowego dnia widziałam je po raz ostatni. Później zrezygnowałam z odwiedzania tego miejsca. Przynajmniej na jakiś czas.

                             Usiadłam w tym samym miejscu, co wtedy. Przypatrywałam się tafli wody z nieziemskim spokojem, jakbym chciała utopić w niej swoje najgłębsze smutki, żeby spłynęły na samo dno. Wtedy jak na złość przypomniało mi się wrzucanie do stawu i tą myślą wróciłam do domu...

                                                                     ***

- Gdzie tata z Robertem? - zapytałam po zauważeniu ich nieobecności.


- Wyszli gdzieś na chwilę. - odpowiedziała mama.


- To znaczy gdzie?


- Nie wiem. Wrócą za jakiś czas.


Czułam, że coś kręci, ale nie zamierzałam drążyć tematu.


- Gdzie byłaś?


- Przede wszystkim w parku. Trochę też spacerowałam.


- Musiałaś pozbierać myśli? - przybrała poważny wyraz twarzy.


- Coś w tym stylu.


- I jak?


- Ale co?


- Zbieranie myśli. Możemy normalnie porozmawiać?


- Jasne, możemy.

           
                               Usiadłyśmy na kanapie, a ja westchnęłam głęboko.


- To było pewnej majowej niedzieli. - zaczęłam. - Rano zapukała do mnie Ewa i...


- Pokłóciłyście się? - przerwała mi mama.


- Dasz mi dokończyć?


- Oczywiście. - posmutniała.


- Słuchaj teraz. To jest dopiero dobre! Janek jej o wszystkim powiedział, a ona zrobiła mi z tego aferę, jakby to było nie wiadomo co, rozumiesz? Nakablował, dureń jeden. Od tamtego czasu... No, wiesz. Nie rozmawiam z nimi obojga. Jak ma to robić ze świadomością, że Ewa wie, a Janek to hipokryta?


                         Mama zbladła, jakby powoli docierał do niej sens tych moich słów.


- Wszystko w porządku, mamo? - zapytałam troskliwie.


- Ja... Nie dziwię się, że wie.


- Co...? Dlaczego?


                          Przyłożyła dłoń do czoła i spokojnym tonem oznajmiła:


- Widziałam się z Ewą w tamtą sobotę, zanim jeszcze pojechaliśmy na działkę. Naprawdę myślałam, że o wszystkim wie, ale gdy powiedziałam jej, iż musisz wziąć leki, sama się dowiedziała. Była taka... Przerażona i zatroskana... Przyrzekała, że to nie wpłynie na waszą przyjaźń i nie będzie miała ci niczego za złe. O to się pokłóciłyście? Janek nie ma z tym nic wspólnego... Halo, Iwona? Dobrze się czujesz?

*********************************************************************************

Uwielbiam kończyć w takich momentach :D
Powtórzenia w kartkach z pamiętnika umieściłam specjalnie - musiałam się jakoś wczuć z dziecko, a było trudno, bo ponoć jestem 68 - letnią babcią.
Jak nietrudno zauważyć, dodałam stronę "Autorka" i jak chcecie, możecie poczytać coś... Choć sama nie wiem czy warto znać Mezzoforte. Bardzo dziwna z tej Mezzoforte osóbka...

Mam nadzieję, że się podobało, ja tymczasem spadam i lecę ogarnąć to coś, bo zaraz runie... xD




   
Mezzoforte

niedziela, 25 czerwca 2017

8 lat [*]

Witajcie!

Ważna dziś rocznica, prawda?
No właśnie.
Nigdy wylewna nie byłam i na pewno niejedna osoba zdążyła zauważyć, że bywam czasem sztywna, a pokazywane uczuć przychodzi mi z trudem.
Nic na to niestety nie poradzę. To co sądzę o Michaelu wolę zostawić dla siebie, ale nie  wykluczam możliwości, że kiedyś, w dalekiej przyszłości może jeszcze opowiem co nieco o paru pierdołach, ale... Nie teraz.

