sobota, 23 września 2017

Tak na szybko!

Hej, wpadłam tu tylko na chwilę, żeby powiedzieć, że rozwiązanie tej sprawy o której wcześniej wspominałam zajmie mi trochę więcej czasu. Nie będę się rozwodzić o co chodzi. I tak mam dużo na głowie.

BYE!

czwartek, 31 sierpnia 2017

Pierwsze urodziny bloga!

Witam, moi drodzy!

Dzisiaj, w czwartek 31 sierpnia 2017 roku mój blog o wdzięcznej nazwie "Historie z szufladki" - obchodzi swoje pierwsze urodziny. Z efektu swojej pracy jestem zadowolona średnio. Rozleniwiłam się kompletnie przez ten cały nie aż tak długi  czas.
Bardzo dobrze pamiętam początki bloga. Pomysł na napisanie opowiadania  zrodził się na początku zeszłorocznych wakacji. Wtedy jeszcze nie sądziłam, że będę w stanie posunąć się do "śmiałego czynu" (jak to kiedyś nazywałam) publikowania swoich prac w internecie. W końcu jednak pojawiło się to marzenie, a wraz z marzeniem perspektywa stworzenia siebie czegoś, co mogłoby być moją odskocznią. Czymś, do czego mogłabym wracać po ciężkim, nieprzyjemnym dniu.

Marzenie stało się rzeczywistością.

Pamiętam, jak w połowie smutna, (bo przecież dwa dni wcześniej zaczęłam nosić okulary i nadchodził bardzo trudny jak się później okazało rok szkolny) a w połowie wesoła kombinowałam nad sprawami technicznymi i tak dalej. Pamiętam pierwszy komentarz od Liberial Girl, moją radość, kiedy pojawiały się kolejne komentarze i smutek podczas licznych kłótni z Panią Weną.

Ten dzień jest słodko - gorzki. Z jednej strony czuję radość, bo mam już rok blogowego "stażu", natomiast z drugiej istnieje konieczność skrócenia terminu moich planów do mniej więcej połowy września. Jeżeli sprawa się nie rozwiąże, muszę te plany zrealizować. I niech to nie zabrzmi jakoś strasznie, czy coś, ponieważ w gruncie rzeczy to wcale takie straszne nie jest...

Niestety z powodu braku czasu żadnej urodzinowej miniaturki nie napisałam, ale jeszcze to zrobię. Mam nawet rozpisany pierwowzór planu wydarzeń, więc na 90% opowiadanko się pojawi.

Dziękuję zatem wszystkim czytelnikom, którzy ze mną byli albo nawet są, a ja tymczasem wracam do życia!

Mezzoforte

piątek, 18 sierpnia 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 18

Hej!

Nigdy tak długo nie pisałam jednej notki, szło mi jak krew z nosa, chociaż w tym rozdziale pojawi się coś innego, z czego jestem bardzo, bardzo zadowolona. Tak dla odmiany, żeby nie było nudno.

Niedawno założyłam konto na SameQuizy, tradycyjnie nazywam się Mezzoforte. Czuję się teraz jakbym zdradziła bloggera. MEZZOFORTE ZDRAJCZYNI.

 Ostatnio zbrzydło mi wszystko. Pisanie, blogowanie, nawet do ff zaczynam podchodzić sceptycznie. Nieważne. Przynajmniej jestem, żyję i wstawiam to coś, co wyszło w miarę OK. Tyle mogę powiedzieć. Na samym końcu zamieszczam też pewien komunikat, ale na razie to z mojej strony tyle, ja natomiast mam nadzieję, że rozdział się spodoba i życzę miłego czytania!








********************************************************************************************************




Janek:


           Z uśmiechem spojrzałem na nowy motocykl z czerwonym, połyskującym lakierem. Prezentował się wspaniale, co przyznał mi nawet zazwyczaj dość cynicznie podchodzący do takich spraw brat. Nie potrzebował wiele czasu, by przekonać, że potrafi być naprawdę w porządku. Po męsku wytłumaczył mi to i owo i pomógł w zdaniu na prawo obsługi tego cacka. Owoc naszej pracy widziałem przed sobą. Rodzice aprobowali większość moich pomysłów, dlatego i tu nie postąpili inaczej.


           Dzięki temu wszystkiemu odczuwałem ogromną satysfakcję, lecz pewne rzeczy niestety cały czas siedziały mi w głowie, a ja w żaden sposób nie potrafiłem o nich zapomnieć. Gdzieś głęboko w podświadomości czułem, że potrzebowałem nieco odskoczni od rzeczywistości; od Iwony. Nawet na chwilę nie przestałem myśleć o jej słowach kierowanych w moją stronę. Zmieniła się w ciągu ostatnich miesięcy. Nigdy najweselszą osobą nie była, to prawda, ale tego roku pobiła wszelkie rekordy swoich humorów, które kiedykolwiek ustanowiła.

            Znałem ją jaką jako spokojną, skromną i rozważną dziewczynę. Czasami trochę ponurą, lecz mimo wszystko oddaną przyjaciółkę. Nie przeszkadzały mi jej wady. Lubiłem w niej tej spokój, zupełnie odmienny od temperamentu mojej ukochanej Ewy. Wiem, że jak każdy człowiek mogła się czasem unieść, ale ostatnio zaczęła to robić notorycznie. To przykre, w jaki sposób dotknął ją los. Może właśnie dlatego próbowała wyładować całą tę całą negatywną energię właśnie na nas? Chyba zbyt kiepsko rozumiem jej uczucia. Kto wie, czy w głębi duszy rozsadza ją jakieś uczucie i w formie ostateczności to my cierpimy razem z nią?

              Wybaczyłbym szybciej, gdyby nie oskarżała mnie bezpodstawnie. Honorowy człowiek, w dodatku harcerz, uszanowałby czyjąś decyzję. Nie wierzę, że mogła w to zwątpić. 

               Minęło sporo czasu, a my oboje wciąż nie odzywaliśmy się do biednej dziewczyny. Obraziłem się i postanowiłem czekać, aż sama zauważy swoją pomyłkę. Nadal miałem wątpliwości, czy prawdę poznała już od mamy, no ale kurczę - skoro cały czas wegetuje w tym domu, to pewnie nawet z nimi za wiele nie rozmawia. To bardzo w jej stylu, stwarzanie pozorów, jakby chciała sobie specjalnie narobić problemów. I bez tego ma ich dużo. W kwestiach rzeczy, na które ma wpływ - nie musiała się tak wcale zmieniać. Na siły wyższe rady trzeba szukać inaczej, a to nie zmienia faktu, że rozumiem ją coraz mniej. Szkoda.



- Cześć, kochany. - usłyszałem znajomy mi głos. Obróciłem się i zatopiłem rozmarzony wzrok w zielonych oczach Ewy. Uwielbiałem ich odcień. Zielone oczy są najpiękniejsze, bo kojarzą się z dzikością. Tak samo jak temperament mojej dziewczyny.




- O, cześć! - odpowiedziałem jej z uśmiechem. - Ciebie skąd tu przywiało?




- Prosto z sadu. Zrywanie wiśni trochę mnie zmęczyło i zrobiłam sobie labę, ale przede wszystkim chciałam zobaczyć w końcu ten motor. Wiśnie mogą poczekać.




- Aż tak cię interesuje, hę? - nie dowierzałem jej.




- Tak, a czemu nie? Jest śliczny. Musiał sporo kosztować.




               Zachichotałem i dałem Ewie buziaka w policzek.




- Nie był najdroższy, choć najtańszy też nie. W każdym razie nie żałuję zakupu.




- W ogóle szesnastolatek może prowadzić takie coś?




- Jak zda na prawko, to może. A co? Boisz się o mnie? Spokojnie, nie zamierzam być zawodowym motocyklistą. To tylko taka rozrywka. Nic więcej.




- Rozrywka rozrywką, ale czy ty w ogóle kiedykolwiek na nim jeździłeś?




