sobota, 6 maja 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 15

Cześć i czołem!

Naprawdę myślałam, że w maju humor mi się poprawi, no ale gdzie tam! Maj zdechł i jest jeszcze gorszy niż w poprzednich latach. Ja chyba też zdechłam (a może tylko marudzę?) Czy to się kiedyś zmieni? To taka mała dygresja była.

Rozdział nie jest najdłuższy, ale najkrótszy też nie, więc wszystko OK.
Pisałam go z jakąś dziwną przyjemnością, a niestety wyszedł średnio, bo cały czas mi coś z opisami w tej części nie leży. Mam dziwne wrażenie, że są za bardzo ogólne, ale to może tylko moje zdanie?
Tak czy inaczej jestem zadowolona z pewnej sceny i  to właśnie może od tego momentu zacznie się robić ciekawiej. Chociaż nie, ten moment dopiero nastąpi... niedługo. 
Rozdział jest dość istotny w całym opowiadaniu, dlatego proszę o szczere opinie.

Zapraszam do czytania i komentowania!



                           Ostatnio znalazłam świetną rosyjską piosenkę i oto ona.

***********************************************************************************
        Przez chwilę myślałam, że oczy mnie mylą. Potrzebowałam kilku sekund na zastanowienie się, czy aby na pewno zbliżająca się do mnie z oddali osoba, nie jest tylko złudzeniem. Chyba jednak nie miałam tak bujnej wyobraźni, by go sobie tak po prostu uroić. Z daleka, sylwetka była rozmazana, ale nawet z tej odległości miałam pewność, kto właśnie zmierza w moją stronę. Zaczynam się zastawiać, czy Janek nie jest moim osobistym aniołem stróżem, czy też mnie nie śledzi. To zaczynało być zabawne. Zawsze kiedy dopadało mnie znudzenie – pojawiał się on. Czasami miałam dość jego towarzystwa, nie w tym jednak tkwi największy problem. Najgorsze jest to, że ostatnio coraz rzadziej widuję do z Ewą…

        Gdy był już blisko, posłał mi głupkowaty uśmiech. Czasami potrafił być naprawdę dziecinny, ale nie uznałabym tego za wadę. Chyba nawet przez ten optymizm polubiłam go do tego stopnia, że został jedną z niewielu osób, z którymi utrzymuję kontakt. Człowiek często wybiera przyjaźń z kimś o zupełnie innym charakterze. Najczęściej po to, by poznać odmienny świat tej osoby, zupełnie przeciwny do własnego. Czasami też przyjaźń ma oparcie wyłącznie na sentymentach. Tak mam na przykład z Patrycją. W dzieciństwie podobnie jak z Ewą byłyśmy nierozłączne. Teraz, kiedy na przestrzeni kilku lat wyczerpałyśmy tematy do rozmowy – widujemy się właściwie tylko w szkole. Zawsze w podobnych przypadkach stwierdzam, że pewnie tak miało być. I tu nie odbiegłam od tej reguły. Mimo tego, czasem ciężko pogodzić się z za szybko przemijającymi rzeczami, między innymi przyjaźnią. To przychodzi z wielkim trudem. Ale jak się nie ma wyboru, to i do takich warunków można, a nawet trzeba przywyknąć.

        Janek podbiegł do mnie, a ja nie mogłam ukryć zaskoczenia. Nie wspominałam mu nic o wyjeździe. Na pewno nie wspominałam. Skąd więc wiedział o wszystkim? Zaczyna mnie przerażać…


         Spojrzałam na niego spode łba. Niebieskie oczy połyskiwały mu łobuzersko.


- Czy ty zawsze musisz łazić tam, gdzie ja? – rozpoczęłam „rozmowę”. Może nie zabrzmiało to najsympatyczniej, ale było w stu procentach szczere.


- Nie muszę. – wyszczerzył się głupio. – Ale dopadła mnie okropna nuda, więc przyszedłem tu, a raczej podwiózł mnie brat. Zdał na prawko i łazi teraz dumny jak paw. To od niego dowiedziałem się, gdzie jesteście. Widział was na skrzyżowaniu przy banku.


