niedziela, 25 czerwca 2017

8 lat [*]

Witajcie!

Ważna dziś rocznica, prawda?
No właśnie.
Nigdy wylewna nie byłam i na pewno niejedna osoba zdążyła zauważyć, że bywam czasem sztywna, a pokazywane uczuć przychodzi mi z trudem.
Nic na to niestety nie poradzę. To co sądzę o Michaelu wolę zostawić dla siebie, ale nie  wykluczam możliwości, że kiedyś, w dalekiej przyszłości może jeszcze opowiem co nieco o paru pierdołach, ale... Nie teraz.

W dużym uogólnieniu - Mike jest dla mnie w życiu bardzo ważną osobą, którą podziwiam i która niesamowicie inspiruje mnie do... Po prostu do bycia. Lepiej tego nie ujmę.
Straszną przykrość sprawia mi fakt, że Michael nie żyje już od tylu lat. Można mówić co się chce, ale w mojej osobistej interpelacji był aniołem zesłanym na Ziemię i zdania NIE ZMIENIĘ.

Teraz pomyślałam tak sobie, że gdyby nie mój tata, teraz z pewnością nie byłabym fanką MJ. Dziękuję, tato, choć i tak nigdy tego nie przeczytasz, bo raczej wolę zostawić moje blogowanie dla siebie ;)



Śliczny montaż, śliczna piosenka. Wielki szacunek dla autorki!



Może faktycznie po drugiej stronie jest lepiej?




Na koniec coś zabawniejszego xD









Spoczywaj w pokoju, kochany.
Zrobiłeś wiele dla muzyki...
Bardzo wiele ;'(   <333



poniedziałek, 19 czerwca 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 16

               
Hej! 

Tak, rozdział miał być wcześniej, WIEM o tym, nie bijcie (ewentualnie możecie mnie rozstrzelać)
Pod koniec roku miałam w szkole taki szał, że masakra. Przepracowałam się bez dwóch zdań. Na szczęście do wakacji coraz bliżej i nareszcie odpoczniemy wszyscy od tego wszystkiego.
Tak mi się jeszcze jedna rzecz przypomniała odnośnie poprzedniego rozdziału, a dokładniej wrzucania do stawu. Ostatnio mnie prawie wrzucił tam wujek, a mój brat majstrujący przy wędce (mały próbuje ryby łowić xD) - wpadł do niego sam. Pomost się skończył i tyle xD :D
I jeszcze jaki zadowolony był i dumny z siebie, haha! Musiałam, po prostu musiałam tę historię przytoczyć...

Rozdział jest dzisiaj wyjątkowo w porządku, choć przepisywałam go na komputer w bólach głowy (akurat sąsiedzi musieli słuchać jakiejś śmieciowej muzyki, eh...). Zaszalałam i właśnie od tego momentu zaczyna być ciekawie. Jestem zadowolona...

Także życzę miłego czytania i zapraszam do komentowania!





********************************************************************************************************


          Jej słowa przez pewien czas nie były  w stanie do mnie dotrzeć. Nie potrafiłam 
zrozumieć zaistniałej sytuacji. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak wielki popełniłam błąd. Cały optymizm wywietrzał ze mnie w jednym momencie, jakby za sprawą podmuchu wiatru. Zatraciłam się zupełnie w słodkim kłamstwie i teraz dopiero odczuwam jego straszną gorycz. Nie na tym rzecz miała polegać! Nie tak miało wyglądać moje kłamstwo. Kłamstwo, które może przecież zaważyć na naszej przyjaźni.

                   Nieprawda to najgorszy przykład obrazy drugiego człowieka. Jest oczywiste, że oprócz destrukcji w ludzkich relacjach, niesie ze sobą poważne konsekwencje. Kłamstwo to błąd pozbawiony głębszej filozofii. Naprowadza na złą drogę, wiodącą niekiedy niezwykle daleko od smutnej prawdy. Czasami pociesza, a mimo tego gdy wychodzi na jaw, uderza z podwójnie i niszczy wszystko, co może. Potrafi z jednego przerodzić się w drugie. Wtedy oszustwo wygrywa nad człowiekiem. Ukazuje jego słabość, która pozbawia możliwości mówienia prawdy. 

                 W moim wypadku wyglądało to jeszcze gorzej. Poza paroma rzeczami, nie miałam prawa narzekać na swój los. Posiadałam wszystko, czego potrzebowałam, w tym przyjaźń stojącą teraz pod znakiem zapytania. W mojej naturze leży popadanie w różne skrajności, tarapaty oraz naruszanie harmonii i spokoju życia, których przecież tak pragnę. Popełniłam błąd. Wielki błąd. Z wiadomych powodów poczułam się podle.

                  Spojrzałam na twarz Ewy. Gdy zobaczyłam na niej ten żal, tę złość, spuściłam wzrok. Początkowo nie chciałam wcale źle. Po tylu latach rozłąki nie potrafiłam jej o wszystkim od tak po prostu powiedzieć, nie byłam gotowa. Z drugiej zaś strony - jakim głupstwem było wplątywanie się w te bujdy, że wszystko jest w porządku? Cóż stało na przeszkodzie, by jakimś cudem to wszystko ominąć?

                 Jej wzrok był przeszywający. W kwestii choroby nie miałam już przed nią nic do ukrycia. Chociaż nie powiedziała tego wprost, samo spojrzenie wystarczyło, bym wiedziała. Mogłam faktycznie darować sobie te głupie gierki. Mogłam powiedzieć jej prosto z mostu, jeszcze podczas spotkania w kawiarni. Ale z dziwnych powodów tego nie zrobiłam. Próbowałam sobie zadać pytanie "Po co mi było to wszystko?", lecz w ciągu tych paru sekund nie doznałam żadnego cudownego olśnienia. Wręcz przeciwnie. Zaczynałam rozumieć samą siebie coraz mniej. Zupełnie jakby te wszystkie rzeczy, które robiłam w ostatnim czasie kompletnie straciły sens, a co najważniejsze - ja straciłam tę cząstkę nadziei, że mimo wszystko nie zeszłam zupełnie na złą ścieżkę. A jednak to się stało...

                Nie zważając zbytnio na wyraz twarzy Ewy, zaprosiłam ją do środka. Ona natomiast zrobiła coś dziwnego. Jej spojrzenie ponownie przesiąknęło złością do tego stopnia, że nawet odcień jej rudych włosów wydawał się intensywniejszy i zgodny z temperamentem ich właścicielki.


- Nie zamierzasz wejść?

                 
              Ewa pokiwała przecząco głową.


- Nie. - powiedziała zdenerwowanym tonem. - Przyszłam tu na chwilę.

        
              Niezrażona sytuacją, mówiłam dalej:


- To nie zabrania ci wejść do środka. Chwila może się bardzo przedłużyć, zawsze tak jest.


              W końcu przystała na moją propozycję, bo weszła wolnym krokiem do mieszkania i przystanęła koło regału z książkami. 


- Na co miało to wszystko być? - zapytała zrezygnowanym, niepokojąco sympatycznym głosem. Dobrze wiedziałam, iż zawsze robi tak, gdy jest zdenerwowana. Znałam ją zbyt dobrze, a takich rzeczy nawet po upływie lat się nie zapomina. Przełknęłam nerwowo ślinę.


- Tylko co?


- Ty już doskonale wiesz o co chodzi! - syknęła, odrywając wzrok od kolorowych okładek. - Dlaczego ty cały czas musisz kłamać? I po co ci, do cholery to wszystko?!


               Zrobiło mi się jej jeszcze bardziej szkoda. Głównie z tego powodu, iż faktycznie miała rację. Co do joty. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy dno, na które upadłam nie zaczyna się pogłębiać i przeszkadzać mi w możliwości ponownego powstania. Poczułam się jak w ruchomych piaskach, z których nie w sposób się wydostać. Żyjąc w słodkim kłamstwie, miałam choć iskierkę nadziei. Mogłam przynajmniej z kimś porozmawiać, bez obaw, że zacznie się nade mną użalać i współczuć. Tego bym nie zniosła.


- Uspokój się, Ewa. Bez powodu robisz z byle czego wielkie halo. Musimy spokojnie ze sobą pomówić. - usiłowałam zachować  spokój, lecz lekkie zdenerwowanie zdradził mój łamiący się głos.


- Wiesz co? Chyba miałaś rację, że zostanę tu na dłużej niż chwilę. W końcu niecodziennie z pozoru najlepsza przyjaciółka robi z ciebie... Idiotkę.


- Ale...


- Milcz! Czy ty nie rozumiesz... Czy ty tego nie rozumiesz, że ja się po prostu martwię? Że też chciałabym pomóc?


                 Usiadła na taborecie i zakryła twarz dłońmi. 


- Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogłabyś mi pomóc. - zauważyłam.


- Może i się nie mylisz, ale co mi cholera jasna do tego, skoro każdy mnie ostatnio okłamuje? Uwierz, że nie tylko ty. Czy naprawdę nie zasługuję na szacunek? Choć odrobinę szacunku! Iwa, jest wiele rzeczy, których ty nie powinnaś wiedzieć, ale chyba każdy posiada parę takich tajemnic, których nie zamierza nikomu wyjawić, prawda?


                  Skinęłam głową.


- Doskonale wiem, iż nie jestem idealna. - kontynuowała. - Brak mi czasem pokory, ale wszystkie wady próbuję nadrabiać optymizmem. Uśmiecham się nawet wtedy, kiedy mam ochotę tylko... Siąść i płakać. Ale mimo wszystko wobec przyjaciół jestem szczera ZAWSZE, a to, że nie mówię o niektórych rzeczach, to jedynie moja zakichana sprawa!