- Ewa, uspokój się! - parsknąłem śmiechem, gdy w jej szmaragdowych oczach dostrzegłem strach. - Odbyłem jazdę próbną, inaczej nie mógłbym jeździć. Nie jestem chyba tak złym kierowcą. Zrobiłaś się ostatnio trochę zbyt troskliwa. Dlaczego?




                 Zamilkła,



- To przez Iwonę, tak? - dopytałem.



- Iwona? Ja o tej całej pierdzielonej sytuacji już nawet zapomniałam. Czas zakończyć tę farsę, nie sądzisz?




- Dlatego właśnie jadę na przejażdżkę. - oznajmiłem rezolutnie. Włożyłem kask i odpaliłem silnik. 



- Czekaj! - wrzasnęła Ewa, zanim jeszcze zdążyłem ruszyć. - Będziesz uważał na siebie?



- Jasne. - mruknąłem lakonicznie.




                W obawie o katastrofę nie spoglądałem do tyłu, tylko oczami wyobraźni patrzyłem na rudowłosą postać coraz bardziej rozmywającą się w oddali...






***

                Po wyjątkowo brzydkim poranku raczej nie spodziewałem się tak ładnej pogody, jak teraz. Zdziwiło mnie bardzo, że dopiero o tej godzinie słońce zaczęło przygrzewać, ale nie narzekałem na ten fakt, bo w końcu można było gdziekolwiek pojechać. Prędkość z jaką podróżowałem przez stolicę na moim nowym cacku nie była może zawrotna, lecz za to dostarczała mi przyjemnych wrażeń w postaci delikatnych podmuchów wiatru, muskających moją twarz i kojących narastające gorąco.

                  Uniosłem głowę do góry. Ujrzałem piękne, prawie bezchmurne niebo. Iwona pewnie jest gdzieś poza domem. W taką pogodę tylko wariat mógłby przesiadywać w domu. Zwątpiłem nawet przez chwilę, czy jest jakiś sens tam jechać. Ku mojemu nieszczęściu, nie przewidziałem możliwości, że gdzieś wyszła.

                   Dosyć długi odcinek drogi jechałem przez jakieś wsie, bo już chyba z przyzwyczajenia wybrałem taką trasę, gdzie mogę odetchnąć od miejskiego zgiełku. Warszawski tłok nie przeszkadza mi na co dzień, ale kaprys pozostaje kaprysem i kiedy ubzduram sobie coś mniej lub bardziej sensownego - zazwyczaj to robię. Znałem tamte okolice jak własną kieszeń, dlatego w chwilach zwątpienia mogłem przystanąć bez obaw o bliskie spotkanie z innym pojazdem. Nie ma tu największego ruchu.

                     Zatrzymałem się przy bramie prowadzącej na prawie opuszczone ogródki działkowe. Duży dąb rzucał przyjemny, kojący cień, ale narastające gorąco czułem nawet mimo tego. Jeszcze chwila, a zaczęłoby mi się z tego powodu mącić w głowie. Zaraz... Dlaczego się zatrzymałem? A, oczywiście. Musiałem rozpatrzeć sens jechania w tamtą stronę. Argumenty "za" i "przeciw" może i by poskutkowały, jednak ja w końcu doszedłem do wniosku, że warto do niej dotrzeć. Tak szkoda mi dziewczyny!

                       Po krótkiej przerwie ponownie wsiadłem na motor i ruszyłem dalej. Nabrałem prędkości, przez co wiatr przyjemnie muskał mi twarz. Szybka jazda wyzwala wolność, a przynajmniej jej namiastkę. Jako młody człowiek bardzo marzyłem o wolności. Teraz rozkoszowałem się esencją tej cudnej chwili.

                       Pod dobrze mi znaną kamienicę dojechałem piętnaście minut później. Dopiero po zejściu z pojazdu zorientowałem się, z jakim gorącem mamy do czynienia. Dzisiejszej nocy z tej wszechobecnej duchoty ledwo łapałem oddech. Na wspomnienie tamtych okropnych, nieprzespanych godzin, zostawiłem motor byle gdzie i z kaskiem w dłoni pomknąłem do o wiele chłodniejszej klatki schodowej. Iwona mieszkała na drugim piętrze, więc nie miałem daleko. Resztkami sił podbiegłem do jej drzwi, kiedy nagle, gdzieś w głębi duszy poczułem  nutę niepokoju. Co, jeżeli nie powinienem teraz przyjeżdżać? Może to nie jest najlepsza pora na odwiedziny? Sam pomysł był spontaniczny. Stwierdziłem, że tak będzie lepiej.

                        W końcu zapukałem nieśmiało do drzwi. Usłyszałem jakieś kroki, ale najwidoczniej byli to tylko sąsiedzi. Zapukałem po raz kolejny. Cisza. Wtedy przyszło mi na myśl, żeby zadzwonić dzwonkiem. Poskutkowało.

                        Otworzyła mama Iwony. Na pierwszy rzut oka zauważyłem, że coś jest nie tak. Przybrała wyraz twarzy, który nie pasował do usposobienia pani Ady. Zwykle pogodny, teraz oblekł się jakimś dziwnym smutkiem, a jej ciemnobrązowe oczy straciły blask i patrzyły smutno na mnie... Albo przeze mnie.


- Coś się stało? - spytałem z troską. - Niech pani nie owija w bawełnę.


- Nie zamierzam owijać w bawełnę. - odpowiedziała niepokojąco spokojnym tonem. - Z resztą, nie stało się nic szczególnie strasznego. Wejdź do środka, wszystko ci opowiem.

     
                         Usiedliśmy na kanapie. Kobieta zaproponowała coś do picia. Bez wahania zgodziłem się na szklankę wody.


- Proszę. - podała mi napój. - Gdzie się tak zmęczyłeś? Na dworze jest gorąco, to fakt, ale żeby aż tak?


- Jazda motorem jest trochę męcząca. - wysapałem, biorąc w międzyczasie łyk chłodnej wody.


- Masz motor?


- Tak, ale to nic niezwykłego. Nie kupiłem szczególnie drogiego modelu, chociaż nie wygląda biednie z tym czerwonym lakierem. 


- Nie jesteś za młody? 


- Nieee. - odparłem lekceważąco. - Poza tym często jeżdżę z bratem. O czym chciała pani powiedzieć? - zmieniłem gwałtownie temat. - Coś z Iwoną, jak sądzę?


- Aha. - skinęła głową. - Mówiłam, że to nic niezwykłego, ale i tak cały czas się martwię.


- A więc o co chodzi? To pewnie coś ze mną, jak się domyślam..?


- W pewnym sensie. - zaczęła niepewnie. - Po pierwsze, dowiedziałam się dziś od niej dlaczego całymi dniami przesiaduje w swoim pokoju. Tak mi przykro, Janku... Nie wiedziałam... Nie spodziewałam się, że będzie mogła kogoś tak bezpodstawnie osądzić. Poczułam się idiotycznie mimo świadomości iż robiłam dobrze, mówiąc o tym Ewie. Miało być między wami wszystko w porządku, a stało się inaczej. Do dziś uznawała cię za... Winnego? Boże... To bezsensowne. Nadal nie dowierzam w to, co usłyszałam. Jak mogłam być tak złą matką i niczego się nie domyśleć? - ton głosu kobiety był przepełniony irytacją. Mówiła z ogromnym przejęciem.


- Niech pani posłucha. - zacząłem. - Każdy ma prawo do pomyłek. Rozumiem was obie, rozumiem tę pieprzoną sytuację. Jest mi tylko przykro, bo Iwa zwątpiła w moją szczerość.


- Zawiodłam się na niej.


- Ja też, ale i tak jej współczuję.


                      Zapadła cisza.