W dużym uogólnieniu - Mike jest dla mnie w życiu bardzo ważną osobą, którą podziwiam i która niesamowicie inspiruje mnie do... Po prostu do bycia. Lepiej tego nie ujmę.
Straszną przykrość sprawia mi fakt, że Michael nie żyje już od tylu lat. Można mówić co się chce, ale w mojej osobistej interpelacji był aniołem zesłanym na Ziemię i zdania NIE ZMIENIĘ.

Teraz pomyślałam tak sobie, że gdyby nie mój tata, teraz z pewnością nie byłabym fanką MJ. Dziękuję, tato, choć i tak nigdy tego nie przeczytasz, bo raczej wolę zostawić moje blogowanie dla siebie ;)



Śliczny montaż, śliczna piosenka. Wielki szacunek dla autorki!



Może faktycznie po drugiej stronie jest lepiej?




Na koniec coś zabawniejszego xD









Spoczywaj w pokoju, kochany.
Zrobiłeś wiele dla muzyki...
Bardzo wiele ;'(   <333



poniedziałek, 19 czerwca 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 16

               
Hej! 

Tak, rozdział miał być wcześniej, WIEM o tym, nie bijcie (ewentualnie możecie mnie rozstrzelać)
Pod koniec roku miałam w szkole taki szał, że masakra. Przepracowałam się bez dwóch zdań. Na szczęście do wakacji coraz bliżej i nareszcie odpoczniemy wszyscy od tego wszystkiego.
Tak mi się jeszcze jedna rzecz przypomniała odnośnie poprzedniego rozdziału, a dokładniej wrzucania do stawu. Ostatnio mnie prawie wrzucił tam wujek, a mój brat majstrujący przy wędce (mały próbuje ryby łowić xD) - wpadł do niego sam. Pomost się skończył i tyle xD :D
I jeszcze jaki zadowolony był i dumny z siebie, haha! Musiałam, po prostu musiałam tę historię przytoczyć...

Rozdział jest dzisiaj wyjątkowo w porządku, choć przepisywałam go na komputer w bólach głowy (akurat sąsiedzi musieli słuchać jakiejś śmieciowej muzyki, eh...). Zaszalałam i właśnie od tego momentu zaczyna być ciekawie. Jestem zadowolona...

Także życzę miłego czytania i zapraszam do komentowania!





********************************************************************************************************


          Jej słowa przez pewien czas nie były  w stanie do mnie dotrzeć. Nie potrafiłam 
zrozumieć zaistniałej sytuacji. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak wielki popełniłam błąd. Cały optymizm wywietrzał ze mnie w jednym momencie, jakby za sprawą podmuchu wiatru. Zatraciłam się zupełnie w słodkim kłamstwie i teraz dopiero odczuwam jego straszną gorycz. Nie na tym rzecz miała polegać! Nie tak miało wyglądać moje kłamstwo. Kłamstwo, które może przecież zaważyć na naszej przyjaźni.

                   Nieprawda to najgorszy przykład obrazy drugiego człowieka. Jest oczywiste, że oprócz destrukcji w ludzkich relacjach, niesie ze sobą poważne konsekwencje. Kłamstwo to błąd pozbawiony głębszej filozofii. Naprowadza na złą drogę, wiodącą niekiedy niezwykle daleko od smutnej prawdy. Czasami pociesza, a mimo tego gdy wychodzi na jaw, uderza z podwójnie i niszczy wszystko, co może. Potrafi z jednego przerodzić się w drugie. Wtedy oszustwo wygrywa nad człowiekiem. Ukazuje jego słabość, która pozbawia możliwości mówienia prawdy. 

                 W moim wypadku wyglądało to jeszcze gorzej. Poza paroma rzeczami, nie miałam prawa narzekać na swój los. Posiadałam wszystko, czego potrzebowałam, w tym przyjaźń stojącą teraz pod znakiem zapytania. W mojej naturze leży popadanie w różne skrajności, tarapaty oraz naruszanie harmonii i spokoju życia, których przecież tak pragnę. Popełniłam błąd. Wielki błąd. Z wiadomych powodów poczułam się podle.