- Robert ma tak samo z tym prawkiem.


- Dokładnie. Z resztą – wiesz, że oboje się kumplują?


- Tak? Nie wiedziałam. Ostatnio rzadko ze sobą rozmawiamy. – odrzekłam zgodnie z prawdą i wróciłam do rozmyślań. Nie było mi to chyba dane, bo blondwłosy nie spocząłby bez małego zamieszania wokół własnej osoby.

Dziwnym trafem za „ofiarę” obrał sobie mój ukochany kapelusz, z którym wiążę wiele wspomnień i mam do niego duży sentyment. Założyłam go dziś z powodu upałów, zupełnie tak samo, jak za starych, dobrych czasów.

Jednym ruchem zdjął mi go z głowy i włożył na siebie.


- Ciasny. – stwierdził po chwili. – Nie masz większego?


- Niestety nie mam. Jak ci nie pasuje, to oddaj.


Zaczął udawać, że myśli nad decyzją. W końcu oznajmił:


- Jak sobie madame życzy, ale najpierw… Najpierw mnie dogoń!

  I ruszył szaleńczym biegiem, zatrzymując się na chwilę w miejscu oddalonym o jakieś siedemdziesiąt metrów od tego, w którym znajdowałam się ja.

      Chciało mi się śmiać z jego zachowania. A może po prostu każdy szesnastolatek tak ma i to ja jestem jakimś odstępstwem od reguły? Może ja mam błędne wyobrażenie na temat pewnych spraw? Tego nie było mi dane wyjaśnić.

     W tamtej chwili chciałam zrobić jedno – odzyskać kapelusz. Chociażby po to, by pokazać mu, że nie śmieszy mnie jego dziecinada. Dziecinada nie w rozumieniu sarkastycznym, a… właśnie takim, jak zachowanie Janka.

     Ruszyłam za nim w pościg, jednak okazał się zdecydowanie szybszy i zwinniejszy ode mnie, dlatego zyskał dużą przewagę. W pewnym momencie doszłam nawet do wniosku, że wybiegliśmy poza teren działki. Zastanawiałam się też, czy ktoś mnie przypadkiem nie woła. Mimo tych podejrzeń kontynuowałam bieg, aż w końcu znalazłam się kilka metrów od Janka. Rozglądał się przez chwilę, lecz gdy mnie zobaczył – uciekł dalej. Takim sposobem sprowadził mnie w stronę lasu i Bóg jedyny wie jakim cudem nie potknęłam się jeszcze o porozrzucane wszędzie gałęzie. Było ich całkiem sporo.

      Po kilku minutach dopadło mnie straszne zmęczenie. Gonitwa nie wpłynęła na mnie pozytywnie. Z powodu zadyszki musiałam odpocząć, a najbliższym miejscem, gdzie mogłabym usiąść był powalony pień drzewa. Janek zniknął mi z oczu, więc te parę chwil opóźnienia nie zrobiłoby żadnej różnicy. Odetchnęłam z ulgą na myśl, że mam do dyspozycji trochę czasu samotności.

    Zastanawiałam się, dlaczego właściwie tak bardzo zdenerwowała mnie jego reakcja na moje smutki. On w żaden sposób nie może zrozumieć, jak bardzo to wszystko przeżywam. Nie może zrozumieć tego strachu, czy za parę miesięcy albo lat nadal będę miała miejsce na tej Ziemi, choć na pewno bardzo się martwi, tylko nie chce o tym mówić. Nie wiem czy siła wyższa  jednak wygra i zniszczy wszystko, co zaplanowałam. Kiedyś wydawało mi się iż cierpienie i żal są konsekwencjami ludzkiej słabości. Po części miałam rację. Od wielu osób słyszałam wciąż powtarzane słowa pociechy, że wszystkie troski są tylko złudzeniem, które zasłania nam oblicze prawdziwych nieszczęść. Wersja każdej z nich brzmiała podobnie i tak samo niosła ze sobą podobną treść. Niestety… Gdy ktoś doświadcza czegoś podobnego nawet nie próbuje pocieszać się takimi myślami. Tak, niektórym strasznie trudno wyobrazić sobie moją sytuację. Nie mogę nawet nic na to poradzić, bo jako samotnika – jeszcze trudniej mnie wesprzeć.