- Iwona się pogubiła. - przyznała pani Ada. - Cały czas roztacza wokół siebie aurę smutku, bo nie potrafi sobie z nim poradzić. Myśli inaczej, a robi inaczej. Ona jest tak naprawdę słaba i mięciutka. Gubi się w swoim postępowaniu, bo to jeszcze dziecko. Czasem udaje obojętną, czasem wybucha wszystkimi uczuciami, które się w niej kotłują.


- I my nie możemy jej zrozumieć...


- ... Bo ona sama siebie nie rozumie.


- Gdzie tak w ogóle jest? 


- Och, nie powiedziałam ci o tym, a to przecież najważniejsza sprawa... Zasłabła godzinę temu, jak dowiedziała się prawdy.


- Co?!


- Ćśś! Nic się jej nie stało! Jest bardzo osłabiona od leków, od jakiegoś czasu częściej mdleje. Teraz poszła spać. Była zmęczona.


- Nie spodziewałem się, że to może tak strasznie wyglądać...


- To nie jest straszne. Straszna jest wizja przyszłości. Z taki dużymi szansami nie ma co histeryzować. Leki są silne, ale powinny trochę osłabić nowotwór.


- Czy to mocno jej zaszkodzi? - dopytywałem ze strachu o przyjaciółkę. Dziwnym trafem złość wyparowała, zmieniła się w samo zmartwienie.


- Lekarz mówił mi na osobności, że Iwa ma mocny organizm, dlatego chemia i leki mogą przynieść minimalnie mniejsze skutki uboczne.


- Jak ona się z tym się czuje? Chodzi o leki, bo o wszystkim pozostałym wiem doskonale...


                      Kobieta westchnęła.


- Na pewno nie jest zachwycona, ale konieczność jest koniecznością. Żyje nadzieją nadzieją na zwiększenie swoich szans. Jest dzielna. Mimo wszystko.


- Czyli mówiła pani, że śpi?


- Tak, a czemu pytasz?


- Mogę do niej wejść? Poczekam cicho aż się obudzi. Musimy... Porozmawiać.


                     Westchnęła po raz kolejny.


- Dobrze, niech ci będzie.



***

Iwona:



                      Szłam przez las tą samą ścieżką, co zawsze. Tylko drogi jakoś się pomieszały, a chwilę później słońce zaczęło zachodzić. Mimo tego, zmrok zapadał bardzo wolno. Zdziwiona, dalej zagłębiłam się w las. Wtedy usłyszałam kroki. Najpierw ciche, prawie niesłyszalne. Dopiero po paru sekundach dobiegł do moich uszu dziwnie znajomy dźwięk złamanej gałęzi. Przez moje ciało przeszedł dreszcz. Poczułam, że brakuje mi odwagi, aby się odwrócić. Nagle tuż za sobą wyczułam ciepły oddech pewnej osoby. On też wydawał się znajomy. Nadal drżąc, odwróciłam głowę i jedyną rzeczą, którą zdążyłam zobaczyć, były intensywnie niebieskie, prawie granatowe oczy. Pozostałe elementy postaci rozpłynęły się w powietrzu lub to po prostu ja widziałam tylko to, co chciałam zobaczyć...

                      Otworzyłam lekko oczy. Ból głowy nieco już ustał, a jeżeli tak się stało, to musiałam odpoczywać. Otworzyłam więc oczy szerzej, dopiero wtedy dostrzegając przed sobą ścianę. Leżałam na łóżku, przykryta cieniutkim kocem i to całkiem niepotrzebnie, bo już kilka sekund po obudzeniu zorientowałam się jak bardzo jest gorąco. Niebieskie oczy śniły mi się już któryś raz. Za każdym z nich końcówka przypadała właśnie na ten moment. Najważniejszy moment...

                      Sny to taka tajemnicza rzecz. Można głęboko wierzyć, że są ludzkimi pragnieniami ukrywanymi w głębinach duszy, resztkami nieosiągniętych celów, do których nieraz ciężko się przyznać. Nie mają granic, limitów i logiki. Są marzeniem dopięcia niemożliwego, niewykonalnego, drogą znikąd do nikąd przez rozległy świat fantazji. Sny są jednak także niezmierzonym chaosem, a jak każdy chaos zbaczają z właściwej drogi. Każdy sen jest innym rodzajem chaosu. Między jego rodzajami nie trzeba trudzić się w rozpoznawaniu różnic. Robi się to automatycznie.

                       Zawsze raczej ufałam moim sennym fantazjom, wierząc po cichu, że oddają część moich ukrytych pragnień lub są nawet prorocze. Czym jednak jest coś bez celu, bez zesłanego z góry przeznaczenia? Czy moim pragnieniem były niebieskie oczy? Czy skrycie marzyłam o czyichś niebieskich oczach? A jeśli tak - o czyich?

                     Ułożyłam się tak, aby leżeć na plecach. Ponownie zamknęłam oczy, napawając się najspokojniejszą na świecie chwilą, kiedy mogę spokojnie leżeć, a żaden Janek nie zawraca mi głowy. Zaraz... Janek ma niebieskie oczy!

                      Pech chciał, żebym kichnęła. Najpierw raz, potem drugi, w końcu trzeci i czwarty. Prawda? Kichnięcie oznacza prawdę, czyż nie?

                       Odwróciłam się na drugi bok, jednak rażące słońce zaczęło mnie jeszcze bardziej drażnić. Zamrugałam kilkakrotnie i moim oczom ukazała się znajoma osoba. Co to ma znaczyć?


- O, cześć. Obudziłaś się już zupełnie czy jeszcze śpisz? - zażartował Janek. Nieświadomie na mojej twarzy zagościł uśmiech od ucha do ucha. Zupełnie nieświadomie. 


- Skąd się tu wziąłeś? I... Dlaczego ja spałam?


                        W ułamku sekundy jego wyraz twarzy zmienił się nie do poznania. Był pełen uzasadnionego wyrzutu.


                         Zrozumiałam.


- Jesteś zły, tak?


                         Ciągle tylko patrzył tymi niebieskimi oczami. Może do tego momentu odwoływał mój sen? Może miałam się z nim pogodzić?


- To było pytanie retoryczne? - westchnęłam.


- Dobrze się czujesz? - zapytał wreszcie zupełnie ignorując moje pytanie.


- No raczej średnio, jak niby mam się czuć? Coraz częściej mdleję, a te leki mnie wykańczają.


- Jest aż tak źle?


- Nie! Właśnie próbuję uświadomić ci, że to właściwie jeszcze nic strasznego. Z takimi szansami wolę się nie martwić... Przynajmniej na razie. - nawet nie zauważyłam, kiedy wreszcie spojrzałam na sytuację z weselszej perspektywy. Dziwne też, że zaczęłam rozmawiać z Jankiem zupełnie na luzie, jakby to, co było, odeszło w zapomnienie. Jakbym nie zawaliła do reszty.


- Skąd ten dobry humor, co, Iwa? Chyba po tych tabletkach jesteś taka wesoła, bo to do ciebie niepodobne. - zauważył z nutą złośliwości.


- Mój humor jest w porządku. Nie ma w nim nic dziwnego.


- Ha! Wiedziałem. Znowu zaczynasz.


- Słucham? - uniosłam brwi.


- Może i jestem kiepskim psychologiem, ale ostatnio zdążyłem coś zauważyć. Chcesz mnie wysłuchać, czy cię to urazi?


- Nie ma chyba czym, skoro masz jakieś przeczucia. Mów dalej.


- Boże... Naprawdę nie wiem jak się do tego zebrać...


- Wdech i wydech pomoże? - zażartowałam.


- Obejdę się bez tego. - odpowiedział mi uśmiechem.


- To w czym rzecz?


                            Zastanowił się chwilę. Był zdenerwowany, bo zaczął bawić się piłeczką antystresową, którą jakimś cudem znalazł w pokoju.