                  Spojrzałam na twarz Ewy. Gdy zobaczyłam na niej ten żal, tę złość, spuściłam wzrok. Początkowo nie chciałam wcale źle. Po tylu latach rozłąki nie potrafiłam jej o wszystkim od tak po prostu powiedzieć, nie byłam gotowa. Z drugiej zaś strony - jakim głupstwem było wplątywanie się w te bujdy, że wszystko jest w porządku? Cóż stało na przeszkodzie, by jakimś cudem to wszystko ominąć?

                 Jej wzrok był przeszywający. W kwestii choroby nie miałam już przed nią nic do ukrycia. Chociaż nie powiedziała tego wprost, samo spojrzenie wystarczyło, bym wiedziała. Mogłam faktycznie darować sobie te głupie gierki. Mogłam powiedzieć jej prosto z mostu, jeszcze podczas spotkania w kawiarni. Ale z dziwnych powodów tego nie zrobiłam. Próbowałam sobie zadać pytanie "Po co mi było to wszystko?", lecz w ciągu tych paru sekund nie doznałam żadnego cudownego olśnienia. Wręcz przeciwnie. Zaczynałam rozumieć samą siebie coraz mniej. Zupełnie jakby te wszystkie rzeczy, które robiłam w ostatnim czasie kompletnie straciły sens, a co najważniejsze - ja straciłam tę cząstkę nadziei, że mimo wszystko nie zeszłam zupełnie na złą ścieżkę. A jednak to się stało...

                Nie zważając zbytnio na wyraz twarzy Ewy, zaprosiłam ją do środka. Ona natomiast zrobiła coś dziwnego. Jej spojrzenie ponownie przesiąknęło złością do tego stopnia, że nawet odcień jej rudych włosów wydawał się intensywniejszy i zgodny z temperamentem ich właścicielki.


- Nie zamierzasz wejść?

                 
              Ewa pokiwała przecząco głową.


- Nie. - powiedziała zdenerwowanym tonem. - Przyszłam tu na chwilę.

        
              Niezrażona sytuacją, mówiłam dalej:


- To nie zabrania ci wejść do środka. Chwila może się bardzo przedłużyć, zawsze tak jest.


              W końcu przystała na moją propozycję, bo weszła wolnym krokiem do mieszkania i przystanęła koło regału z książkami. 


- Na co miało to wszystko być? - zapytała zrezygnowanym, niepokojąco sympatycznym głosem. Dobrze wiedziałam, iż zawsze robi tak, gdy jest zdenerwowana. Znałam ją zbyt dobrze, a takich rzeczy nawet po upływie lat się nie zapomina. Przełknęłam nerwowo ślinę.


- Tylko co?


- Ty już doskonale wiesz o co chodzi! - syknęła, odrywając wzrok od kolorowych okładek. - Dlaczego ty cały czas musisz kłamać? I po co ci, do cholery to wszystko?!


               Zrobiło mi się jej jeszcze bardziej szkoda. Głównie z tego powodu, iż faktycznie miała rację. Co do joty. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy dno, na które upadłam nie zaczyna się pogłębiać i przeszkadzać mi w możliwości ponownego powstania. Poczułam się jak w ruchomych piaskach, z których nie w sposób się wydostać. Żyjąc w słodkim kłamstwie, miałam choć iskierkę nadziei. Mogłam przynajmniej z kimś porozmawiać, bez obaw, że zacznie się nade mną użalać i współczuć. Tego bym nie zniosła.


- Uspokój się, Ewa. Bez powodu robisz z byle czego wielkie halo. Musimy spokojnie ze sobą pomówić. - usiłowałam zachować  spokój, lecz lekkie zdenerwowanie zdradził mój łamiący się głos.


- Wiesz co? Chyba miałaś rację, że zostanę tu na dłużej niż chwilę. W końcu niecodziennie z pozoru najlepsza przyjaciółka robi z ciebie... Idiotkę.