                  Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak roztrzęsionej. Zrobiła się cała czerwona i jakby tego było mało - płakała. Po chwili wytarła jednak łzy i z zawziętością rzymskiego legionisty ciągnęła dalej:


- Nie rozumiem, co chciałaś swoim zachowaniem udowodnić. Może mówię jak matka, ale teraz dochodzi do takich sytuacji, przy których nawet ja myślę racjonalnie. Spójrz na to wszystko z innej strony. Kiedyś wiele opowiadałaś mi o pewnej rzeczy. Była to oczywiście część twoich filozoficznych wywodów, ale mniejsza... Nienawidziłaś hipokryzji. Nie tolerowałaś jej.


- To prawda, ale przecież...


- Daj mi dokończyć! - warknęła. - Po prostu ty sama wyszłaś na zwyczajną hipokrytkę. Kiedy po raz pierwszy raz spotkałyśmy się po tylu latach, widziałam w tobie to przygnębienie, lecz myślałam sobie: "No nie wiem, może ma po prostu zły dzień", jednak tych dni ostatnio się trochę nazbierało, nieprawdaż? To mnie niepokoiło i słusznie. Teraz już o wszystkim wiem i niczego się już nie wyprzesz.


- Spokojnie, Ewa. Robisz z tego kuriozum, a tak naprawdę mówisz o rzeczy, która w rzeczywistości nie jest aż tak straszna.


- A wiesz, czym dla mnie jest kuriozum? Ano to, że nie wiedziałam nic wcześniej. Powiedz proszę, jak długo wiedziałaś o tym paskudztwie, zanim cię spotkałam?


- W dniu zdiagnozowania u mnie raka, po raz pierwszy spotkałyśmy się po długim czasie. I to jest właśnie najgorsze. - westchnęłam ciężko.


                    Ewa spojrzała tępo na sufit.


- Pięknie... Teraz pewnie teraz ja będę ci się kojarzyć ci się z chorobą.


                    Zdenerwowały mnie jej słowa. Zdecydowanie przesadzała.


- Nie mów tak, dobra? Przecież nic złego nie zrobiłaś. To raczej ja powinnam się w czymkolwiek winić.


- Ale Iwona! Ty siebie słyszysz? Ty masz białaczkę. Dotarło to do ciebie? Na to się UMIERA. Ech... Zawiodłam się na tobie. Zawiodłam się jak nigdy! Przecież teraz... Wszystko może się stać!


- Nieprawda. Nic nie może się zdarzyć.


                      Ewa poszła szybkim krokiem do kuchni i zatrzymała się przy stole, patrząc na to i owo. 


- Zawsze taka jesteś. Tłumaczysz swoje błędy jakąś dziwną, irracjonalną filozofią, która nijak ma się do tego, co robisz. Jedno mówisz, drugie...


- Cicho bądź, Ewa, bo rodzice lada chwila wrócą z kościoła, a Robert jest w swoim pokoju. Wiesz, jak on lubi podsłuchiwać.


- To ty nie idziesz do kościoła? - zdziwiła się.


- Głowa mnie boli.


- Wiesz co, Iwka? Zaczyna mnie ta rozmowa już wkurzać. Chrzanię twoich rodziców i chrzanię Roberta! Jestem wkurzona, mam do tego prawo.


                  Poczułam się przez chwilę jak oskarżona na sali sądowej, a Ewa nagle zaczęła przypominać oschłą prokuratorkę, sypiącą raz po raz absurdalnymi zarzutami.


- Ewa.. Chciałam tylko powiedzieć, że nie czuję się niewinna. Zrobiłam coś okropnego. Tak, zdaję sobie z tego sprawę! Faktycznie, mogłam powiedzieć wcześniej, ale wyszło jak wyszło. Bałam się, wiesz? Po przyjeździe miałaś na pewno wiele spraw na głowie, a moje problemy tylko dołożyłyby ci zbędnych kłopotów...


- Ty się lepiej nie tłumacz! A z resztą - głupoty się nie tłumaczy. Nigdy. Co się natomiast tyczy zmartwień - dołożyłaś mi ich teraz wystarczająco dużo, bym mogła stąd pójść.


                  Mówiąc to, skierowała się w stronę wyjścia. Zatrzymałam ją szybko, zanim jeszcze zdążyła wyjść.


- Chwila, zaczekaj... Od kogo ty o tym wszystkim wiesz?


                  Twarz Ewy momentalnie złagodniała i już zbierała się, by coś powiedzieć, gdy do głowy przyszła mi oczywista odpowiedź. Janek.

                   Nietrudno było się domyślić, że to on. W końcu to on namawiał mnie, bym powiedziała 
Ewie o białaczce. W tamtej chwili nie rozważałam już innej opcji. Pomyślałam o chłopaku, po czym ogarnął mnie żal. Żal do niego, bo nie potrafił zachować dyskrecji. A ja dałam się nabrać na "naukę uśmiechu"! Też coś! Fałszywiec. Fałszywiec i zdrajca.


- Zabiję Janka! - wydarłam się na całe gardło. - Że też musiał nakablować, skubany. Nie mógł siedzieć cicho. Widać musiał w końcu zsolidaryzować się z tobą, dlatego wydał tę kłamliwą Iwonkę!


                    Ewa z przerażeniem wlepiła wzrok w mój zdenerwowany wyraz twarzy.


- Jego w to nie mieszaj. To najsympatyczniejszy człowiek, jakiego znam. 


- Aha, faktycznie. - zakpiłam. - Wydał mnie. Tyle w temacie. Pieprzony hipokryta!


- Od kiedy ty przeklinasz?


- Nie przeklinam. Wybacz. Jestem zdenerwowana. A poza tym, ty też przeklinasz.


- Ja przynajmniej słusznie! Tobie nie wypada. Jesteś... Zawsze byłaś taka spokojna. Od tej strony cię nie znałam. Boże, co się z tobą dzieje? Nie byłaś kiedyś taka. A Janek... Jankowi nic do tej zakichanej sprawy. Nic a nic!


- Bronisz go, bo to twój... Chłopak. - powiedziałam już spokojniej. - Nikt inny nie mógł ci tego powiedzieć.


- Mów co chcesz. Jeżeli wybierasz życie w kłamstwie - proszę bardzo. Powiedziałabym coś jeszcze, ale mam dosyć godności. Powtarzam po raz kolejny - zawiodłaś mnie...


                     Po tych słowach wyszła, trzaskając za sobą drzwiami. Ja od natłoku emocji skuliłam się przy ścianie, przeklinając w duchu Janka. Teoretycznie nie powinnam tego robić, jednak złość dawała we znaki. Jak nigdy przedtem poczułam doskwierającą mi 
samotność.

                                                                    ***

                       Siedziałam w kącie kolejne 15 minut, nadal nie mogąc zrozumieć sensu tej całej sprzeczki. Cokolwiek Ewa myślała, prędzej czy później i tak bym jej powiedziała. Ale czy to mnie w czymkolwiek usprawiedliwiało? Otóż nie. Chyba jednak miała rację. Rzadko dopuszczałam się głupstw, a jak już, to porządnie. Nie myślałam za wiele nad tą sprawą. Tak naprawdę, stoczyłam się jak nigdy. Sprawdziły się najgorsze przypuszczenia.

                       Usiadłam na kuchennym krześle, oparłam łokieć o blat i teatralnym gestem przyłożyłam dłoń do czoła, niczym pokrzywdzona dama. Tyle że nie byłam ani pokrzywdzona, ani tym bardziej damą. Najgorzej w tym wszystkim ucierpiała Ewa. Czy mówiąc, że wszyscy ją opuścili, miała na myśli rodziców? Najwidoczniej tak. Cóż, nadal liczyłam po cichu na cud, że to wszystko okaże się złym snem. Jednak w dalszym ciągu siedziałam tak bezczynnie z miną męczennicy, roztrzęsiona, zdezorientowana po usłyszeniu... Prawdy.

                      Najprawdopodobniej byłam też strasznie czerwona, dlatego nalałam sobie wody i wypiłam jednym duszkiem. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że to za mało, więc wypiłam kolejną szklankę. W końcu z powrotem opadłam na krzesło i ukryłam twarz w dłoniach. Od momentu diagnozy, moja rozpacz tak naprawdę nie osiągnęła jeszcze takiego poziomu, bym miała wyć jak bóbr. W końcu musiało się to stać.

                      Płakałam bez obaw, że Robert może mnie usłyszeć. Nawet gdyby, i tak nie miałby nic do powiedzenia, bo w końcu ileż można trzymać emocje na wodzy? Uświadomiłam sobie błąd, ten głupi błąd, w efekcie którego to ja zaczęłam sprawiać problemy wszystkim dookoła. Nie odwrotnie. Cały czas okłamywałam się, że walczę. Tak naprawdę poddałam się już na samym początku, bo pewnych rzeczy nie potrafiłam zaakceptować. Okropieństwo.


- A tobie co się stało? - usłyszałam cichy głos mojego brata.


                         Spojrzałam na niego szklistymi oczami.


- Wszystko się wali ostatnio, mój drogi. Słyszałeś kłótnię?


- Nie. - popatrzył na mnie zdziwiony. - Muzyki słuchałem. Coś się stało?


- Wiele się stało, Robert. I dzisiaj i wczoraj...


- Dlatego płaczesz?


-Dlatego...Przepraszam, ale nie mam humoru. Lepiej pójdę do pokoju. Chociaż ty miej dobry nastrój...


                         Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Zamknęłam pomieszczenie na klucz, zasłoniłam rolety i zadzwoniłam do tego nieszczęsnego Janka. Nie chciałam postępować złośliwie, po prostu musiałam wyjaśnić parę spraw.


- Halo? - odebrał po którymś z kolei sygnale.


- Wpadłbyś do mnie? - zapytałam cicho.


- Nie mówiłem ci, że jadę z drużyną na spływ kajakowy? Jestem teraz bardzo zajęty. Mów szybko, o co chodzi.


- Jaki spływ? Nic mi nie mówiłeś. 