      Niektóre rzeczy tkwią w człowieku głębiej. Są czymś, co trudno nazwać, określić, czy przyporządkować do jakiejś grupy. Czasami nie w sposób je zrozumieć. Mimo to wywołują w ludziach skrajne i wyniszczające uczucia. Takim czymś nie można podzielić się z bliską osobą, bo nie będzie w stanie uwierzyć. Nie z powodu braku zrozumienia, lecz za sprawą niewytłumaczalności tych rzeczy. Wtedy mówią, że ludzie mają większe problemy. Najgorzej jest wtedy, kiedy rozsądek podpowiada jedno, a serce czuje zupełnie inaczej. Dlatego niełatwo znaleźć zrozumienie. Właśnie z powodu tych rzeczy.

      Od natłoku myśli poczułam się senna. Rozłożyste korony drzew nie przysłoniły całkowicie słońca, dlatego pojedyncze promyczki padały prosto na mnie. Nie mogłam zemdleć. W moim stanie nie byłoby to najbezpieczniejsze. Musiałam odzyskać kapelusz.

        Znałam te tereny doskonale i po części domyślałam się, gdzie mógłby uciec Janek. Niedaleko stąd jest staw. „Odkryłam” go kiedyś z Robertem i w późniejszym czasie tata nam powiedział, że wykopano go stosunkowo niedawno, bo przed wojną, w celach hodowlanych. Od lat nie należał do nikogo, więc uznaliśmy ten fakt za pretekst do spędzania tam całych dni. Dawno nie przechodziłam w tamtych okolicach. Pewnie strasznie zarosło…

      Skręciłam w jedną ze ścieżek prowadzących w stronę zbiornika wodnego. Przyjemnie było spacerować tą drogą. Las nigdy mnie nie przerażał. Uwielbiałam w nim przebywać, dlatego od samej przechadzki poczułam się lepiej na duchu.

      Z daleka dostrzegłam staw i wysoką postać siedzącą przy brzegu. Miała przy sobie kapelusz. Mój kapelusz. Tak, Janek był bardzo dziecinny.

     Starałam się podejść do niego jak najciszej, ale nie zauważyłam gałęzi, na którą niespodziewanie nastąpiłam. Zawsze bawiło mnie, jak taki delikatny szelest może dać znać o czyjejś obecności. Teraz już wiem. Chłopak spojrzał na mnie zdezorientowany i już po chwili zatracał się ze mną w kolejnej szaleńczej gonitwie. W pewnym momencie byłam blisko osiągnięcia mojego celu, gdy nagle popchnął mnie wprost do lodowatej wody. Tego niestety nie przewidziałam. Przez blisko minutę nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, takiego doznałam szoku. Janek natomiast zaniósł się gromkim śmiechem, kuląc się z powodu bólu brzucha. Wtedy ja sama zaczęłam się śmiać, zapominając o całej złości. Widocznie pozornej, jak zdążyłam się przekonać. Nie wyszłam nawet z wody, bo i chłód przestał mi przeszkadzać. Dawno nie miałam tak dobrego humoru.