- Ale...


- Milcz! Czy ty nie rozumiesz... Czy ty tego nie rozumiesz, że ja się po prostu martwię? Że też chciałabym pomóc?


                 Usiadła na taborecie i zakryła twarz dłońmi. 


- Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogłabyś mi pomóc. - zauważyłam.


- Może i się nie mylisz, ale co mi cholera jasna do tego, skoro każdy mnie ostatnio okłamuje? Uwierz, że nie tylko ty. Czy naprawdę nie zasługuję na szacunek? Choć odrobinę szacunku! Iwa, jest wiele rzeczy, których ty nie powinnaś wiedzieć, ale chyba każdy posiada parę takich tajemnic, których nie zamierza nikomu wyjawić, prawda?


                  Skinęłam głową.


- Doskonale wiem, iż nie jestem idealna. - kontynuowała. - Brak mi czasem pokory, ale wszystkie wady próbuję nadrabiać optymizmem. Uśmiecham się nawet wtedy, kiedy mam ochotę tylko... Siąść i płakać. Ale mimo wszystko wobec przyjaciół jestem szczera ZAWSZE, a to, że nie mówię o niektórych rzeczach, to jedynie moja zakichana sprawa!


                  Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak roztrzęsionej. Zrobiła się cała czerwona i jakby tego było mało - płakała. Po chwili wytarła jednak łzy i z zawziętością rzymskiego legionisty ciągnęła dalej:


- Nie rozumiem, co chciałaś swoim zachowaniem udowodnić. Może mówię jak matka, ale teraz dochodzi do takich sytuacji, przy których nawet ja myślę racjonalnie. Spójrz na to wszystko z innej strony. Kiedyś wiele opowiadałaś mi o pewnej rzeczy. Była to oczywiście część twoich filozoficznych wywodów, ale mniejsza... Nienawidziłaś hipokryzji. Nie tolerowałaś jej.


- To prawda, ale przecież...


- Daj mi dokończyć! - warknęła. - Po prostu ty sama wyszłaś na zwyczajną hipokrytkę. Kiedy po raz pierwszy raz spotkałyśmy się po tylu latach, widziałam w tobie to przygnębienie, lecz myślałam sobie: "No nie wiem, może ma po prostu zły dzień", jednak tych dni ostatnio się trochę nazbierało, nieprawdaż? To mnie niepokoiło i słusznie. Teraz już o wszystkim wiem i niczego się już nie wyprzesz.


- Spokojnie, Ewa. Robisz z tego kuriozum, a tak naprawdę mówisz o rzeczy, która w rzeczywistości nie jest aż tak straszna.


- A wiesz, czym dla mnie jest kuriozum? Ano to, że nie wiedziałam nic wcześniej. Powiedz proszę, jak długo wiedziałaś o tym paskudztwie, zanim cię spotkałam?


- W dniu zdiagnozowania u mnie raka, po raz pierwszy spotkałyśmy się po długim czasie. I to jest właśnie najgorsze. - westchnęłam ciężko.


                    Ewa spojrzała tępo na sufit.


- Pięknie... Teraz pewnie teraz ja będę ci się kojarzyć ci się z chorobą.


                    Zdenerwowały mnie jej słowa. Zdecydowanie przesadzała.


- Nie mów tak, dobra? Przecież nic złego nie zrobiłaś. To raczej ja powinnam się w czymkolwiek winić.


- Ale Iwona! Ty siebie słyszysz? Ty masz białaczkę. Dotarło to do ciebie? Na to się UMIERA. Ech... Zawiodłam się na tobie. Zawiodłam się jak nigdy! Przecież teraz... Wszystko może się stać!


- Nieprawda. Nic nie może się zdarzyć.


                      Ewa poszła szybkim krokiem do kuchni i zatrzymała się przy stole, patrząc na to i owo. 