- Nie? To przepraszam. Jeżeli chcesz, wpadnę do ciebie około 19. To coś ważnego?


- Na tyle ważnego, że nie możemy o tym mówić przez telefon. Och, to harcerstwo cię wykończy. Nie wytrzymałabym na twoim miejscu, haha!


- Naprawdę warto się zapisać. - zaśmiał się lekko. - Co dwa tygodnie organizujemy jakieś wycieczki.

                         W tym momencie usłyszałam stłumiony głos jakiegoś chłopaka. Janek pośpiesznie powiedział tylko, że go wzywają i skończył rozmowę. Nie pozostało mi nic innego, niż czekać.

                         Rozejrzałam się po pokoju. Dopiero teraz spostrzegłam, iż zaczął przypominać bardziej stanowisko lekomanki, niżeliby szesnastolatki. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz na widok tych wszystkich prochów. Patrzyłam na nie bardziej jak na truciznę, a nie coś, co ponoć ma mi pomóc.

                         Następne godziny spędziłam tylko i wyłącznie sama. Bezskutecznie usiłowałam kierować myśli na pogodniejsze ścieżki, jednak cały czas myślałam o tym, co będzie dalej. Ewa niewątpliwie porządnie się obraziła, z resztą całkiem słusznie. Poczułam się z tego powodu jeszcze gorzej. Zwłaszcza, że teraz kwestia Janka stała pod znakiem zapytania. Nie dopuszczałam do siebie myśli, iż on - mój wierny przyjaciel postanowił dać mi wymiar sprawiedliwości. Nie była mi w tamtym momencie nawet potrzebna. Wystarczająco zawiniłam.

                        Czasami człowiek nie zauważa, gdy postępuje źle. Wydaje się mu, że wszystko jest w porządku i ciągnie kłamstwo dalej. Przestaje myśleć o prawdziwej sprawiedliwości, więc ucieka w fałsz i niesprawiedliwość. Po pewnym czasie zaczyna jednak pewne rzeczy rozumieć. To nie dzieje się bez przyczyny. Wola boża, lub po po prostu sam los lubi czasem nas poddawać próbie. Czy wobec tego ja zaliczyłam test? Biorąc pod uwagę brak empatii w stosunku do niektórych osób, odpowiedź jest prosta...

                        Mam dużą tendencję do zamartwiania się na zapas i ostatnie godziny były właśnie tego przykładem. Zdążyłam parę razy stwierdzić, że mimo wszystko Janek z Ewą pasują do siebie idealnie. Wcześniej żyłam innym przekonaniem, ale mówiąc prawdzie w oczy - są siebie warci. Strażnicy sprawiedliwości... Też coś. Rudowłosa za dużo rozpaczała. Tego właśnie nie lubiłam, mogła podejść do sprawy bardziej profesjonalnie. W końcu nie wszystko stracone. Tylko większość.

                        Nie umiałam nazwać tego dziwnego stanu, który mnie ogarnął. Był inny niż coś, co ludzie zwykli nazywać depresją. Możliwe, że był głębszy, jednak ten smutek nie doskwierał mi aż tak bardzo. Czułam za to jakąś dziwną,  nieuzasadnioną pustkę, która bolała bardziej. Czy Ewa czuła to samo przed przeprowadzką do Warszawy? A może tylko ja doznaję takich dziwactw?


                                                                    ***


                        Janek spóźnił się tylko pół godziny. Ucieszył mnie ten fakt, mogłam w końcu poruszyć pewne tematy.


- Dlaczego to zrobiłeś. - zapytałam przeszywając go wzrokiem, zanim jeszcze przekroczył próg. Zabrzmiało to bardzo niemiło, bo nie zainteresowałam się nawet spływem. 


                           Spojrzał na mnie dziwnie. Udawał, widziałam to w jego oczach.


- Co zrobiłem? Zlituj się w końcu, Iwona. Cały czas mówisz zagadkami.


                         Nie wiedzieć czemu, zrobiło mi się głupio. Mimo tego ciągnęłam dalej:


- Janku drogi... Przecież wiesz, że prędzej czy później bym jej o wszystkim powiedziała. Oszalałeś do cna, skoro chciałeś mnie wyręczać?!


- Ale że Ewie? Ona wie?


- No wiesz, mówiłeś jej, to wie. Naprawdę musiałeś?


- Ale ja jej o niczym nie mówiłem! Obiecywałem ci, pamiętasz?! Nie złamałbym obietnicy. Nie jestem taki.


- Ja też myślałam, że nie jesteś taki...


- Iwona, do jasnej ciasnej! Czy ty siebie słyszysz?!!! - potrząsnął moim ramieniem, aż prawie straciłam równowagę. - Jest tyle osób na tym świecie, a ty oskarżasz właśnie mnie. To mógł być ktoś inny. - powiedział spokojniej. - Czemu akurat o mnie pomyślałaś?


- Nie wypieraj się tego, o czym wiesz, Janek. Kto inny ma z nią kontakt? Nie masz żadnych argumentów, bo to byłeś ty.


- To nie ja! - wrzasnął na całe gardło, aż przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.


- Myśl racjonalnie!


- Jeżeli ktoś tu nie myśli racjonalnie, to na pewno nie ja! Kto ty jesteś, prokurator, że masz prawo mnie oskarżać?! Gdzie ty, dziewczyno, podziałaś swój tupet? Bzikujesz. Po prostu bzikujesz.


                           Gdy zrozumiałam sens tych słów, jeszcze bardziej dobiła mnie jego bezczelność. Serce zaczęło mi łomotać z nerwów, a obraz zamazał się przed oczami.


- W porządku? - spytał Janek troskliwie. - Strasznie zbladłaś. Dać ci coś do picia?


- Możesz mi nalać wody. - wychrypiałam słabo. - Naprawdę jestem tak blada?


                           On jakby nie dosłyszał ostatniego zdania, tylko zrobił to, co miał zrobić. Przez chwilę zapomniałam nawet o złości. Zrobiłam krok do przodu, by wziąć od niego szklankę, kiedy straciłam siły i wylądowałam na podłodze. Zawzięcie walczyłam z atakiem osłabienia. W końcu resztkami sił położyłam się, cały czas ciężko oddychając. Również z braku sił zamknęłam oczy. Było źle. Bardzo źle. Powoli wyłączała mi się świadomość, gdy coś lodowatego chlusnęło mi na twarz. Przerażona nagłą akcją, otworzyłam szeroko oczy. Ocudziło mnie to zupełnie.


- Gdyby nie ja...


- Wiem, dziękuję ci.


- Nadal jesteś strasznie blada. - zauważył blondwłosy. 


- Może... Jak to dobrze, że poprosiłam cię o tę wodę. Zupełnie zapomniałam, że ma jeszcze takie zastosowania.


- No widzisz. - przyznał z uśmiechem. - Ja już idę, życzę ci miłego wieczoru i... Pamiętaj - żadnych zabaw w panią prokurator. To od ciebie zależy wybór kłamstwa, lub prawdy...


                                                                        ***

                                Minęły ponad dwa tygodnie od tamtego zdarzenia. Maj się kończył, a wraz z jego końcem przekwitały bzy. Ze smutkiem wypatrywałam przez okno jakichkolwiek śladów po najwspanialszych na świecie roślinach. Oczywiście na próżno.

                                 Dzień był ponuro zwyczajny. Dorosłam chyba do stwierdzenia, że tak naprawdę otaczający nas świat jest wyblakły i pozbawiony niezwykłości. Śpiew ptaków nie jest cudowny. Nie jest przeznaczony dla nas. Jest po prostu śpiewem ptaków. Kropelki deszczu kapiące o szybę nie mają w sobie ni krzty romantyzmu. Są po prostu zwyczajne. Wszystko okazało się tak realne i tak... Smutne.

                                Czy świat rzeczywisty jest naprawdę taki ponury? Czy to po prostu ja nie dorosłam, by rozumieć pewne rzeczy we właściwy sposób?


********************************************************************************************************

To było to... Teraz można pomyśleć, że zachowania niektórych wydają się irracjonalne, ale nie zrobiłam tego bez przyczyny. Tak czy inaczej mam nadzieję, że się podobało i... no spadam oczywiście.


Mezzoforte


PS Pochwali się ktoś średnią ocen :) ?

poniedziałek, 29 maja 2017

Ni to pies, ni wydra... Czyli LATARNIK

Hej!

Tak, to ja. Obiecywałam coś "ciekawego" i oto efekt mojej pracy. Opowiadanie napisałam w ramach konkursu, który organizowała Sovbedlly z Rzeki Opowieści i po ogłoszeniu wyników, postanowiłam wstawić je tu.
Jako że mam okropną alergię na wyrażenie "one shot", nazwijmy to coś inaczej. Ni to pies, ni wydra... Tak brzmi lepiej. O wiele lepiej.
Opowiadanie nosi tytuł "Latarnik" i posiada wyraźne tło historyczne, więc nie każdemu może się spodobać. Mimo wszystko jestem z niego wyjątkowo zadowolona, bo zadbałam o każdy szczegół i pisałam je z ogromną przyjemnością. Bawiłam się przy tym wspaniale, to w końcu moje klimaty :)
Nie wiem w jak dobrym stopniu udało mi się odwzorować tamtą epokę, ale miejmy nadzieję, że jednak trochę się udało xD
Tak jak wspominałam, czuję się świetnie pisząc takie rzeczy i mam zamiar zrobić kiedyś coś podobnego. Albo innego... one shot'a. Jak zwał, tak zwał. Ja mam natomiast nadzieję, że będzie się podobać i zapraszam do czytania oraz komentowania!