- Rzecz w tym, że często przesadnie ukrywasz swoje uczucia. Kiedy jesteś wesoła, zachowujesz pokerową twarz, jakby cię to wstydziło. Robisz się wtedy sztywna jakbyś kij połknęła i z zawstydzenia oszczędzasz się do krótkiej lakonicznej wypowiedzi. Druga sprawa - rozmawiałem z panią Adą i doszedłem do wniosku, że w pewnym sensie... Ty sama tego nie rozumiesz.


                          Zamurowało mnie.


- No, właśnie niezupełnie rozumiem, ale ty chyba już sam z góry osądziłeś, że tak jest...


- Ej, Iwa. - podszedł bliżej mnie i spojrzał mi w oczy. - Nic złego nie miałem na myśli. Wiesz co nas denerwuje?


- Nas?


- Tak nas, bo nie tylko o mnie tu chodzi. Chodzi o wiele większą grupę ludzi. - zrobił krótką pauzę. - Iwa, denerwuje nas takie bezmyślne dążenie do ideału. Jeżeli coś bardzo cię przerasta, nie rób tego za wszelką cenę. Bądź sobą. Bądź tą Iwoną, która nie zamyka się w sobie. Rozumiesz?


                         Miałam już pokiwać głową, ale się wstrzymałam.


- Ma pan trochę racji, panie psychologu, chociaż nie do końca ze wszystkim się zgadzam. Dlaczego sądzisz, że dążę do ideału? Na jakiej podstawie to stwierdziłeś?


- Na podstawie tego, co czuję, Iwona. Mogę się mylić, to prawda, ale trochę racji mam na pewno.


                          Bo miał...


- Byłbyś lepszym psychologiem niż architektem. Masz gadane.


                           Na moje słowa nie odpowiedział w ogóle. Zamiast tego milczał, a ciążąca na mnie cisza zaczynała coraz bardziej mnie ranić. Kilka sekund przedłużone w wieczność. Tylko tak można to nazwać.


                            Wstałam z łóżka i przykucnęłam obok niego.


- Chciałbym coś wiedzieć...


- Tak?


- Dlaczego tak pochopnie mnie osądziłaś? - pierwszy raz od momentu pobudki rozpoczął ten niekomfortowy temat. Czekał na okazję, czy robił to wszystko specjalnie?


                           Przyłożyłam dłoń do czoła.


- Ja też bardzo chciałabym to wiedzieć...


- Czy ja kiedykolwiek nie dotrzymałem słowa? Rozumiem, że pewnie znasz takie osoby, bo przecież nie każdy jest wobec przyjaciół całkowicie lojalny. Mamy do tego stopnia durne czasy, że chyba nawet ja wolę być staroświecki.


- Oboje gadamy czasem jak staruszkowie. - przyznałam ze śmiechem.


- Tak, ale nie w tym rzecz.


- Wiem o co ci chodzi. - posmutniałam.


- Nie byłbym w stanie nakapować, choć teoretycznie powinienem. Wychodzi na to, że tak naprawdę przez cały czas byłaś zła na mamę.



- Chryste, jakie to absurdalne...


                         Zaczęłam chodzić po pokoju w tę i z powrotem. W końcu przystanęłam obok okna. W innej porze roku niebo zaczęłoby przybierać różowo-pomarańczowe barwy, lecz póki co słońce świeciło w miarę wysoko i delikatnym blaskiem oświetlało moją twarz. Obróciłam się na chwilę w stronę Janka, spokojnie patrząc na jego twarz.


- Wybaczysz mi?


                        Kiwnął lekko głową, prawie niezauważalnie.


- Wybaczę.


- Janek?


- Tak?


- Wierzysz w znaczenie snów?


- Sam nie wiem. Dlaczego pytasz?


- Ja sama jestem do takich rzeczy raczej sceptycznie nastawiona, ale dzisiaj po raz pierwszy poczułam, że tam, na górze było mi pisane, żeby się z tobą pogodzić. Inaczej nie śniłabym o niebieskich oczach.


                         Spojrzałam na piękne, błękitne niebo. Cud w dniu powszednim, bo jak inaczej to nazwać?


- Opowiesz mi o tym śnie?


- Jak chcesz, chociaż to nic specjalnego. W dużym skrócie - szłam przez las i usłyszałam coś dziwnego. Później zobaczyłam tylko niebieskie oczy i dalej nic. Pustka. Ciemność. A raczej bardzo gęsta mgła.


- Co ci szkodzi, jeżeli raz uwierzysz w takie coś?


- Chyba nic. Nic zupełnie mi nie zaszkodzi. Nawet pogodzenie się z Ewą.


- Jesteś na to gotowa? - spytał z wyraźnym zadowoleniem.


- W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach gotowa. Jeden wolę zachować dla siebie. Tak na wszelki wypadek...


***


                       Następne kilka dni przesiedziałam w domu, bo jak się okazało, osłabienie kolidowało z upałem, w efekcie czego dopiero piątego dnia po wizycie Janka mogłam wreszcie ruszyć się z domu. Pogoda sprzyjała; nie było upału, słońce świeciło delikatnie, dlatego zdecydowałam się na dłuższy spacer po Śródmieściu. Po południu miałam także dokonać przełomowego czynu, który od jakiegoś czasu odwlekałam - ścięcia włosów. Serce mi pękało na myśl o pozbyciu się tego, nad czym pracowałam tyle lat, ale nie widziałam innego wyjścia. Wypadały mi coraz częściej, a tak mogłam je przynajmniej wzmocnić.

                         W końcu nadszedł czas wizyty. Dla otuchy wybrałam się tam z mamą. Podczas drogi do salonu czułam okropny smutek. Nienawidziłam zmian. Nie potrafiłam znieść myśli o tej, która miała właśnie nadejść, a to przecież nieuniknione.

                         Mama stwierdziła, że martwią mnie byle głupoty, ale widząc spadające na obrzydliwie lśniącą podłogę czarne kosmyki włosów, znikała wraz z nimi stara ja.Wewnątrz mnie kotłowało się coraz bardziej. Jakim cudem ja na to pozwoliłam? Przecież w głębi duszy wcale tego nie chciałam. To nie serce, lecz rozum nakazywał tak postąpić.


- Gotowe. - oznajmiła okropnie wesoła fryzjerka. 


                  Przez całą procedurę ścinania włosów trzymałam spuszczony wzrok, nieustannie wlepiony w posadzkę i także przez tę całą procedurę bez przerwy mnie zagadywała, widząc moją niezadowoloną minę. Chyba pierwszy raz spotkałam kogoś tak optymistycznego na równi z Ewą.

                 Niechętnie spojrzałam w lustro. Widok niesamowicie oszałamiał. Blada postać ze smutnymi, brązowymi oczami i ciemnymi włosami sięgającymi teraz za ramiona patrzyła na mnie posępnie. Jeszcze nigdy w samej sobie nie było tak mało mnie. Czułam jakby moja dusza oglądała kogoś innego, kto z nie ma nic wspólnego z prawdziwą Iwoną. Ja jestem szesnastoletnią dziewczyną z włosami do pasa. Nie tym, co zobaczyłam.

                  Oprócz zaskoczenia doznałam także czegoś jeszcze. Czegoś w stylu zaciekawienia. Nie wyglądałam aż tak źle. To tylko kwestia przyzwyczajenia, jak usiłowałam sobie wmówić.


- Wyglądasz ślicznie. - zachwyciła się nade mną pani Kasia, bo tak mi się przedstawiła. Miała maksymalnie 35 lat i okazywała straszny, straszny entuzjazm. Jak się później okazało - całkiem zaraźliwy. - Kolor włosów dodatkowo kontrastuje z bardzo jasną cerą i uwierz, że przynajmniej moim zdaniem to naprawdę pięknie wygląda. Podoba ci się? Teraz jest sto razy lepiej niż poprzednio!

- Nie przyzwyczaiłam się, ale jest dobrze. Nawet bardzo dobrze...