- Zawsze taka jesteś. Tłumaczysz swoje błędy jakąś dziwną, irracjonalną filozofią, która nijak ma się do tego, co robisz. Jedno mówisz, drugie...


- Cicho bądź, Ewa, bo rodzice lada chwila wrócą z kościoła, a Robert jest w swoim pokoju. Wiesz, jak on lubi podsłuchiwać.


- To ty nie idziesz do kościoła? - zdziwiła się.


- Głowa mnie boli.


- Wiesz co, Iwka? Zaczyna mnie ta rozmowa już wkurzać. Chrzanię twoich rodziców i chrzanię Roberta! Jestem wkurzona, mam do tego prawo.


                  Poczułam się przez chwilę jak oskarżona na sali sądowej, a Ewa nagle zaczęła przypominać oschłą prokuratorkę, sypiącą raz po raz absurdalnymi zarzutami.


- Ewa.. Chciałam tylko powiedzieć, że nie czuję się niewinna. Zrobiłam coś okropnego. Tak, zdaję sobie z tego sprawę! Faktycznie, mogłam powiedzieć wcześniej, ale wyszło jak wyszło. Bałam się, wiesz? Po przyjeździe miałaś na pewno wiele spraw na głowie, a moje problemy tylko dołożyłyby ci zbędnych kłopotów...


- Ty się lepiej nie tłumacz! A z resztą - głupoty się nie tłumaczy. Nigdy. Co się natomiast tyczy zmartwień - dołożyłaś mi ich teraz wystarczająco dużo, bym mogła stąd pójść.


                  Mówiąc to, skierowała się w stronę wyjścia. Zatrzymałam ją szybko, zanim jeszcze zdążyła wyjść.


- Chwila, zaczekaj... Od kogo ty o tym wszystkim wiesz?


                  Twarz Ewy momentalnie złagodniała i już zbierała się, by coś powiedzieć, gdy do głowy przyszła mi oczywista odpowiedź. Janek.

                   Nietrudno było się domyślić, że to on. W końcu to on namawiał mnie, bym powiedziała 
Ewie o białaczce. W tamtej chwili nie rozważałam już innej opcji. Pomyślałam o chłopaku, po czym ogarnął mnie żal. Żal do niego, bo nie potrafił zachować dyskrecji. A ja dałam się nabrać na "naukę uśmiechu"! Też coś! Fałszywiec. Fałszywiec i zdrajca.


- Zabiję Janka! - wydarłam się na całe gardło. - Że też musiał nakablować, skubany. Nie mógł siedzieć cicho. Widać musiał w końcu zsolidaryzować się z tobą, dlatego wydał tę kłamliwą Iwonkę!


                    Ewa z przerażeniem wlepiła wzrok w mój zdenerwowany wyraz twarzy.


- Jego w to nie mieszaj. To najsympatyczniejszy człowiek, jakiego znam. 


- Aha, faktycznie. - zakpiłam. - Wydał mnie. Tyle w temacie. Pieprzony hipokryta!


- Od kiedy ty przeklinasz?


- Nie przeklinam. Wybacz. Jestem zdenerwowana. A poza tym, ty też przeklinasz.


- Ja przynajmniej słusznie! Tobie nie wypada. Jesteś... Zawsze byłaś taka spokojna. Od tej strony cię nie znałam. Boże, co się z tobą dzieje? Nie byłaś kiedyś taka. A Janek... Jankowi nic do tej zakichanej sprawy. Nic a nic!


- Bronisz go, bo to twój... Chłopak. - powiedziałam już spokojniej. - Nikt inny nie mógł ci tego powiedzieć.


- Mów co chcesz. Jeżeli wybierasz życie w kłamstwie - proszę bardzo. Powiedziałabym coś jeszcze, ale mam dosyć godności. Powtarzam po raz kolejny - zawiodłaś mnie...


                     Po tych słowach wyszła, trzaskając za sobą drzwiami. Ja od natłoku emocji skuliłam się przy ścianie, przeklinając w duchu Janka. Teoretycznie nie powinnam tego robić, jednak złość dawała we znaki. Jak nigdy przedtem poczułam doskwierającą mi 
samotność.