       Nasz śmiech nieco ucichł. Janek jak prawdziwy dżentelmen pomógł mi wyjść ze stawu. Chwyciłam jego dłoń i w tym momencie wpadł mi do głowy szatański pomysł. Już planował mi nawet oddać kapelusz, gdy z całej siły pociągnęłam go ze sobą. Podhaczyłam mu nogę, dlatego upadek wyglądał jeszcze bardziej spektakularnie i widowiskowo. Chyba sam Janek zaskoczył się nawet geniuszem mojego planu. Staw był na szczęście dość płytki, dlatego żadne z nas na tym nie ucierpiało. Jedynie nasze ubrania domagały się wysuszenia. Oprócz tej drobnostki, właściwie nic złego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie. Czyżby mi się to… podobało? Żyłam w przekonaniu, że w takim wieku pewnych rzeczy nie wypada już robić. Ale w tym momencie sama zaczęłam w to wątpić. Może jako szesnastolatka powinnam jeszcze nacieszyć się uciekającym szybko dzieciństwem? Nie. Lepiej, żeby tak już zostało. Za późno na zmiany, a przecież od czasu do czasu można się powygłupiać.

      Oboje wyszliśmy w końcu ze stawu, przemoknięci do suchej nitki. Janek zapytał odpowiednio zmodulowanym głosem, który po raz kolejny mnie rozbawił:


- Nie przemokłaś przypadkiem, my lady?


- Najpierw madame, teraz lady… Co jeszcze wymyślisz?


- Na wiele mnie stać. – puścił mi oczko. – Sama widziałaś.


- Widziałam i właśnie chciałam spytać: na co to wszystko było?


   Spojrzał mi w oczy.


- Miałem nauczyć cię uśmiechu. Pamiętasz? Przysięgłem ci to niedawno i realizuję swoje postanowienia.


  Zamyśliłam się zdziwiona.


- Pamiętasz? – dopytywał.


        Wtedy przypomniałam sobie tamten wieczór. Oczywiście, że pamiętam! Nie wiedziałam, że weźmie tę prośbę na poważnie. Jednak wziął i jestem mu za to niesamowicie wdzięczna. Nawet za taką drobnostkę. Ale jakże ważną drobnostkę!


- Tak… - mruknęłam po chwili. Uśmiech nadal rozświetlał moją twarz, dlatego nie zabrzmiało to ponuro.


- Zapewne dziwisz się, że właśnie tę metodę wybrałem, ale to wszystko miało swój cel. Myślałem o tobie ostatnio i w końcu zrozumiałem, że każdy próbuje cię zasypać idiotycznymi pociechami, marnymi obietnicami, że wszystko będzie dobrze i się ułoży. Mam rację?


Kiwnęłam głową.


- Postawiłem więc dać ci prawdziwy, namacalny dowód na to, iż wszystko RZECZYWIŚCIE jest dobrze. Bez ściemniania i owijania w bawełnę.

    Niesamowite. Rzeczywiście, poczułam chęć do uśmiechu i nawet nie spostrzegłam w jego działaniach takiego celu.


- Jesteś kochany! – wykrzyknęłam po tych słowach, wtulając się jednocześnie w niego. Nie krył zdziwienia spowodowanego moim wzruszeniem. – Tak wiele osób mawia mi podobne rzeczy, a ty jedyny mnie zrozumiałeś. Jesteś kochany! – powtórzyłam, czując, jak bierze mi się na płacz. Z oczu popłynęła mi jedna łza, a za nią kolejna i następna… Koniec końców płakałam się mu w koszulkę jak bóbr, a on z pełnym zrozumieniem uszanował moje uczucia i oszczędził sobie zbędne pytania. I nie były to bynajmniej łzy smutku, a wzruszenia. Takiego, jakiego dawno nie doznałam…

                                                                 ***

       Wracaliśmy na działkę polną ścieżką, rozmawiając i śmiejąc się beztrosko, gdy po raz kolejny uświadomiłam sobie ważną rzecz. Przystanęłam.


- Co jest? – spytał mój przyjaciel również przystając.


       Nie wiedziałam jak poskładać słowa i nie zabrzmieć głupio.


- Co się dzieje z Ewą? – wydukałam w końcu. – Zerwałeś z nią? Obraziła się? Ostatnio coraz rzadziej widuję was razem. Nie chcę być wścibska, więc wybacz, ale trochę mnie to martwi.