***

                    Obok salonu fryzjerskiego stały jeszcze inne budynki, a za rogiem biegła uliczka, po której często spacerowałam. Połowę drogi powrotnej przegadałam z mamą, resztę przemilczałam. Przez chwilę poczułam się prawie tak jak dawniej, mogąc żyć jak każdy normalny człowiek bez obaw o przyszłość, ale los był złośliwy. Chciał inaczej. Nie miał zamiaru dać mi zapomnieć, bo koło parku spotkałam dwie pewne osoby.

                        Jedna w blond włosach i niebieskich oczach. Druga - rudowłosa, dość wysoka z pochyloną głową. Obok stał motocykl, a blondwłosa postać trzymała na kolanach kask. Janek przeszył mnie przenikliwym wzrok w momencie, kiedy wyczuł moją obecność. Poczułam w nim sojusznika. Byłam gotowa.


- Ewa?

                     Dziewczyna uniosła głowę, rozejrzała się, po czym w końcu jej wzrok spoczął na mojej osobie. Wtedy odezwałam się jeszcze raz:


- To jak, zgoda?

********************************************************************************************************

A więc to było to. Jest chyba spoko... Co nie?

Teraz tak...

Mam ostatnio dwa w miarę ważne plany. Jeden ściśle związany z blogiem, drugi z czymś zupełnie innym. Bardzo chciałabym je zrealizować

ALE...

Od czasu nieokreślonego borykam się z pewną sprawą. Czego dotyczy, na razie mówić nie będę. Moje dwa plany są od niej bardzo zależne, więc daję sobie czas, załóżmy do końca września i jeżeli do tej pory sprawa się nie rozwiąże, będę zmuszona podjąć poważniejsze kroki. Przykro mi.


Mezzoforte

środa, 16 sierpnia 2017

Jest nagłówek!

Tak, to coś, co można zobaczyć po wejściu na bloga, to własnej roboty nagłówek (taki zdechły, ale co tam)!!! Jestem podekscytowana, bo pierwszy raz w życiu udało mi się zrobić coś, co chociaż PRZYPOMINA nagłówek. Poprawki jeszcze będą, wiadomka, ale na razie mamy toooo i ojeju, post nierozgarnięty, bo sama nie wiem o czym piszę i po co...

Ok, ok, ok. Do rzeczy. Mam nadzieję, że to coś choć trochę się podoba, że jest beznadziejne to ja wiem. Do tamtego byłam przyzwyczajona i z moją neofobią raczej do nowego szybko się nie przyzwyczaję. Nothing Can Happen - najprawdopodobniej jutro, jak się uda.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 17

   Cześć...

Wróciłam z wakacji bogatsza o kolejny kapelusz, kolejną książkę o miłości i wojnie, i o taki oto zacny kubeczek: 


 Musiała fanatyczka, musiała...

Nie wiem, czy w ogóle ktoś się na tym pustkowiu ostał, bo wszyscy przenoszą się powoli na Wattpada i czuję się trochę samotna. Dajcie znać, jak żyjecie. I oczywiście dajcie znać, czy podoba się rozdział. 

Zapraszam do czytania!



(Piosenka mało adekwatna do notki, ale bardzo ją lubię)



********************************************************************************************************



             Kolejne dni mijały wolno, ciągnęły się jak tygodnie, płynęły jak stulecia. Choć trwałam w takiej świadomości bez większych nadziei na wybrnięcie z tego bagna, cały czas zdawałam sobie sprawę ze swojej głupoty. Zaczęłam spoglądać na świat w nieco bardziej realistyczny sposób. Odsunęłam na bok wszystkie złe przeczucia, gdyż podjęłam decyzję, by przynajmniej teraz nacieszyć się chwilą i żyć teraźniejszością. Nie mogłam jednak do końca pozbyć się niepokoju, który towarzyszył mi podczas szarej codzienności. Czułam pustkę po stracie tego, co najważniejsze. 

                    Każda sekunda stała się nieskończenie trwającą walką kotłujących się we mnie myśli. Każda sekunda była ogromnym cierpieniem, wypełnionym bolesną pustką. Nie chodziło już o chorobę. Zaczęłam godzić się z swoim nieszczęściem, przyjmując je jakoś normalnie, z pokorą. Poczułam iskierkę nadziei, że akurat tę przeciwność będę w stanie pokonać. Co natomiast dotknęło mnie najbardziej? Oczywiście świadomość samotności. Cały czas rosnącej samotności.

                    Nieubłaganie zbliżał się czas, gdy ta właśnie samotność miała osiągnąć punkt kulminacyjny. Wraz z nadejściem końca roku szkolnego spłynął na mnie strumień sentymentów, polegający na tysiącu pytań i milionie innych wspomnień. W te dziesięć miesięcy nie zdołałam zrobić wiele. Nie zdążyłam spełnić swoich marzeń. Potem nastąpił rzekomy wyrok... Przerażenie, strach, smutek, a w końcu kłótnia z Ewą. Zadałam sobie jeszcze jedno pytanie, po którym jednoznacznie stwierdziłam, iż koniec roku szkolnego nie oznacza dla mnie wakacji. Wakacje są czymś, z czego człowiek powinien czerpać radość. Oprócz słońca, męczących upałów, to także czas, kiedy można odnowić zapomniane kontakty, naprawić to, co zepsute, odkryć to, co nieznane...

                     Pożegnałam drugą klasę liceum z ogromnie mieszanymi uczuciami. Owszem, przez cały czas zdawałam sobie sprawę, że nie jestem tutaj lubiana. Że po każdym przekroczeniu progu szkoły napotykam pogardliwe spojrzenia i obojętność. Mimo tego poczułam się jakoś smutno. Pamiętam, jak po uroczystym apelu usiadłam na chwilę na murku  z tyłu placówki i wraz z natłokiem myśli doszłam do wniosku, iż smutek powstały w ostatnich chwilach nie jest bezpośrednio powiązany z opuszczeniem szkoły na te dwa długie miesiące, tylko z tęsknotą za czymś, co ostatnio zniszczyłam. Ubiegłe tygodnie przywoływały mi na myśl krótkie chwile spędzone z Ewą, zanim odkryła prawdę. W ciągu ich trwania cały czas wypominałam sobie ten ogromny błąd. Zasłużyłam na odpowiednią karę i teraz odczuwam jej skutki, bowiem od czasu incydentu - nie dostałam od niej jakiegokolwiek znaku życia. Janek wielokrotnie próbował się ze mną skontaktować, lecz to do niego czułam tak naprawdę największą złość. Gdyby uszanował moją wolę, zapewne rudowłosa dowiedziałaby się w bardziej odpowiednich okolicznościach. Chłopak pewnie chciał się jakoś marnie wytłumaczyć, bo wydzwaniał do mnie nawet nocami, przez co byłam zmuszona wyjąć kartę z telefonu, co i tak nie do końca pomogło. Zaczęło się naciskanie nieszczęsnego guzika od domofonu, a ja natomiast po cichu kierowałam modlitwy do Boga, żeby prędzej czy później nastąpiła jakaś awaria. Oczywiście bezskutecznie. Janek i tak odpuścił.
                    Powoli moją duszę ogarniało jakieś dziwne uczucie, niedające mi spokoju. Jeszcze przed nadejściem wakacji coraz bardziej zamykałam się w sobie. Robiłam to tylko z powodu przyjaciół. Oszukując, sama zostałam oszukana. Janek postąpił bezczelnie. Mógł ze mną porozmawiać, jakoś głębiej omówić tę sprawę, ale widocznie wolał iść na łatwiznę. Początkowo byłam na niego naprawdę zła. Teraz jest mi po prostu przykro. On... Zawsze uważałam go najwspanialszego przyjaciela na świecie, gdyż rzeczywiście z pozoru taki był. Dlaczego więc tak się stało?

                    Codzienność zaczęłam spędzać w samotności, przebywając w pokoju i obserwując gasnące promienie słońca, a później już same cienie sunące po suficie. Moja babcia często mawiała sarkastycznie, że głupota boli. Bez nuty ironii, mogę podziękować babci...