                                                                    ***

                       Siedziałam w kącie kolejne 15 minut, nadal nie mogąc zrozumieć sensu tej całej sprzeczki. Cokolwiek Ewa myślała, prędzej czy później i tak bym jej powiedziała. Ale czy to mnie w czymkolwiek usprawiedliwiało? Otóż nie. Chyba jednak miała rację. Rzadko dopuszczałam się głupstw, a jak już, to porządnie. Nie myślałam za wiele nad tą sprawą. Tak naprawdę, stoczyłam się jak nigdy. Sprawdziły się najgorsze przypuszczenia.

                       Usiadłam na kuchennym krześle, oparłam łokieć o blat i teatralnym gestem przyłożyłam dłoń do czoła, niczym pokrzywdzona dama. Tyle że nie byłam ani pokrzywdzona, ani tym bardziej damą. Najgorzej w tym wszystkim ucierpiała Ewa. Czy mówiąc, że wszyscy ją opuścili, miała na myśli rodziców? Najwidoczniej tak. Cóż, nadal liczyłam po cichu na cud, że to wszystko okaże się złym snem. Jednak w dalszym ciągu siedziałam tak bezczynnie z miną męczennicy, roztrzęsiona, zdezorientowana po usłyszeniu... Prawdy.

                      Najprawdopodobniej byłam też strasznie czerwona, dlatego nalałam sobie wody i wypiłam jednym duszkiem. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że to za mało, więc wypiłam kolejną szklankę. W końcu z powrotem opadłam na krzesło i ukryłam twarz w dłoniach. Od momentu diagnozy, moja rozpacz tak naprawdę nie osiągnęła jeszcze takiego poziomu, bym miała wyć jak bóbr. W końcu musiało się to stać.

                      Płakałam bez obaw, że Robert może mnie usłyszeć. Nawet gdyby, i tak nie miałby nic do powiedzenia, bo w końcu ileż można trzymać emocje na wodzy? Uświadomiłam sobie błąd, ten głupi błąd, w efekcie którego to ja zaczęłam sprawiać problemy wszystkim dookoła. Nie odwrotnie. Cały czas okłamywałam się, że walczę. Tak naprawdę poddałam się już na samym początku, bo pewnych rzeczy nie potrafiłam zaakceptować. Okropieństwo.


- A tobie co się stało? - usłyszałam cichy głos mojego brata.


                         Spojrzałam na niego szklistymi oczami.


- Wszystko się wali ostatnio, mój drogi. Słyszałeś kłótnię?


- Nie. - popatrzył na mnie zdziwiony. - Muzyki słuchałem. Coś się stało?


- Wiele się stało, Robert. I dzisiaj i wczoraj...


- Dlatego płaczesz?


-Dlatego...Przepraszam, ale nie mam humoru. Lepiej pójdę do pokoju. Chociaż ty miej dobry nastrój...


                         Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Zamknęłam pomieszczenie na klucz, zasłoniłam rolety i zadzwoniłam do tego nieszczęsnego Janka. Nie chciałam postępować złośliwie, po prostu musiałam wyjaśnić parę spraw.


- Halo? - odebrał po którymś z kolei sygnale.


- Wpadłbyś do mnie? - zapytałam cicho.


- Nie mówiłem ci, że jadę z drużyną na spływ kajakowy? Jestem teraz bardzo zajęty. Mów szybko, o co chodzi.


- Jaki spływ? Nic mi nie mówiłeś. 


- Nie? To przepraszam. Jeżeli chcesz, wpadnę do ciebie około 19. To coś ważnego?


- Na tyle ważnego, że nie możemy o tym mówić przez telefon. Och, to harcerstwo cię wykończy. Nie wytrzymałabym na twoim miejscu, haha!


- Naprawdę warto się zapisać. - zaśmiał się lekko. - Co dwa tygodnie organizujemy jakieś wycieczki.