     
       Blondwłosy jakby się spiął, tak samo jak ja zbierał i układał słowa, aż w końcu powiedział z pełnym spokojem:


- Nie martw się, nie jesteś wścibska. Z Ewą jest wszystko w porządku. Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale naprawdę spotykamy się dość często. Ona nie jest typem osoby, która wiecznie się o coś obraża. Nie ma nawet o co.


      Po raz kolejny spojrzałam mu w oczy. Tym razem wydały mi się jeszcze piękniejsze. W kolorze nieba. Dziwne, że wcześniej tego nie zauważyłam.


- To… Chcielibyście przyjść do mnie jutro albo pojutrze? Lub nawet gdzieś wyjść, bo zapowiadali ładną pogodę. Może i to nauczy mnie uśmiechu. Jak sądzisz?


- Tak, jeżeli ona zechce. – mruknął półszeptem, jak gdybym miała tego nie usłyszeć.


Usłyszałam.


                                                          ***


- Gdzie byłaś?! – Martynka podbiegła do mnie i wtuliła się we mnie jak w siostrę. To było urocze.


- Widzisz tego chłopaka? – wskazałam na Janka. – To wariat. Ale i w tym jest coś dobrego.


      Mała popatrzyła na niego krzywo.


- To twój ukochany, tak? Ja już rozumiem takie rzeczy!


       Jakkolwiek wyglądała moja znajomość z Jankiem – nie, nie kochałam go. Nawet jeżeli kiedyś mogło się tak zdarzyć… To było dawno. Przyjaźń jest o wiele piękniejszym uczuciem. Poza tym Janek ma dziewczynę, którą kocha, choć nie rozumiem fenomenu związków w tym wieku. Ale pewnie i tu nie mam racji.


- Nie, Martynko… Kto ci w ogóle takich rzeczy naopowiadał?


- Nikt… No, może coś tam pani Ada mówiła, ale ja przecież wszystko rozumiem… O! I mówiła coś jeszcze… Że on – tu wskazała na Janka – jest twoim..


- Kim? – zmarszczyłam czoło.


- No, tym… Jak to się nazywa? A, sekretarzem! Osobistym sekretarzem.


- Mama tak powiedziała? – nie dowierzałam jej. – Masz bujną wyobraźnię, Matiś. Zrozumiesz pewne sprawy, jak będziesz w moim wieku.


        Posłałam jej jeszcze sympatyczny uśmiech i rozbawiona całą sytuacją, poszłam przebrać się w coś suchego. Mimo iż nie przewidziałam takiego zwrotu akcji – wzięłam na wszelki wypadek parę rzeczy na zmianę. W drodze do altanki napotkałam jednak mamę. Zdziwił ją nieco mój widok.


- Co ty takiego robiłaś, że taka mokra jesteś? I w ogóle jaki cudem wam się na ucieczkę zebrało? Gdzie uciekliście?

  
        Widziałam, że ledwo powstrzymuje śmiech.


- Nie będę cię zanudzać…


- Nie zanudzasz mnie! – przerwała w połowie zdania. – Szczegóły opowiesz później. Teraz w skrócie.


- W skrócie? Janek zabrał mi kapelusz, a potem wrzucił mnie do stawu…


- I ty też go wrzuciłaś?


- Tak. Inaczej nie byłby mokry.


       Mama puściła mi oczko i ku mojemu zaskoczeniu zawróciła w drugą stronę. Tak to zrozumiała?


- Zaczekaj! – krzyknęłam w trakcie biegu za nią. – Co miało znaczyć to oczko?


- Nic… - zaśmiała się, ruszając dalej.

    
      I tym razem ją dogoniłam.


- Janek próbował mnie rozweselić. Nie wiem co miałaś na myśli, ale prawda wygląda… inaczej.


- Przecież nie sprecyzowałam tego, co miałam na myśli, skarbie. Skąd wiesz, że o tym pomy…


- Domyśliłam się. – weszłam jej w słowo. – Mamo… Z całym szacunkiem, ale znasz moje zdanie na te tematy, więc nie masz czego podejrzewać.