                    Rodziców niesamowicie martwił mój nastrój. Zazwyczaj w porze wakacyjnej tryskałam energią, a teraz... Już sama nie wiem co myśleć. Chyba po prostu zgasłam. Zgasłam jak stara świeczka.

                    Zachowywałam się zupełnie egoistycznie, jak nie ja. Nie jestem złą osobą i choć wiele razy zawaliłam - zawsze potrafiłam otrząsnąć się jakoś z problemów, pójść dalej. Teraz obrałam inną taktykę, próbując uciec od nich za wszelką cenę. Nie wspomniałam rodzicom o powodzie moich dołów, bo sprawa była zbyt dziwna, by ją normalnie skomentować. Ewa powiedziała prawdę, za to więc nie mam do niej żalu. Gorzej jest z Jankiem, a gdy nie ma jego - nie ma i Ewy. Oni oboje liczą się w pakiecie.  

                    Dałam rodzicom dostateczną ilość powodów do zmartwień. Kiedy przebywałam poza pokojem, często próbowali nawiązać ze mną jakiś kontakt. Wtedy rozmawiałam chętnie - ostatnio brakowało mi bardzo rodzinnego ciepła, dlatego ponownie (i całkiem skutecznie) próbowałam je odnaleźć właśnie tym sposobem. Doceniłam wreszcie troskę płynącą z ich strony, ale kiedy przyszło co do czego - przypominałam sobie o wszystkim i dobry nastrój znikał bezpowrotnie. Tego niestety nie zauważyli, a przynajmniej udawali, że nie widzą. 


                                                                    ***


                      W drugim tygodniu wakacji pogoda wyjątkowo nie dopisywała, więc ze względu na sytuację, tak czy inaczej musiałam zostać w domu. Mój nastrój w przeciwieństwie do pogody był dosyć dobry. Oglądałam z Robertem brazylijskie telenowele, lecz po dwugodzinnym maratonie naszła mnie ochota na coś innego.

- Idę do pokoju, Leoncio. - uśmiechnęłam się do Roberta, gdy ten spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

- Dlaczegoż to, moja Isauro? Czyżbyś uciekała do swojego Alvaro? 


- Dokładnie tak. - zachichotałam zdziwiona świetnym humorem. - Żegnam.


                        Ruszyłam wolnym krokiem w stronę pomieszczenia, lecz zatrzymałam się przed telefonem stacjonarnym. Naszła mnie kolejna ochota. Chciałam zadzwonić do kogokolwiek. Tylko do kogo? Nawet Patrycja gdzieś wyjechała. Wspominała coś o miejscu wyjazdu, ale zdążyłam zapamiętać tylko tyle, że ma rodzinę w Niemczech. Szczęściara. Tego roku nasza sytuacja finansowa raczej wykluczała jakiekolwiek wczasy. Liczyłam co najmniej na wspólne wypady z Ewą i Jankiem, lecz najwidoczniej przyszło mi tylko oglądać brazylijskie telenowele. Odeszłam od telefonu i wróciłam do swoich planów.

                        W pokoju było zimno, bo rano zostawiłam otwarte okno, a w tym czasie zdążyło się ochłodzić. Zamknęłam je i usiadłam na łóżku, prawie zapominając o celu  "przybycia" tutaj. Większość szuflad znajdująca się w moim biurku była po brzegi zapełniona karteluszkami i różnymi kartkówkami, które przechowywałam jeszcze z czasów wczesnej podstawówki, natomiast jedna z nich stanowiła dla mnie swego rodzaju schowek. Coś w stylu kapsuły czasu, ale nie do końca. Wolałam nazywać to inaczej. Trzymałam tam swoje różne rzeczy, a przede wszystkim wspomnienia. Gdzieś w tej właśnie szufladzie, wśród mniej lub bardziej znaczących pamiątek, ukryłam wyjątkowo cenną rzecz, po którą bez namysłu sięgnęłam.

                                                                   ***

                           Pamiętnik przeniósł mnie w magiczny świat starych czasów, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Niemalże ze wzruszeniem wertowałam kolejne, nieco poniszczone kartki, docierając wreszcie do ostatniego wpisu z 5 kwietnia 1991 roku.


Drogi Pamiętniku,

mnóstwo czasu minęło od ostatniego wpisu. Ostatni raz sięgnęłam po Ciebie na początku lutego. To nieważne - bo jak mawia dziadek, są na świecie rzeczy ważne i ważniejsze. Wiesz co, Pamiętniku? Dziadek chyba ma rację. Ludzie mówią, że to dobry człowiek, a ja się z nimi w zupełności zgadzam. 

Minął ponad miesiąc od moich jedenastych urodzin. W momencie, gdy zdmuchiwałam świeczki na moim urodzinowym torcie poczułam się nagle bardzo dojrzale. Bardzo fajnie mieć już "naście" lat. To trochę poważniejszy wiek, w porównaniu do dziesięciu, choć i tak czasami zachowuję się jeszcze jak dziecko. To wspaniałe uczucie, Pamiętniku. Robert mówi, że w jego wieku będę całkowicie dojrzała, ale bardzo się myli, bo przecież sam jest jeszcze bardzo dziecinny. Lubi sobie czasem coś ubzdurać. Taki już jest.

Mam też niestety bardzo smutne wiadomości. Ewa wyprowadza się niedługo z Warszawy. Co prawda do wyprowadzki zostało parę miesięcy, ale już na samą myśl o braku najlepszej przyjaciółki szklą mi się oczy. Mam jeszcze Janka i Patrycję, ale to nie to samo, a Janek nie chodzi ze mną do klasy.


Faktycznie, nigdy nie chodziłam z nim do klasy.

Niedługo planujemy wyjechać na parę dni do babci i dziadka. Stęskniliśmy się za nimi, a babcia mówiła mi przez telefon, że za dwa miesiące będziemy zbieramy truskawki. Nie mogę się już doczekać!

Piszę to jeszcze raz, bo nie mogę się powstrzymać: jest godzina 20:48, a ja piszę przy moim biurku, w końcu 11 lat to poważny wiek, prawda?

Nie powiedziałabym. To zbyt absurdalne z perspektywy czasu.

Och, i jeszcze jedno! Data: 5.04.1991 r.

                  Wtedy wszystkie fakty uderzyły mi do głowy niczym grom. Pisałam to kilka tygodni przed wypadkiem. Ostatni wpis, bo po tym przeszła mi ochota. 5 lat... Tyle się zmieniło... Z biegiem czasu nie zauważyłam żadnej różnicy w moim zachowaniu. Widocznie zmiany zachodzą stopniowo i dopiero po jakimś czasie można zauważyć ich skutek. W wieku 11 lat byłam niesamowicie radosna, jak prawie każdy dzieciak. Rozbawiło mnie to, że tak wiele rzeczy uznałam za poważne. Przynajmniej myślałam pozytywnie.

                    Z ciekawości postanowiłam zajrzeć do jeszcze innych wpisów. Nie byłabym sobą, gdybym poprzestała na jednym. Tym razem przewertowałam kartki na sam początek, gdzie koślawymi cyferkami zapisałam niegdyś datę: 5.01.1988 r.


Kochany Pamiętniku!

Piszę szybko i litery są takie brzydkie i krzywe. Mama mówi, że powinnam poćwiczyć pismo, ale wszystkie moje koleżanki piszą nieładnie. Dopiero co się nauczyliśmy, a i tak tatuś pomaga mi czasem poskładać wyraz jak nie umiem go napisać. Chociarz nie. Pati pisze ślicznie i jej rodzice nie muszą pomagać.