A to ostatnio chodzi mi po głowie.
******************************************


        Wraz ze zbliżającym się końcem powstania styczniowego przybycie do Francji było jeszcze trudniejsze i ciężkie. Dla Jana ucieczka z rosyjskiej niewoli stała się jedyną nadzieją oraz wyzwoleniem od nieustannego nacisku na jego rodaków. Ten ewidentny brak patriotyzmu nie tyle wywołał zgorszenie wśród mieszkańców jego rodzinnego miasta Wilna, a w gruncie rzeczy najbardziej dotknął samego Jana – teraz Jean’a Mathieu.
              Mężczyzna z wielkim żalem i bólem w sercu zmienił swoje dotychczasowe nazwisko – Broniecki na bardziej francuską formę imienia jego przyjaciela, który został rozstrzelany w czasie pierwszych dni powstania i nieudolnej walki z zaborcą. Teraz, kiedy jego osoba nabrała tym sposobem nieco anonimowości, mógł w spokoju żyć dalej. Ale to okropne uczucie pozostało…
              Schorowani, starzy rodzice, od dwóch tygodni cierpiący na tyfus, zostali poddani zbiorowej egzekucji wraz z parą sąsiadów i młodą służącą państwa Kruczewskich. Wiadomość o ich śmierci wstrząsnęła niemalże całą okolicą, bo oto znakomity pan i jego żona – jak wówczas mówiono – najprawdziwsza z dam odeszli z tego świata, nie dostojnie, lecz jako ofiara wojenna największego wroga. Świeże wieści rozchodziły się w dziewiętnastowiecznym Wilnie zaskakująco szybko, przez co on sam, przebywający z dala od rodziny, na drugim końcu miasta – został poinformowany o zaistniałej sytuacji w rekordowym tempie. Doznał uczucia, że na świcie nie został mu praktycznie nikt oprócz dwóch braci, sióstr i małej, dzielnej Luizy. Jego Luizy… Nawet siostry bliźniaczki, teraz już dorosłe i nawet zamężne kobiety zdawały się zapomnieć o Janie. Tamtego dnia omal nie pękło mu i tak wystarczająco złamane serce…
                                                                   ***
                     Słońce powoli zachodziło za horyzont, jakby chciało choć jeszcze chwilę powdzięczyć się dumnie na nieboskłonie, nie dając szansy blademu księżycowi i nieśmiałemu blaskowi gwiazd. Mówiono że zachody słońca są najpiękniejsze tu, na wybrzeżu, ale to nieprawda. Najpiękniej jest w miejscu, które jest szczególnie bliskie czyjemuś sercu. Miejscu takim, jak Ojczyzna. Nieistotne czy wolna, czy nie, ale w sercu patrioty na zawsze pozostaje Ojczyzną.
                    Jan czuł w sobie ogromny ból, prawdziwie niestosowny do sposobu bycia młodego człowieka z ówczesnej epoki. Był jednak zbyt dobrze wychowany i odporny na cierpienie, by ukazywać swe uczucia choćby poczciwej Madelin, która dobrowolnie postanowiła wyświadczyć mu usługi pokojówki w wystarczająco ciasnym oraz niewygodnym mieszkaniu.
                 Miejsce pobytu mężczyzny mimo wszystko trudno było nazwać mieszkaniem. Z braku dużej ilości pieniędzy, lub nawet czasu na długie poszukiwania dogodnego miejsca do spędzenia pewnej części życia – zdecydował zamieszkać w niewielkim domku koło równie niewielkiej, ale jakże romantycznej latarenki. Stała kilkanaście metrów od wybrzeża, pośród wysokich pachnących igliwiem sosen i dzikich krzewów, jakie rosną ponoć tylko w tej części Francji, choć Jan niespecjalnie w to wierzył. Prawdę powiedziawszy, mało interesowały go malownicze krajobrazy nad Atlantykiem, kojący szum morza, czy wielobarwne niebo podczas zachodów słońca. Był wrażliwym, lecz zbyt rozsądnym człowiekiem. Jedyna rzecz, której ostatnio pragnął, to coś innego, odmiennego. Ostającego od wielu pozostałych kwestii, na które można przymknąć oko. Sprawa niezwykle ważna, a zarazem trudna do osiągnięcia i ulotna. Wolność. Teraz nareszcie mógł jej po części doświadczyć. Gdyby nie jego bliski przyjaciel – François i szanowna Pani Madelin, z pewnością nie byłoby go tutaj, a przynajmniej nie teraz. „Madeline to dopiero ma serce na dłoni” – myślał czasem mężczyzna w przerwie między paleniem jednego, a drugiego cygara. Istotnie, kobieta wiele cennego czasu poświęciła na pomoc dla Jana. Była otwarta, szczera i zawsze mówiła to, co myśli. „Tak samo postąpiłaby może co piętnasta w tym dziwnym, lecz niedorównującym Ojczyźnie pod względem piękna kraju” – zauważył z przekąsem  któregoś wieczora, jeszcze przed momentem udania się na wieczorny spoczynek.
                                                                 ***
                       Kiedy po świetlistej tarczy słońca nie było już śladu, mężczyzna w dalszym ciągu odpoczywał siedząc na krześle, na samym szczycie latarni. Dzisiaj wartę objął François, dlatego Jan dysponował wystarczająco dużym zasobem czasu. Wdychał świeże powietrze, a do jego uszu docierał dźwięk pieniących się fal. Niebo nabierało ciemnogranatowego odcienia, a pierwsze gwiazdy właśnie zaczynały migotać. Wiatr był ciepły, o wiele za ciepły jak na tę porę roku. Jan wpatrywał się pustym wzrokiem w światło latarni, lecz jego myśli krążyły gdzieś indziej. Zupełnie dalej, niż można przypuszczać. Gdyby nie zbliżająca się klęska powstania, z pewnością byłby jeszcze w Ojczyźnie. Tak przynajmniej mawiała zazwyczaj optymistyczna Madelin.
                    Jan znużony już nieco przesiadywaniem na balkonie, wolnym krokiem zmierzał w stronę wejścia do latarni. Usłyszał jeszcze z daleka stłumione nawoływanie François, lecz mimo to kontynuował drogę. Oparł się jeszcze o wpół zardzewiałą, chłodną w dotyku barierkę i nieśmiałym ruchem nacisnął klamkę od drzwi. Pchnął ją naprzód, przez co wydały z siebie nieprzyjemne skrzypienie. Musiały być stare. Zdaniem Madelin nie wymieniano ich od lat.
                Po wejściu do środka z niesmakiem wbił wzrok w białe, niemalże puste ściany. Zdobił je tylko jeden obraz z prywatnej kolekcji rodziców Jana. Idąc tropem złudzenia można by pomyśleć, że zostały pokryte tanim wapnem używanym często w biedniejszych domostwach i gospodarstwach. Po Francji nietrudno oczekiwać lepszych warunków, dlatego ilekroć Jan przechodził przez korytarz – po głowie krążyła mu myśl, a raczej wspomnienie starych, lepszych dni i rodziny. Przede wszystkim rodziny.              
               Pomieszczenie było całkiem przestronne, bądź co bądź wystarczało mu w zupełności. To samo odnosiło się do pozostałych pokoi. Jedynie mały salon wyglądał naprawdę przyzwoicie. Przypominał trochę ten z Wilna.
            Po wyjściu z latarni i wejściu do mieszkania zauważył nagle, że w kuchni Madelin panuje ciemność. Przez chwilę rozważał nawet kwestię zapalenia świecy. Nie zrobił tego jednak, gdyż pomimo starań nie czułby się z tym faktem bezpiecznie i każdy nieprzemyślany ruch mógłby wywołać nieszczęście w postaci pożaru. Kwestię dbania o dom wolał pozostawić samej Madelin. Zajmowanie się nim na własną rękę byłoby zdecydowanie w złym tonie. Wyświadczyła mu tę przysługę, byleby Francuzi nie poczuli by do niego antypatii – tego w żaden sposób nie zdołałby znieść. Został wychowany na sztywnych, surowych zasadach i jednocześnie natchniony jakąś młodzieńczą dumą, która mimo przeszkód w życiu nie pozwalała mu na podobne zniesławienie w oczach innych osób. O obyczajowości mieszkańców tego kraju wiedział tyle, że zawsze kierują się tym, co jest w dobrym guście i tonie. Wielokrotnie myślał, jak bardzo tutejsza kultura różni się od polskiej… Ach, jakże tęsknił za rodzinnym Wilnem!
               Wszedł wolnym krokiem do kuchni, zastając tam pustkę. Zwykle, gdy kobieta wychodziła chociażby po zakupy, informowała go uprzednio o tym. Teraz jednak nie dostrzegł żadnego śladu jej obecności, więc pomyślał ze smutkiem, że do końca wieczora będzie zdany na samotność. François pełnił teraz swoją wartę, a jutro miał przyjść czas na Jana. Doprawdy, dołująca była praca latarnika. Takie osoby najczęściej szukają ucieczki. Ucieczka to wolność, a przede wszystkim chęć jej osiągnięcia. Dlatego w niektórych przypadkach łączą ścisłe zasady. Jan z niemałym zdziwieniem stwierdził, iż czasy obecne są pełne wielu sprzeczności. Tutaj, we Francji ludzie wydawali się nowocześniejsi niż w od dawien dawna zniewolonej Polsce. Tak, mało który Polak pamiętał czasy sprzed zaborów.
             Mężczyzna z nieudawanym zmartwieniem udał się spać bez zjedzenia kolacji, nie miał bowiem czasu na szukanie gosposi. Gdyby żył w prawdziwie przyzwoitym domu, taka rzecz byłaby nie do pomyślenia. Ale w takich warunkach nie śmiał o nim marzyć.
                                                                      ***