                         W tym momencie usłyszałam stłumiony głos jakiegoś chłopaka. Janek pośpiesznie powiedział tylko, że go wzywają i skończył rozmowę. Nie pozostało mi nic innego, niż czekać.

                         Rozejrzałam się po pokoju. Dopiero teraz spostrzegłam, iż zaczął przypominać bardziej stanowisko lekomanki, niżeliby szesnastolatki. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz na widok tych wszystkich prochów. Patrzyłam na nie bardziej jak na truciznę, a nie coś, co ponoć ma mi pomóc.

                         Następne godziny spędziłam tylko i wyłącznie sama. Bezskutecznie usiłowałam kierować myśli na pogodniejsze ścieżki, jednak cały czas myślałam o tym, co będzie dalej. Ewa niewątpliwie porządnie się obraziła, z resztą całkiem słusznie. Poczułam się z tego powodu jeszcze gorzej. Zwłaszcza, że teraz kwestia Janka stała pod znakiem zapytania. Nie dopuszczałam do siebie myśli, iż on - mój wierny przyjaciel postanowił dać mi wymiar sprawiedliwości. Nie była mi w tamtym momencie nawet potrzebna. Wystarczająco zawiniłam.

                        Czasami człowiek nie zauważa, gdy postępuje źle. Wydaje się mu, że wszystko jest w porządku i ciągnie kłamstwo dalej. Przestaje myśleć o prawdziwej sprawiedliwości, więc ucieka w fałsz i niesprawiedliwość. Po pewnym czasie zaczyna jednak pewne rzeczy rozumieć. To nie dzieje się bez przyczyny. Wola boża, lub po po prostu sam los lubi czasem nas poddawać próbie. Czy wobec tego ja zaliczyłam test? Biorąc pod uwagę brak empatii w stosunku do niektórych osób, odpowiedź jest prosta...

                        Mam dużą tendencję do zamartwiania się na zapas i ostatnie godziny były właśnie tego przykładem. Zdążyłam parę razy stwierdzić, że mimo wszystko Janek z Ewą pasują do siebie idealnie. Wcześniej żyłam innym przekonaniem, ale mówiąc prawdzie w oczy - są siebie warci. Strażnicy sprawiedliwości... Też coś. Rudowłosa za dużo rozpaczała. Tego właśnie nie lubiłam, mogła podejść do sprawy bardziej profesjonalnie. W końcu nie wszystko stracone. Tylko większość.

                        Nie umiałam nazwać tego dziwnego stanu, który mnie ogarnął. Był inny niż coś, co ludzie zwykli nazywać depresją. Możliwe, że był głębszy, jednak ten smutek nie doskwierał mi aż tak bardzo. Czułam za to jakąś dziwną,  nieuzasadnioną pustkę, która bolała bardziej. Czy Ewa czuła to samo przed przeprowadzką do Warszawy? A może tylko ja doznaję takich dziwactw?


                                                                    ***


                        Janek spóźnił się tylko pół godziny. Ucieszył mnie ten fakt, mogłam w końcu poruszyć pewne tematy.


- Dlaczego to zrobiłeś. - zapytałam przeszywając go wzrokiem, zanim jeszcze przekroczył próg. Zabrzmiało to bardzo niemiło, bo nie zainteresowałam się nawet spływem. 


                           Spojrzał na mnie dziwnie. Udawał, widziałam to w jego oczach.


- Co zrobiłem? Zlituj się w końcu, Iwona. Cały czas mówisz zagadkami.


                         Nie wiedzieć czemu, zrobiło mi się głupio. Mimo tego ciągnęłam dalej:


- Janku drogi... Przecież wiesz, że prędzej czy później bym jej o wszystkim powiedziała. Oszalałeś do cna, skoro chciałeś mnie wyręczać?!


- Ale że Ewie? Ona wie?


- No wiesz, mówiłeś jej, to wie. Naprawdę musiałeś?


- Ale ja jej o niczym nie mówiłem! Obiecywałem ci, pamiętasz?! Nie złamałbym obietnicy. Nie jestem taki.