Wzdrygnęłam się, widząc błąd w słowie "chociaż"


Zamierzam od dziś pisać w moim pamiętniku, żeby zapamiętać wszystkie ciekawe rzeczy. Teraz prawie każdy prowadzi taki pamiętnik. Niektórzy dają go swoim koleżankom lub kolegom, a oni wtedy piszą w nich jakieś mądre zdania, które średnio rozumiem. Ja jestem bardziej sentymentalna i wolę opisywać zdarzenia. Sentymentalna? Dobrze to napisałam? Chyba tak. Usłyszałam to słowo w radiu. Podoba mi się :)


Uśmiechnęłam się do tych słów, choć nie było to wszystko.


Dzisiaj bawiłam się na dworze, bo wreszcie spadł śnieg! Jest strasznie zimno i Janek szybko wrócił do domu. Śmiałam się potem z Ewą, że żaden z niego facet. Pewnie się jeszcze rozchoruje, albo coś innego...

Ja już kończę, Pamiętniku, bo strasznie boli mnie ręka od tego pisania. Nawet w szkole nie piszemy tak dużo!

- To więc wyjaśnia moje brzydkie pismo. - zaśmiałam się głośno.


                          Wpisy zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. W czasie tworzenia pierwszego nie miałam jeszcze ośmiu lat. Błędów ortograficznych praktycznie nie zauważyłam, ale z pewnością dużo korzystałam z pomocy rodziców. To wszystko było takie pocieszne, że tym razem rzeczywiście poleciało mi kilka łez wzruszenia.


29.06.1988 r.

Drogi Pamiętniku,

choć wakacje dopiero się rozpoczęły, już planujemy wyjazd w Karkonosze. Wolałabym pojechać nad morze, ale rodzice tym razem wybrali góry, bo mają dość wiatru. Ale w górach też wieje, prawda? No właśnie. Próbowałam ich przekonać. jednak dzieci i ryby głosu nie mają. Nawet Robert jest 
przeciwko mnie :(


Jeżeli dobrze pamiętam, w górach bardzo mi się podobało i kolejne dwa lata jeździliśmy w to samo miejsce.


Dzisiaj poszłam z mamą i Ewą na basen. Tata z Robertem pojechali na ryby, a ja miałam dylemat, czy pojechać z nimi. W końcu wybrałam basen. Po godzinie dołączył do nas też Janek. Było bardzo fajnie. Jestem beznadziejna w sporcie, ale za to pływam świetnie. Mogłam popisać się przed Ewą. Jej szło kiepsko.


Zawsze lubiłam pływać i nie przypuszczałam, że w tej dziedzinie będę w stanie kogoś pobić. Jednak to się stało.


18.10.1988 r.

Drogi Pamiętniku!

Już prawie dwa miesiące trzymają mnie w tym więzieniu, czyli tak zwanej SZKOLE. Tamten rok był fajny. Miałam przynajmniej jakieś koleżanki. Teraz mam wrażenie, że ciągle robię coś nie tak. Nadal przyjaźnię się z Ewą i Patrycją, ale pozostałe dziewczyny (chłopcy w sumie też) dziwnie na mnie patrzą, a czasem zadają jakieś pytania, na które nie znam odpowiedzi. Nie rozumiem ich zachowania. Jest mi przykro. Mama mówi, żebym się nie przejmowała, bo kiedyś im się znudzi, ale ja w to wątpię. No cóż, jakoś wytrzymam.. To będą naprawdę ciężkie miesiące...

A więc... To wtedy się zaczęło. Nawet nie wiedziałam, że tak wcześnie.

Czytałam kolejne i z biegiem czasu problem rzeczywiście rósł. W końcu dotarłam do wakacji '89.


25.07.1989 r.

Dziś odpoczywamy nad jeziorem. Wynajęliśmy na weekend domek od znajomych rodziców. W górach było fajnie, ale w tym roku chcieliśmy jeszcze gdzieś pojechać. Jest tu niestety pełno much. Czasami mam wrażenie, że wejdą mi do nosa. Fuuuj!

Jeziorko jest czyste i super się w nim pływa. Pierwszy raz nurkowałam z tatą przy pomocy rurek do oddychania. Było świetnie! Niedaleko znajduje się też stadnina koni i po kąpieli poszłam z Robertem pooglądać koniki. Spodobał mi się jeden - cały w małe brązowe plamki. Próbowałam go pogłaskać, ale ode mnie uciekł. Chyba mnie nie polubił. Szkoda. Zawsze chciałam mieć konia.

Wieczorem ugryzła mnie osa. Strasznie pie...


Tutaj wpis się urwał. Znając siebie, pisałam go wieczorem i rodzice zagonili mnie do spania.
Następna notatka, którą przeczytałam - kompletnie zwalała z nóg.


2.04.1990 r.

Wybraliśmy się dzisiaj na lody.


"My", czyli ja, Patrycja, Ewa i Janek.


Mama często nie pozwala mi chodzić samej po mieście, bo w końcu Warszawa jest wielka i łatwo można się zgubić. Zapewniłam ją, że idziemy w znane tereny, lecz i tak kręciła na to nosem. Z tatą poszło lepiej - zgodził się bez namysłu. Może po prostu chciał pobyć z Robertem i moja nieobecność była mu na rękę?

Janek jest super chłopakiem. To trochę dziecinne, ale bardzo lubimy bawić się razem w piratów. Zawsze trzyma się blisko mnie, bo jestem zastępczynią kapitana. Dziewczyny zazdroszczą mi, że podrywa mnie kapitan. Swoją drogą, ma prześliczne oczy. Niebieskie są najpiękniejsze. Janek trochę mi się podoba, ale ćśśś! Tylko odrobinkę!


                       Janek mi się podobał, Janek mi się podobał... O, nie!

                       Kolejne kartki pamiętnika tylko potwierdzały autentyczność tych słów. Co ja w nim widziałam, że bujałam się w Janku jakieś... 3 lata?

                       Po przeczytaniu tego wszystkiego w mojej głowie powstał dziwny mętlik. Zaczęło mi się porządnie mieszać w mózgownicy. Łączyłam po kolei fakty, dochodząc wreszcie do wniosku, jak bardzo zmieniło mnie ostatnio życie. Czy naprawdę jestem obecnie tak odmienna od Iwony, którą znałam kiedyś? Czy zatraciłam w sobie to unikatowe "ja" i zostałam taką osobą jak teraz?

                        Drżącą ręką przewróciłam kartki na sam koniec i nieco koślawo zapisałam dzisiejszą datę: 5.07.1996 r.



Drogi Pamiętniku!

5 długich lat minęło od ostatniego wpisu. Nie jestem już jedenasto, a szesnastolatką z ogromnymi problemami. Nie wiem, czy zamierzam kontynuować pamiętnik. Po tak długim okresie abstynencji nie będę w stanie chyba pisać dalej z taką zawziętością, jak kiedyś.

W ciągu tego całego czasu stałam się kimś zupełnie innym. Może dlatego właśnie tak bardzo pragnę o tym napisać. Przeczytałam moje "dzieło", które prowadziłam, no, przyznam - dosyć długo. Tamte wszystkie wydarzenia wydają się teraz tak błahe w porównaniu tym, co trapi mnie teraz...

Moi dziadkowie nie żyją, a ja swoje życie również mogę stracić. W kwietniu tego roku zdiagnozowano mi złośliwy rodzaj nowotworu - białaczkę. Choroba zabija mnie powoli, ale najbardziej wysiada psychika. To przez nią straciłam dobre kontakty z jedynymi znajomymi. Chciałabym to naprawić, ale jeden osobnik zawinił, i to bardzo. Nie chcę o tym wspominać.

W dużym skrócie - wydarzyło się naprawdę wiele. Kto wie, czy za następne 5 lata nadal będę stąpała po tej Ziemi. Iwono z przyszłości, jeżeli zawalczysz i przeżyjesz chorobę... Pozdrawiam Cię serdecznie!!! Nie mam najmniejszego pojęcia, czy dożyję starości, czy też umrę w wieku 16/17 lat. Życie pokaże...