            Poranek dnia następnego był wyjątkowo chłodny. W godzinach wczesno porannych trudnym do przyjęcia faktem była świadomość, że odczuwalna temperatura powodowała wrażenie tak ostrego jak na październik ziąbu. Nieliczni mieszkańcy miast łudzili się niepotrzebnie, że pogodna w najbliższych dniach może się poprawić.
            Jan już o wczesnej porze, kiedy pierwsze promyki słońca zaczęły przebijać przez cienką powłokę pierzastych chmur, siedział na samym szczycie latarni, paląc ulubione cygaro. Wdychany dym drażnił jego płuca i tym samym przypominał wstręt matki w stosunku do takich używek. Nienawidziła szczególnie tytoniu. Uśmiechnął się lekko na jej wspomnienie.
        Po głowie krążyła mu myśl, czy stary wileński domek niedaleko rynku nadal istnieje, czy też został zniszczony przez Rosjan, a ilekroć o tym myślał – tym bardziej pogłębiał swą tęsknotę za Ojczyzną i nienawiść do władz.
         Nigdy co prawda nie obchodziły go sprawy polityczne, co też nie umknęło uwadze ojca. Ten należał do ludzi święcie przekonanych o niej, jako rzeczy istotnej na równi ze Sprawą i nie opanował się posłać w kierunku Jana kilku zgryźliwych, lecz słusznych uwag. Tym sposobem nabrał ducha patriotyzmu i pełną piersią stanął w obronie honoru. Jak później zrozumiał, zupełnie na darmo.
          Jeszcze niedawno sądził, że mając la dwadzieścia pięć jest w stanie stawić czoło przeciwnościom. Teraz, kiedy powstanie było blisko nieszczęśliwego końca – z antypatią spoglądał na swoje niedawne, daremne, pełne młodzieńczej naiwności zapały.
                                                                ***
         Musiał wypalić któreś z kolei cygaro, by spostrzec, że zawitał piękny, aczkolwiek w dalszym ciągu niesamowicie chłodny poranek. Atmosfera panująca na dworze była niezwykle romantyczna. Morska bryza szumiała wśród wysokich sosen, a jej chodne podmuchy delikatnie muskały pobladłą twarz mężczyzny. Obserwował spokojne falowanie wód oceanu. Wtedy przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy, która czyni go nieszczęśliwym. O Louise.
            Bardzo chciał wierzyć w to, że gdzieś tam, po drugiej stronie oceanu czeka na niego Luiza. To ona najbardziej zapadła mu w pamięć. Pomyślał o granacie jej oczu – tak pięknego odcienia nie widział jeszcze u żadnej panienki. Tak samo jej kasztanowe loki – wyglądały tak, jak u austriackiej księżniczki. Niewiele z nią rozmawiał. Był przede wszystkim obserwatorem, natchnionym jakąś namiętną fascynacją do tej młodej, uroczej osoby.
          O Louise dało się słyszeć różne rzeczy. Tamtejsze damy chwaliły ją jako grzeczne, uprzejme i bystre dziewczę. Uczęszczała bowiem do miejscowej pensji dla panien pod opieką pani Szmeterling. Ilekroć przekraczała progi jego domostwa, zatrzymywał ciekawskie spojrzenie na jej chabrowych oczach. Tyle zapamiętał o najlepiej. Reszta jak gdyby wywietrzała mu z głowy, lecz pełne piękna spojrzenie zostało. Jakże wiele sprzeczności wywoływało w sercu Jana!
          W pewnym momencie przypomniało mu się również odzienie, jakie zazwyczaj nosiła dziewczyna zwana przez niego pieszczotliwie „Luizką”. Ubierała skromne, lecz nader eleganckie jak na panienki suknie i najmodniejsze kapelusze z mnóstwem sztucznych kwiatów i innych pięknych detali. Jej francuskie pochodzenie miało duży wpływ na sposób ubioru i szyk. Mimo tego zdaniem mężczyzny, Louise można było nazwać pięknością pomijając modne suknie, nakrycia głowy, czy ozdobne rękawiczki. Niejedna młoda dama zazdrościła jej nienagannej urody i idealnie porcelanowej cery. Na to jednak Jan nie zdołał zwrócić większej uwagi.
         Teraz, kiedy ukochana znajdowała się setki kilometrów stąd, począł rozmyślać, czy jego uczucie jest oparte na czymś prawdziwym, namacalnym, czy na nostalgicznym sentymencie do dawnego życia, które już wtedy było trudne, lecz… W dzisiejszych czasach sytuacja uległa jeszcze większemu pogorszeniu. W najśmielszych snach nie marzył nawet o niepodległej Polsce jak za czasów, które znał jedynie z opowieści. Żył pełen obaw o swoich rodaków, a jednocześnie szukał pocieszenia w myśli, że opuścił niebezpieczny kraj w efekcie czego znajdując się tutaj.
Opuszczając kraj, splamił honor. Zdradził Ojczyznę.
To go już nie pocieszało.
           Myśląc tak nad ówczesną sytuacją szybko przeszła mu ochota na palenie tytoniu. Nie spodobałoby się to matce.
           Jan, wpatrując się tak beztrosko w nieco już wzburzoną taflę wody doszedł do wniosku, że w najbliższym czasie z pewnością nie zobaczy ukochanej. Jeszcze bardziej gnębiła go jednak myśl, że prawdopodobnie już nigdy nie ujrzy jej radosnych, a zarazem tajemniczych oczu z tym jedynym, niepowtarzalnym blaskiem. Nie widział w Luizie wad. Został do tego stopnia zaślepiony beznadziejnym uczuciem, że pominął wszystkie złe cechy, o ile w ogóle takie posiadała. Może właśnie tak okrutna miłość sprawiała, że stał się nieskory do spojrzenia na żadną inną kobietę. Był młodym mężczyzną, potrzebował małżonki. Owych pamiętnych czasów przed wybuchem powstania, wielokrotnie sugerowano mu małżeństwa z córkami znajomych rodziców. Ileż osób namawiało go, by w końcu spełnić najwyższe powołanie człowieka i założyć rodzinę! Dla tych ludzi priorytet stanowiła tradycja, głupie przyzwyczajenia. W naturze mężczyzny tkwiło zamiast tego coś, co kazało mu podążać za głosem serca. Wiedział jedno. Jeżeli kiedykolwiek miał poślubić kobietę – brał pod uwagę tylko Louise. Żadna inna nie posiadała w sobie tyle wdzięku, uroku i klasy, która Bóg obdarzył właśnie tę dziewczynę. Żadna inna nie potrafiłaby zastąpić Janowi tego, czego rzeczywiście potrzebuje.
          Nie ulegało wątpliwościom, że marzenia bywają zazwyczaj trudne do spełnienia. Czasy są skandaliczne i wiedział o tym każdy, choć nie ośmielał się przyznać. Teraz każda rzecz była niepewna i stała pod znakiem zapytania. Nikt nie próbował nawet marzyć o końcu zaborów. Przeinaczało się niektóre fakty po to, aby zapomnieć o prawdziwej goryczy realiów i represjach ze strony zaborców. To nie było to. To nie była wolność.
           Jan wstał z niewygodnego krzesła i podparł się o barierę. Wiatr wiał przyjemnie i swoimi delikatnymi podmuchami muskał twarz mężczyzny. Jan myślał, patrząc tępo w bezkresne wody oceanu.
           Gdyby nie honor i powściągliwość, zapewne uroniłby parę łez. Jakiś wewnętrzny głos zabraniał jednak tego robić. Matka skarciłaby go za takie zachowanie, a przecież zawsze liczył się z jej zdaniem.
                                                                   ***
           Kilka godzin później po pięknym poranku zostały tylko wspomnienia. Jan znużony natłokiem własnych myśli zszedł do kuchni na śniadanie, zdejmując jeszcze niedbale płaszcz i zarzucając go na pierwszy lepszy wieszak. W pomieszczeniu krzątała się Madelin, nucąc coś pod nosem i przygotowując posiłek.
          Jan po przekroczeniu progu drzwi ucieszył się niezmiernie na widok kobiety.
          — Dzień dobry! – powitał ją nieco entuzjastycznie, lecz uprzejmie.
          Madelin na jego widok wyraźnie spochmurniała i skupiła wzrok na widoku za oknem.
         — Dzień dobry, proszę pana. Przepraszam za swoje zachowanie.
        — Ależ za co pani przeprasza? Co takiego się stało?
             Kobieta spojrzała na niego posępnie.
        — Przepraszam pana za wczorajszy wieczór. Nie mogłam przygotować kolacji, bo musiałam jeszcze wstąpić do męża i siostry, a i tak nie obyło się bez uwag…
        — Proszę panią – zaczął spokojnie Jan – wiem doskonale, że ma pani rodzinę. Dlatego w żadnym wypadku się na panią, Madelin nie gniewam. Wprost przeciwnie! Podziwiam pani pomoc i dobre serce, gdy… - tu zawiesił głos – gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem.
       — Teraz nawet damy z sąsiedztwa plotkują na mój temat. One dobrze wiedzą, że nie wypada mi się tak poświęcać dla obcego mężczyzny. I jeszcze oczywiście pana François.
            Na twarzy Madelin było wypisane ogromne zmartwienie. Jan zmrużył oczy i głosem pełnym rozsądku oznajmił:
     — Opinię publiczną mam zepsutą do tego stopnia, że nie obchodzą mnie plotki tych… starych bab.
   — Ależ jak pan może tak mówić, panie Jean! W istocie rzeczy to bardzo dobre kobiety, tylko nie mogą zrozumieć, jak bardzo ważna jest pomoc człowiekowi w potrzebie. Tak, to jedyne, co można im zarzucić.
  — Panią też uczono miłości do tradycji, prawda? – spytał mężczyzna po paru sekundach, nazwany nieszczęśnie „Jean’em”.
 — Owszem, ale nie rozumiem co to ma do rzeczy.