- Ja też myślałam, że nie jesteś taki...


- Iwona, do jasnej ciasnej! Czy ty siebie słyszysz?!!! - potrząsnął moim ramieniem, aż prawie straciłam równowagę. - Jest tyle osób na tym świecie, a ty oskarżasz właśnie mnie. To mógł być ktoś inny. - powiedział spokojniej. - Czemu akurat o mnie pomyślałaś?


- Nie wypieraj się tego, o czym wiesz, Janek. Kto inny ma z nią kontakt? Nie masz żadnych argumentów, bo to byłeś ty.


- To nie ja! - wrzasnął na całe gardło, aż przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.


- Myśl racjonalnie!


- Jeżeli ktoś tu nie myśli racjonalnie, to na pewno nie ja! Kto ty jesteś, prokurator, że masz prawo mnie oskarżać?! Gdzie ty, dziewczyno, podziałaś swój tupet? Bzikujesz. Po prostu bzikujesz.


                           Gdy zrozumiałam sens tych słów, jeszcze bardziej dobiła mnie jego bezczelność. Serce zaczęło mi łomotać z nerwów, a obraz zamazał się przed oczami.


- W porządku? - spytał Janek troskliwie. - Strasznie zbladłaś. Dać ci coś do picia?


- Możesz mi nalać wody. - wychrypiałam słabo. - Naprawdę jestem tak blada?


                           On jakby nie dosłyszał ostatniego zdania, tylko zrobił to, co miał zrobić. Przez chwilę zapomniałam nawet o złości. Zrobiłam krok do przodu, by wziąć od niego szklankę, kiedy straciłam siły i wylądowałam na podłodze. Zawzięcie walczyłam z atakiem osłabienia. W końcu resztkami sił położyłam się, cały czas ciężko oddychając. Również z braku sił zamknęłam oczy. Było źle. Bardzo źle. Powoli wyłączała mi się świadomość, gdy coś lodowatego chlusnęło mi na twarz. Przerażona nagłą akcją, otworzyłam szeroko oczy. Ocudziło mnie to zupełnie.


- Gdyby nie ja...


- Wiem, dziękuję ci.


- Nadal jesteś strasznie blada. - zauważył blondwłosy. 


- Może... Jak to dobrze, że poprosiłam cię o tę wodę. Zupełnie zapomniałam, że ma jeszcze takie zastosowania.


- No widzisz. - przyznał z uśmiechem. - Ja już idę, życzę ci miłego wieczoru i... Pamiętaj - żadnych zabaw w panią prokurator. To od ciebie zależy wybór kłamstwa, lub prawdy...


                                                                        ***

                                Minęły ponad dwa tygodnie od tamtego zdarzenia. Maj się kończył, a wraz z jego końcem przekwitały bzy. Ze smutkiem wypatrywałam przez okno jakichkolwiek śladów po najwspanialszych na świecie roślinach. Oczywiście na próżno.

                                 Dzień był ponuro zwyczajny. Dorosłam chyba do stwierdzenia, że tak naprawdę otaczający nas świat jest wyblakły i pozbawiony niezwykłości. Śpiew ptaków nie jest cudowny. Nie jest przeznaczony dla nas. Jest po prostu śpiewem ptaków. Kropelki deszczu kapiące o szybę nie mają w sobie ni krzty romantyzmu. Są po prostu zwyczajne. Wszystko okazało się tak realne i tak... Smutne.

                                Czy świat rzeczywisty jest naprawdę taki ponury? Czy to po prostu ja nie dorosłam, by rozumieć pewne rzeczy we właściwy sposób?


********************************************************************************************************

To było to... Teraz można pomyśleć, że zachowania niektórych wydają się irracjonalne, ale nie zrobiłam tego bez przyczyny. Tak czy inaczej mam nadzieję, że się podobało i... no spadam oczywiście.


Mezzoforte


PS Pochwali się ktoś średnią ocen :) ?