                           Odłożyłam pamiętnik tam, gdzie jego miejsce. Dziwne, że tyle czasu przeleżał na dnie szuflady. Pochłonął mnie chyba wir pracy i następujących po sobie zmartwień, które po kolei odsuwały na bok mniej istotne sprawy. Zostałam zakompleksionym filozofem i straciłam tę radość przelewaną stopniowo na kartki pamiętnika. Byłam wtedy jeszcze strasznym dzieciakiem. Pisałam o prostych rzeczach, bo na takie zwracałam uwagę.

                            Uśmiechnęłam się do siebie i wróciłam do salonu, gdzie na kanapie siedziała tym razem cała rodzinka. Tylko mnie brakowało do kompletu. Usiadłam pomiędzy mamą a tatą i powiedziałam cicho:



- Znalazłam coś ciekawego...


                          Moja rodzicielka zamrugała kilka razy oczami, jakby chciała otrząsnąć się z transu.


- Co mówiłaś?


- Mówiła, że coś znalazła. - mruknął tato, patrząc na ekran telewizora. - Może bombę atomową, albo zeszyt od rosyjskiego?


- Zeszyt znalazłam już dawno. Bomby atomowej też nigdzie nie mam. To coś innego. Mogę wam później pokazać...


- Dobrze, jeżeli rzeczywiście nie jest to bomba atomowa. - zaśmiał się Robert.


- Iwona, zobacz jaka się ładna pogoda zrobiła. - mama wyjrzała przez okno i z uśmiechem spojrzała na zegarek. - Piętnasta piętnaście. Nie chciałabyś wyjść gdzieś z przyjaciółmi? Nie myśl, że nie widzimy, jak całe dnie przesiadujesz w pokoju. Dlaczego taka jesteś. Ostatnio fajnie spędzałaś czas z Jankiem. Tam na działce, pamiętasz? Teraz ich... Olałaś. Czy... Czy coś się stało?


- Ty mi nawet o Janku nie mów, mamo...


- Mama ma rację. - wtrącił się tato. - Iwciu, musimy znać twoje problemy. Jesteśmy rodziną. Chcesz z nami porozmawiać?

Zdenerwowałam się trochę, ale nie dałam po sobie tego poznać.


- Nie chcę z wami porozmawiać. - przyznałam.


- A to dlaczego? Zmarnujesz sobie wakacje w samotności. - mama oparła się o stół i nerwowo stukała palcami w blat.


- Zmarnuję sobie wakacje i bez tego!


- A więc to coś związanego z chorobą, tak?


- Może. Coś w tym sensie...


- Czyli widzisz, Ado. Coś jest na rzeczy. - tata wyłączył telewizor i wolnym krokiem zbliżył się do mnie.

   Mieli rację. Potrzebowałam poważnie porozmawiać. W końcu uległam.


- OK...


- Co "Ok"?


- Porozmawiamy później. Teraz idę się przejść. Wybaczcie mi...


- Dobrze. Jeśli chcesz, możemy porozmawiać tylko my dwie, w cztery oczy. Chcę po prostu wiedzieć, co ci leży na sercu.


- Jak każda matka. - pocałowałam ją w policzek. - Wychodzę na jakiś czas...


- Sama?


- Sama...

                                                                      ***

                           Silny wiatr przegnał deszczowe chmury i na niebie nie było widać żadnego obłoczka. Dzisiejszego dnia świat wypiękniał, choć nigdy nie uważałam początków lipca za szczególnie urokliwe. Maja, czy czerwca - owszem, ale za klimatem lipca raczej nigdy nie szalałam. Wolałam sierpniowe wieczory, jakby wprost wyjęte z poezji Adama Mickiewicza. Ciche i romantyczne. Piękniejsze niż tłumy ludzi kotłujące się przy kąpieliskach. Bardziej naturalne.

                            Szłam powoli i chyba już z dziwnego przyzwyczajenia oglądałam się co jakiś czas za siebie, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, kogo nie chciałabym dzisiaj widzieć. Ucieczka od problemów była bardzo złym rozwiązaniem. Czasem przemykała mi myśl, że może Janek faktycznie nic Ewie nie powiedział, ale z drugiej strony - innego wyjścia nie było. Chciałam mu powiedzieć, co o tym wszystkim sądzę, ale resztki godności wolałam zachować dla siebie. Tak na wszelki wypadek.

                            Skręciłam w alejkę prowadzącą do parku. Przekwitły już kwiaty, które zazwyczaj tutaj rosły. Szkoda. Były naprawdę śliczne. Nie tak dawno, pewnego okropnego kwietniowego dnia widziałam je po raz ostatni. Później zrezygnowałam z odwiedzania tego miejsca. Przynajmniej na jakiś czas.

                             Usiadłam w tym samym miejscu, co wtedy. Przypatrywałam się tafli wody z nieziemskim spokojem, jakbym chciała utopić w niej swoje najgłębsze smutki, żeby spłynęły na samo dno. Wtedy jak na złość przypomniało mi się wrzucanie do stawu i tą myślą wróciłam do domu...

                                                                     ***

- Gdzie tata z Robertem? - zapytałam po zauważeniu ich nieobecności.


- Wyszli gdzieś na chwilę. - odpowiedziała mama.


- To znaczy gdzie?


- Nie wiem. Wrócą za jakiś czas.


Czułam, że coś kręci, ale nie zamierzałam drążyć tematu.


- Gdzie byłaś?


- Przede wszystkim w parku. Trochę też spacerowałam.


- Musiałaś pozbierać myśli? - przybrała poważny wyraz twarzy.


- Coś w tym stylu.


- I jak?


- Ale co?


- Zbieranie myśli. Możemy normalnie porozmawiać?


- Jasne, możemy.

           
                               Usiadłyśmy na kanapie, a ja westchnęłam głęboko.


- To było pewnej majowej niedzieli. - zaczęłam. - Rano zapukała do mnie Ewa i...


- Pokłóciłyście się? - przerwała mi mama.


- Dasz mi dokończyć?


- Oczywiście. - posmutniała.


- Słuchaj teraz. To jest dopiero dobre! Janek jej o wszystkim powiedział, a ona zrobiła mi z tego aferę, jakby to było nie wiadomo co, rozumiesz? Nakablował, dureń jeden. Od tamtego czasu... No, wiesz. Nie rozmawiam z nimi obojga. Jak ma to robić ze świadomością, że Ewa wie, a Janek to hipokryta?


                         Mama zbladła, jakby powoli docierał do niej sens tych moich słów.


- Wszystko w porządku, mamo? - zapytałam troskliwie.


- Ja... Nie dziwię się, że wie.


- Co...? Dlaczego?


                          Przyłożyła dłoń do czoła i spokojnym tonem oznajmiła:


- Widziałam się z Ewą w tamtą sobotę, zanim jeszcze pojechaliśmy na działkę. Naprawdę myślałam, że o wszystkim wie, ale gdy powiedziałam jej, iż musisz wziąć leki, sama się dowiedziała. Była taka... Przerażona i zatroskana... Przyrzekała, że to nie wpłynie na waszą przyjaźń i nie będzie miała ci niczego za złe. O to się pokłóciłyście? Janek nie ma z tym nic wspólnego... Halo, Iwona? Dobrze się czujesz?

*********************************************************************************

Uwielbiam kończyć w takich momentach :D
Powtórzenia w kartkach z pamiętnika umieściłam specjalnie - musiałam się jakoś wczuć z dziecko, a było trudno, bo ponoć jestem 68 - letnią babcią.
Jak nietrudno zauważyć, dodałam stronę "Autorka" i jak chcecie, możecie poczytać coś... Choć sama nie wiem czy warto znać Mezzoforte. Bardzo dziwna z tej Mezzoforte osóbka...

Mam nadzieję, że się podobało, ja tymczasem spadam i lecę ogarnąć to coś, bo zaraz runie... xD




   
Mezzoforte