— Myślałem nad tym ostatnio i stwierdziłem w końcu, że te wszystkie głupie zasady mają niewiele wspólnego z tradycją. Trzeba przebijać bariery, nawet podczas naszej rozmowy, Madelin.
 — Może to i prawda… Mój mąż twierdzi, że za kilkadziesiąt lat czasy zupełnie się zmienią.
 — Chyba nie – przerwał jej Jan. — Na pewno nie… tam…
      Mężczyzna choć darzył Ojczyznę ogromnym uczuciem, z wielkim trudem przyznał się do braku wiary w jej ponowne powstanie.
 — Byłam kiedyś w Wilnie! Śliczne miasto, naprawdę.
 — Jasna sprawa – uśmiechnął się Jan na jego wspomnienie.
      Kobieta również delikatnie się uśmiechnęła i poprawiła fryzurę w postaci wysokiego, bardzo popularnego w tamtym czasie upięcia.
— Przygotuję coś do jedzenia – oznajmiła po chwili. — A w najbliższym czasie musi pan wynająć prawdziwą gosposię. Bardzo mi przykro, ale niedługo muszę na stałe wrócić do rodziny. Chyba ma pan pieniądze?
 — Tak, coś jeszcze zostało. Na żywot latarnika wystarczy z pewnością.
 — A co jeżeli ich zabraknie?
 — Wypływam co jakiś czas na ocean i nieraz udaje mi się coś złowić. Ryby sprzedają się w tym roku wręcz znakomicie, więc nie martwię się na razie o pieniądze, bo nie stanowią problemu. Tak przynajmniej mówił François.
     Kobieta zamyśliła się
 — A czy pan François jest tu gdzieś w latarni? Też powinien coś zjeść.
 — Nie ma go – odrzekł Jan. — On też musiał zająć się rodziną.
 — Ma rację. Nie możemy tu panu wiecznie pomagać, panie Jean.
 — Wiem i obiecuję, że już wkrótce zatrudnię gosposię. Teraz wolę o tym  nie myśleć… - westchnął, gładząc lekko dłonią swoje jasne włosy.
                                                               ***
              Po zjedzonym posiłku mężczyzna podążając za pragnieniem odświeżenia umysłu opuścił mieszkanie i poszedł na spacer drogą najpiękniejszej promenady, jaką kiedykolwiek widział. Sprawiała wrażenie nienaruszonej przez działalność człowieka, emanując przy tym swego rodzaju dziczą. Ścieżka ciągnęła się daleko, bez wątpienia mało kto wiedział ile tak naprawdę wynosi jej długość. Była piękna. Wokół rosły najprzeróżniejsze odmiany roślin, a w tym dzika róża – zdaniem Louise najcudowniejszy kwiat na świecie. Może dlatego właśnie on obudził w Janie tę straszną nostalgię?
            Aura promenady tworzyła niezwykłą całość, począwszy od samego nadwodnego klimatu, aż po środowisko. Tę część Francji mężczyzna pokochał najbardziej. Nie latarnię, nie cudowny widok z balkonu… Tutaj mógł przynajmniej w pełni korzystać z samotności. Z natury był człowiekiem otwartym i towarzyskim, jednak utrata Ojczyzny sprawiała mu ból zbyt dotkliwy, by nie zaważyć na jego usposobieniu.
         Od czasu wyjazdu nie słyszał wiele o obecnej sytuacji na tamtych ziemiach. Nie liczył na zwycięstwo. Natomiast wyjątkowo cieszył się faktem ominięcia branki. W pewnym momencie stwierdził nawet iż czyniąc zadość smutnej konieczności nie dokończył wcale wielu ważnych spraw. Mógł przecież walczyć do końca, pędząc duchem prawdziwego patrioty, ale tego nie zrobił. Dobrze bowiem wiedział, jak potoczą się dalsze sprawy. Pozostanie w Wilnie byłoby niemal samobójstwem. We Francji mało kto wiedział o brance, mało kogo to interesowało. Jedną z niewielu zalet pobytu tutaj była więc wolność. Brak potrzeby trwania w ciągłym strachu i możliwość zapomnienia. Choć czy na pewno chciał o wszystkim zapomnieć?
          Do niedawna nosił w sercu nadzieję. Maleńki płomyk nadziei. Z każdą chwilą ten płomyk jednak gasł, aż knot „świecy” został całkowicie spalony. Zupełnie jak…prawdziwa nadzieja. W tej chwili beztroskiego spaceru właśnie ostatnie, prawie nieistniejące iskierki tej nadziei wraz z wiejącym wiatrem przywracały mu na myśl wspomnienia. Serce przestało już może tak dotkliwie krwawić, ale pewne rzeczy nie potrafiły go do końca opuścić. Jan, jako człowiek nader poważny jak na swój stosunkowo młody wiek, nie przyznawał przed sobą, że tak naprawdę najbardziej tęskno mu za Luizą. Za jej pięknym, czarującym wzrokiem, delikatnym, słowiczym głosem i całą otaczającą ją aurą. Gdyby tylko nie przeszkody, z pewnością poprosiłby ojca dziewczyny o rękę córki. Mógłby oddać jej część swojego dobrego serca i stworzyć rodzinę, a więc spełnić najskrytsze pragnienie prawie każdego człowieka.
         Tylko czy Luiza chciałaby mieć go za męża? Chyba jednak tak, bo inaczej sprawa prezentowałaby się dość niedorzecznie. Nie wypadało być kawalerem. Zostawali nimi zazwyczaj ci, którzy pragnęli wolności, a ostatecznie skazywali się na społeczny ostracyzm. Panny miały jeszcze gorzej. One w jeszcze mniejszym stopniu decydowały o swej przyszłości. Zupełnie nie miały wolności. To tak, jak egzotyczne ptaki. Piękne, a mimo wszystko skazane na życie w niewoli, czyli ciasnej klatce. A nieszczęśliwe ptaki nie mogą przecież śpiewać…
           Jan dumając w ten sposób spędził na promenadzie kilka długich godzin, dopóki chłód nie stał się uporczywy. Nie spodziewał się takiej pogody i z tej racji zapomniał o założeniu czegoś cieplejszego. Wrócił więc do latarni, z lekka znużony spacerem, po czym wszedł po stromych schodach na sam szczyt. Dziś nastąpiła jego warta. Do wieczora było jednak daleko, dlatego resztę czasu przez oglądaniem się za statkami poświęcił na podziwianie pobliskich widoków. Tym razem bez antypatii. W końcu dostrzegł w nich coś pięknego…
                                                                    ***
           Kilka dni po tym wydarzeniu Jan za sprawą konieczności, a także chęci wyrwania z nużącej codzienności, wyruszył w samotny rejs w celach złowienia ryb na sprzedaż. Starannie przygotował łódź i spakował wszystkie potrzebne rzeczy. Ocean był tego dnia wyjątkowo spokojny i nawet wiatr zdawał się zapomnieć o swojej roli. Wkrótce jednak dał o sobie znać na nowo, bo ni stąd ni zowąd zaczął nieco wzburzać toń oceanu i kołysać łodzią na boki.
          Mężczyzna nie pierwszy raz znajdował się w takiej sytuacji, jak ta. Polubił chwile spędzone wśród słuchania szumu fal, a także samo rybołówstwo. Pozwalało mu częściowo zapomnieć o rzeczywistości oraz oddać się nowo poznanej pasji. Niekiedy przepływał obok innych łodzi i czasem udawało mu się nawiązać mniej lub bardziej interesującą rozmowę z ich załogą. Kilka zamienionych zdań w pewnym stopniu dodawało Janowi otuchy. Był na tyle młody, że jego powaga nie zniszczyła mu do cna  życia towarzyskiego, dlatego zaprzyjaźnił się z paroma rybakami i zaczął niekiedy wypływać z nimi na wspólne połowy.
           Dziś jednak zapragnął rejsu pozbawionego obecności kogokolwiek. Mimo tego faktu, nastrój dopisywał mu w najlepsze. Doszło to takiej sytuacji, że niemalże odsunął na bok większość myśli o Louise, rodzicach, czy Ojczyźnie. Na pokładzie był tylko on, sieci, wędka oraz nieodłączny atrybut, czyli ulubione cygaro.
          Nie chciał zapuszczać się daleko w ocean, lecz pokusa okazała się silniejsza. Podążanie za linią widnokręgu kusiło Jana znacznie bardziej. Odpływał więc coraz dalej, aż widoczne stamtąd zabudowania miejskie zaczęły się powoli rozmywać, zmieniać w niewyraźną mgłę, znikając w końcu w oddali. Był już niezwykle daleko od latarni.
        — Gdzieś tam jest mój dom – powiedział Jan na głos. — Choć prawdziwy dom jest tak naprawdę o wiele, wiele dalej…
              Nostalgiczne uniesienie przerwał zdumiewający widok na dotąd błękitnym i zachmurzonym nieboskłonie. Ni stąd ni zowąd dostrzegł bure obłoki nadciągające  prawdopodobnie ze strony Anglii i otaczającą je szarą, burzową aurę. Wyglądało to przedziwnie. Jakby dwa odmienne światy doznały zetknięcia ze sobą.
            Mężczyzna nigdy nie należał do ludzi o wyjątkowo filozoficznej naturze. Głębsze rozmyślania przytrafiały mu się zwykle, gdy zbyt dużo czasu spędzał w samotności. I bez tego z łatwością spostrzegł, że z każdą minutą zbliża się moment powrotu. Od razu rozpoznał burzowe chmury. W końcu pewna myśl przemówiła do jego rozsądku i zaczął zawracać. Z wielką niechęcią oszacował czas drogi na co najmniej dwie godziny.
            Wychylił się za burtę i dotknął koniuszkiem palca lodowatej wody. Natychmiast cofnął dłoń od błękitnej toni po usłyszeniu donośnego podmuchu wiatru i zobaczeniu wzbierającego oceanu. Sytuacja w jednej chwili przestała być komfortowa.
             Czym prędzej zaczął płynąc w stronę wybrzeża. Droga szła na razie sprawnie, lecz fale nieustannie przeszkadzały w sterowaniu łodzią.
             — Co do… licha! – krzyknął, gdy jedna z nich zalała część dziobu. W najgorszym przypadku statek mógł zatonąć, ale na szczęście nic takiego się nie stało.
              Mężczyzna dysponował nieco większą niż zawsze łodzią, co po części dawało pewną gwarancję… tylko czego?
            — Do licha! – powtórzył znowu. — A mogłem nie płynąć sam. Mogłem zabrać chociaż François!
              W jednej chwili przestał jednak myśleć o wszystkim. O François, o łodzi, o rybach, których i tak nie złowił zbyt wiele. A Luiza? Kimże w tamtym momencie była Luiza?
              Usłyszał grzmot. Najgłośniejszy, najpotężniejszy huk, jakiego sobie nawet nie wyobrażał. Jakby w amoku ujrzał jeszcze rażący blask błyskawicy rozdzierającej niebo na pół. Zaraz po tym spadł deszcz tak ulewny, że dziób ponownie napełnił się wodą i niebezpiecznie pochylił do przodu.
             Wkrótce ocean wzburzył jeszcze bardziej. W kilka minut spokojne pustkowie zaczęło przypominać raczej pole walki ze śmiertelnym wrogiem, niż zwykłe miejsce rejsu, zwykłego rybaka. Ale ten rejs z pewnością nie był zwykły, a rybak nie był tylko rybakiem.
             Choć nie dopuszczał do siebie tej myśli, ze smutkiem stwierdził iż doświadcza nieprzyjemności znajdowania się na otwartym oceanie podczas sztormu.
             Momentalnie zapomniał o wszystkich barierach, zasadach nakazach. O tym, co jest przyzwoite, a co nie. Panika sparaliżowała go w całości. „Niejeden przeżył sztorm” – mówił mu wewnętrzy głos. „ Z taką łodzią nie masz szans” – podpowiadał rozsądek. Jan zawsze słuchał rozumu, ale tu zrobił wyjątek. W obliczu zagrożenie głupstwem byłoby myślenie o takich rzeczach.
             Nie wiadomo który głos okazał się słuszniejszy, do czasu, gdy w twarz Jana trysnął kolejny strumień wody, zalewając przy tym najmodniejszy w tamtym czasie kapelusz. Parę złowionych ryb wypłynęło na wolność, ale i to się nie liczyło.
            Do brzegu zostało już niewiele. Mężczyzna usiłował panować nad łodzią, lecz sztorm stawał się coraz silniejszy i niósł ją gdzie popadnie. „Oby nie zalało wybrzeża” – myślał. Powaga sytuacji nie wykluczała bowiem tej możliwości, a nawet wydawała się jeszcze bardziej prawdziwa.
            Po pogodnym niebie również nie pozostał żaden ślad. Zamiast tego panowała groza, groza jaka towarzyszyła ostatnio Janowi dopiero w czasie wyjazdu z Wilna i kontaktach z Rosjanami. Wtedy nie walczył jednak o życie. Teraz nadeszło coś straszniejszego. Coś, z czego mógł nie wyjść żywy.
          Mimo szalejącej burzy w dalszym ciągu płynął z kamienną miną, bo nawet w takim momencie pomimo strachu zachowywał resztki godności oraz zimną krew. Pogrążony w determinacji, ślepym dążeniu do celu, odnalazł w sobie ponownie tę siłę, ten zapał dodający nadziei. W żadnym innym wypadku czegoś takiego nie czuł. Dziwna siła dodawała mu otuchy. Może nawet za sprawą bożą…
           Uparcie trwał dalej w tej ekstremalnej walce z żywiołem, wypatrując co chwilę suchego lądu. Niczego takiego nie zauważył, lecz i to nie zaważyło na jego ambicjach. Deszcz lał jak z cebra, a pioruny ciskały o ziemię z niesamowitą częstotliwością. Coraz bardziej się ściemniało. Dzięki temu mógł zauważyć światło latarni, gdzieś w oddali, gdzie znajduje się jego dom. Dopiero teraz docenił, jak ważna jest praca latarnika chociażby w tym momencie, dla takiego człowieka jak on. Zdążył stęsknić się też za Madelin i jej radosnym szczebiotem oraz François.
          W upływie około dwóch godzin niebo przejaśniło się nieco i przez grubą warstwę chmur można było dostrzec skrawki błękitu. Nawet deszcz przestał padać tak rzęsiście, ale pomimo tego fale szalały nadal, niosąc przemarzniętego Jana w stronę lądu. Od miejsca zamieszkania dzieliło go już niewiele. Bóg jeden wie, dlaczego jeszcze nie zatonął.
        Sztorm prawie całkowicie ustał, a mężczyzna odzyskał panowanie nad łodzią. Na jego twarz powrócił uśmiech, bo pierwszy raz od jakiegoś czasu ujrzał blask słonecznych promieni i tęczę. Doznał dziwnego przekonania, że doświadczył cudu. Cała ta sytuacja przypominała cud. A podobno cuda nie zdarzają się w dzień powszedni. Jan nie wierzył. Nie wierzył, że nie ucierpiał. Zniszczyła się tylko łódź. Podziurawiony kadłub przypominał bardziej wrak niż coś porządnego.
          Bez zastanowienia stwierdził, iż najbliższy czas oznacza koniec samotnych rejsów.
          Dopłynął do brzegu i zacumował pozostałości łodzi w porcie niedaleko latarni. Cały przemoknięty biegł przed siebie na oślep, potykając się o wystające gałęzie oraz kamienie. Dotarł do plaży, kontynuując szaleńczy bieg. Mało co nie upadł na mokrym piasku. W ciemności bowiem nie widział zbyt wiele.
         Od tamtego miejsca do latarni prowadziła droga przez wieś. We wszystkich domach paliło się jeszcze światło, ale przez niektóre okna było widać sylwetki bawiących się dzieci wraz z ich matkami, ponaglającymi swe pociechy do pójścia spać. Nie minęło wiele czasu, a w niektórych chatach pogaszono już świece.
         Jan w końcu dotarł do małego domku przy latarni. Przez chwilę pomyślał, że o tej godzinie Madelin na pewno wróciła do domu, a François  objął wartę. Ale nic podobnego się  nie stało. Mężczyzna przemarznięty i zmęczony wrażeniami po przekroczeniu progu drzwi zauważył kobietę siedzącą na krześle oraz François próbującego opanować jej zdenerwowanie. Madelin nieudolnie mu coś tłumaczyła. Po chwili wstała i zaczęła nerwowo spacerować po pomieszczeniu w tę i z powrotem. Mógł się domyśleć, czego dotyczą jej obawy. Odchrząknął.
         Zapanowała cisza.
         Oboje wlepili w siebie zszokowany wzrok. Po upływie paru sekund nadal trwali w tym dziwnym milczeniu, aż Madelin zabrała głos jako pierwsza:
         — Panie Jean! Gdzie się pan podziewał?! Ze strachu omal rozumu nie postradałam!
         — Spokojnie, Madelin, ja tylko…
         Kobieta jeszcze bardziej się zdenerwowała.
         — Ja naprawdę nie chcę się tak do pana zwracać, ale jak pan mógł nas tak wystraszyć?! Widzieliśmy ten sztorm! Czy… Czy nic się nie stało?
         — Zupełnie nic. Tylko łódź ucierpiała. Wybacz, François, ale niewiele z niej zostało. Muszę ją odkupić. Zatrudnię się w najbliższej fabryce i zarobię na to pieniądze. Aż dziwne, że dotychczas tego nie zrobiłem. Póki co – zaniecham z wypływaniem na ocean. Połowy też się nie udały, ale to chyba oczywiste.
         — Ależ nie trzeba – odrzekł François. — Ważne, że tobie się nic nie stało. Przeżyłem co prawda kilka sztormów, ale coś tak strasznego jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Madelin bardzo się o ciebie bała, Jean.
         François był rodowitym Francuzem, toteż nie znał innego języka niż swój ojczysty francuski. Jean pobierał jego nauki od guwernantki jeszcze za czasów wczesnej młodości, zatem bez problemu dogadywał się tu wyjątkowo płynną francuszczyzną.
       — Och, nie. Nie bałam się aż tak bardzo – mruknęła Madelin z wyraźnym zawstydzeniem. W odruchu nerwowym zmrużyła oczy. Nie było wątpliwości, że kłamie w obronie honoru.
           Jan zaśmiał się w duchu na ten widok.
       — Ja może odprowadzę panią do domu. To niebezpiecznie, by kobieta wracała sama. Aż dziwne, że mąż po panią nie przyszedł…
                                                                   ***
            Kilka dni później Jan postanowił spędzić kolejny poranek na szczycie latarni, popijając w najlepsze ulubioną kawę. Przeżywał momenty nostalgii. Tęsknił za Ojczyzną, za poczciwymi rodzicami. Za ukwieconymi łąkami, za polskim niebem. Za Luizą… Te wszystkie rzeczy wciąż należały do niego i wszystkich Polaków. Polska wcale nie zginęła, tylko jej naród otrzymał pozory, że należy do kogoś innego. Pomimo zaborów, to wciąż była Polska. Najukochańsza, najwspanialsza i najpiękniejsza.
         We Francji czuł się bezpiecznie, lecz cóż mu po tym, jak jego Ojczyzna była jedynym krajem do którego chciał powracać? Zapewniała mu schronienie i wolność, lecz nie taką, jaką może dostarczyć Ojczyzna. Pomimo zaborów, pomimo niewoli… Pomimo narzuconych reguł.
        Zastanowił się przez chwilę. Myślał o zasadach. O barierach dzielących ludzkość. W otaczającym go świecie było ich mnóstwo. On, jako młody człowiek – niespecjalnie rozumiał sens ich wszystkich.
        Ludzie dzielili wszystko, co można było podzielić. Dochodziło do wojen, rewolucji w walce o poglądy, a także same zasady. Co wypada robić, a co nie. Każdy trzymał się ściśle ustalonych reguł, by nie odstąpić od norm społecznych, czy moralnych. Jak w amoku. Żył w przekonaniu, że jest dobrze, gdy stawało się coraz gorzej. Uciekała nie tylko młodość, ale przede wszystkim szczęście.
             Zasady są umowne. Mimo to wielu wpada w ich poniekąd toksyczne sidła. Jan stwierdził, że ludzkość już dawno odebrała im cały sens. W te bzdury uwierzył prawie każdy z dobrego domu, choć też nie wszystkie reguły były do końca złe. Każda panienka znała umowne cechy idealnego mężczyzny i w wyborze kierowała się tradycją. Zależało to też oczywiście od tego, czy w ogóle miała jakiś wybór. Wszystko to było okropne, ograniczające swobodę. Czy żyjąc wolnością nie byłoby szczęśliwiej?
            Luiza również żyła zasadami. Również żyła przyzwoitością, a jednak jej wewnętrzne piękno i czarujące spojrzenie zdradzały, iż w głębi serca, gdzieś na jego samym dnie, myśli podobnie jak Jan. Jego zdaniem właśnie takim przekonaniem emanowała postać dziewczyny.
            Rodzice od najmłodszych lat wpajali mężczyźnie zasady. Stosował się nawet do nich przez pewien czas, ale potem zapomniał. Nauczył się czerpać radość z prawdziwego życia, czyli wolności.
            Bariery społeczne może i nie zabraniały mu małżeństwa z Louise, ale takie działania z pewnością wzbudziłoby niemałe oburzenie wśród mieszkańców Wilna. Dla dobra ukochanej wolał chyba nie proponować jej kiedykolwiek czegoś takiego. W miłości nie był jednak egoistyczny.
               Myśląc tak beztrosko, równie beztrosko pił kolejne łyki wystygłej już kawy, zastanawiając się nad wynajęciem nowej gosposi. Nie mógł cały czas wykorzystywać Madelin…
                                                                        ***
              Któregoś ranka podczas spaceru ulicami miasta Brest, Jan doznał dziwnego uczucia. Jakby coś nagle miało się zmienić. Ludzie szeptali między sobą, przekazując sobie prawdopodobnie najnowsze wieści. W pewnym momencie wpadł na jakąś młodą kobietę z koszykiem pełnym zakupów. Omal nie porozrzucał produktów, które niosła ze sobą.
             — Przepraszam najmocniej – rzekł uprzejmie.
             — Nic się nie stało – odparła łamaną francuszczyzną. — Dzisiaj każdy jest dość zabiegany.
             Wzrok ich obojga spotkał się.
            — Co więc takiego się stało, że panuje tu takie podenerwowanie? – spytał Jan poprawiając nowy kapelusz.
            — To pan jeszcze nie czytał gazet? Prawie wszędzie o tym piszą. Upadło powstanie – mówiła z przejęciem.
            Mężczyzna poczuł się słabo. Wiedział w głębi ducha, iż kiedyś ten moment musi nastąpić. Powstanie nie miało prawa nie upaść. Aż dziw, że potrwało tak długo.
           — Czy wszystko w porządku? – spytała po chwili dziewczyna.
           — Słucham? A, tak. Wszystko w porządku, tylko się zamyśliłem. Przepraszam raz jeszcze i do widzenia!
                 Jan wrócił biegiem do domu, nie oszczędzając sobie możliwości stania się obiektem pogardliwych spojrzeń mieszczan. Zatrzymał się przed latarnią, a potem pobiegł na sam szczyt.
           — François! – krzyczał zdyszany. — Gdzie jesteś, François?
           Znalazł go siedzącego na polowym krześle.
          — A więc już wiesz? – spytał przyjaciel zerkając na Jana ukradkiem.
          — Owszem. – stanął koło niego.
                Nastąpiło milczenie bardziej nieznośne od brzęczącej muchy, która nie może się wydostać z pokoju.
         — Szkoda mi ich wszystkich – mruknął Jan posępnie. — A przede wszystkim szkoda, że ich opuściłem.
       — Bardzo dobrze zrobiłeś. Wiesz co by się stało, gdybyś został?
     — Wiem, a mimo tego żałuję.
     — Co więc zamierzasz zrobić?
           Jan zamyślił się. W końcu wybrał decyzję, która była najbliższa jego sercu:
    — Wrócę tam. Choćby za parę lat, ale tam wrócę. Znam rosyjski bardzo dobrze…
                                                                    ***
    — Który mamy dziś dzień? – Jan skierował pytanie do Lucy, nowej gosposi, którą zatrudnił niedługo po upadku powstania. Dziewczyna była młoda i chętna do pomocy. Biednej Madelin należało dać spokój.
  — Lucy! – powtórzył.
  — Jest dziś dokładnie 24 maja 1867 roku – odparła posłusznie i już nie było po niej śladu.
       Nie należała do najrozmowniejszych osób.
       Jan zajął się pakowaniem walizek.
 — Jean, nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – mruknął François do Jana.
 — Mówiłeś tak samo trzy lata temu, a teraz pragnę tam pojechać chociaż na chwilę.
 — Nie wytrzymasz ani miesiąca. To jak szukanie wiatru w polu…
 — Może i nie wytrzymam, ale chcę, tak bardzo chcę zobaczyć starych znajomych. Kto żyw, na pewno będzie rad z mojego przybycia.
 — Na którą masz pociąg?
— Nadjeżdża za półtorej godziny… I wiesz co? Chyba sam zaczynam mieć myśli, że to zły pomysł.
— To bardzo zły pomysł. Lada chwila może wybuchnąć kolejne powstanie.
— Nieee, na pewno nie… - odpowiedział Jan pogrążając się po raz kolejny w zadumie.
                                                                ***
           W czasie podróży nie spotkało Jana nic szczególnie fascynującego. Mężczyzna uznał za cud dojechanie na miejsce bez większych problemów. Czas upłynął mu przede wszystkim na grze w karty z równie fanatycznymi graczami oraz spokojnej rozmowie. O dziwo spotkał wielu Francuzów, dlatego nie musiał się wysilać łamaną angielszczyzną.
           Pociąg dojechał na miejsce blisko północy. Na dworcu zapanował harmider, lecz Jan zdawał się tym nie przejmować. Podziwiał za to bladoszarą tarczę księżyca, która dodawała uroku aurze Wilna. Odetchnął świeżym powietrzem i skupił się na drodze do domu. Nie miał wielu walizek, więc ich przeniesienie nie stanowiło problemu.
           Z wielką radością w sercu oglądał znajome budynki. W bladym świetle księżyca prezentowały się szczególnie pięknie. Pomyślał nawet przez chwilę, że prawie nic nie uległo zmianie. A jednak było coś, co zmieniło się kategorycznie. Masowe emigracje i wywozy zdziesiątkowały miasto. Ci co mogli – wyjechali. Mało kto mógł, mało kto chciał zostać!
         Jan postanowił odwiedzić matkę Luizy jako pierwszą. Zawsze uznawał ją za dobrą, serdeczną kobietę. Nie wypadało chodzić po domach o tak późnej porze, ale z całego serca pragnął jeszcze dziś zobaczyć się z ukochaną.
         Zapukał nieśmiało do drzwi. Otworzył wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, który był ojcem dziewczyny.
         — Tak, słucham? – zaczął oschle.
         Jan przełknął ślinę.
        — Chciałem zobaczyć się z panią Kraniewską i Louise – rzekł w utęsknionym, ojczystym języku.
        Twarz ojca momentalnie złagodniała. Widać było na niej swego rodzaju wzruszenie.
      — To pan nic nie wie? Chociaż skąd mógł pan wiedzieć, skoro młodym niesie się na obczyznę, hę?
        Jan skinął głową.
   — Pani Kraniewska źle się czuje i nie może rozmawiać. Co zaś tyczy się Louise… Ona… Zmarła na gruźlicę niedługo przed końcem powstania. Zaraził ją jeden z rosyjskich żołnierzy.
          Jan poczuł, jakby ktoś lub coś rozdzierało mu serce na pół. Stanął mu przed oczami obraz ślicznej, roześmianej dziewczyny o granatowych oczach i tajemniczym spojrzeniu. Świat w jednej chwili zawalił mu się całkowicie. To nie mogła być prawda. Luiza nie mogła umrzeć! Jan był pewny, w stu procentach pewny, że żyje! A może gdyby nie wyjechał dziewczyna nadal by tu była, cała i zdrowa?
         Niestety, prawda bywa gorzka i trudna do przyjęcia. Śmierć Luizy niesamowicie wstrząsnęła najbliższą okolicą. Mężczyzna pogrążony w rozpaczy odwiedził jej grób następnego dnia. Zrobił to z ogromnym bólem serca. Dziewczyna spoczywała pod starą wierzbą z dala od innych mogił. Po raz ostatnio ujrzał jej portret wyryty na pomniku. Nie planował już tu przychodzić. Po policzku spłynęła mu jedna łza, ale tylko jedna, bo nie potrafił wydusić ich więcej. Stwierdził posępnie, że na darmo wracał do Ojczyzny. W istocie rzeczy, tak naprawdę oczekiwał tylko jednego. A tego już niestety zabrakło…

******************************************
To było bardzo długie jak na mnie. I chyba nie aż takie złe, prawda? ;)
Tak, mam dziś świetny humor, dziwnego farta i jakaś ogólnie jestem podekscytowana i zakręcona xD

O, i jeszcze jedno! Nothing Can Happen będzie... kiedy się napisze xD Czyli raczej nie w tym tygodniu, bo nastało ogólnopolskie żebranie o szóstki na koniec roku...

Mezzoforte

PS Opowiadanie dostało szóste miejsce. Jest dostępna jego ocena, więc możecie przeczytać... Sorry też za Jana, ale musiałam, po prostu musiałam użyć tego imienia, jako że bardzo je lubię i bardzo mi tu pasowało.