- Wiem. – odpowiedziała krótko. Dlatego chcę ci wybić z głowy te poglądy. Świat jest nowoczesny, a ty musisz do tego prędzej czy później przywyknąć.


- Po moim trupie! – oznajmiłam i zniknęłam za drzwiami tej nieszczęsnej altanki.


        Zrobiłam to co miałam zrobić, po czym wróciłam do pozostałych. Było późne popołudnie, dzięki czemu słońce nie świeciło już tak ostro, aczkolwiek ten dzień tak czy inaczej mogłam spokojnie zaliczyć do bardzo upalnych. Nawet wiatr był ciepły. O tej porze dnia jest zdecydowanie najprzyjemniej. Sama świadomość, że masz do dyspozycji chociaż kilka godzin wolności jest przyjemna. Siedziałam spokojnie wśród najbliższych mi osób, a rozmowa toczyła się w najlepsze. Janek ulotnił się tak szybko jak pojawił, więc przynajmniej nikt nie męczył mnie głupimi pytaniami. Choć naprawdę byłam mu wdzięczna za dzisiaj.
Czego chcieć więcej?

       Brakowało tylko muzyki, ale radio nie miało na działce miejsca bytu. Wtedy jakby na przekór moim myślom usłyszałam delikatne dźwięki fortepianu, wydobywające się z wnętrza altanki. Żadnych instrumentów tu nie trzymaliśmy. Nasza rodzina oprócz zamiłowania do słuchania muzyki, nie miała z nią właściwie nic wspólnego.


- Co tak gra? – skierowałam pytanie do pozostałych.


       Tata wyjaśnił:


- Mamy tu adapter, nie pamiętasz? Pożyczyłem od ciebie parę winyli, bo mała koniecznie chciała ich posłuchać. Chyba nie masz nic przeciwko?


- Nie, absolutnie. Martyna lubi taką muzykę?


- Widocznie polubiła. – stwierdził tata wracając do dyskusji na nieznajomy mi temat.


- Aha. – mruknęłam, wsłuchując się w przyjemną dla ucha, delikatną melodię. W pewnym momencie poczułam silne zmęczenie, a głosy z zewnątrz przestawały do mnie docierać. Powoli oddawałam się w objęcia morfeusza, gdy niespodziewanie usłyszałam donośny głos informujący o tym, że wracamy. O dziwo wstałam bez trudu, lecz planowaną drzemkę, prędzej czy później i tak musiałam dokończyć. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłam po powrocie. Później…? Tylko nuda.

                                                                       ***

         Następnego dnia obudziłam się w nieco gorszym humorze niż wczoraj. W głowie co prawda nadal tkwiły mi słowa Janka, jednak świadomość, że jutro mam iść do szkoły jak zawsze przepełniła mnie pewnego rodzaju smutkiem. Zostały mi jeszcze dwa lata liceum, a i tak nic nie jest pewne. Wolę nie wiedzieć, ile rzeczy może się jeszcze wydarzyć. Priorytet stanowi teraz walka z chorobą. Nawet okropna klasa zeszła na drugi plan. W życiu są widocznie rzeczy ważne i ważniejsze. Ostatnimi czasy zdążyłam się o tym przekonać…

        W krótkim czasie wstałam i załatwiłam to, co trzeba było zrobić. Odkurzyłam nawet pokój, a to w moim przypadku nie lada sukces. Chyba w końcu zrozumiałam jak ważny jest porządek. W istocie rzeczy dopadła mnie jednak straszna nuda spowodowana perspektywą najprawdopodobniej rutynowej niedzieli. Usiadłam zrezygnowana na łóżku. Lekcje również zrobiłam, więc nawet nie byłam w stanie znaleźć niczego pożytecznego do roboty.

       Czasami los jest sarkastyczny i kpiący. Czasami ma wobec mnie plany, zupełnie odstające od moich. Czasami zsyła zbawienie w postaci kogoś. A co, jeżeli to nie zbawienie, a… klątwa? Czyżby właśnie los czytał mi w myślach?

      Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Przez pewien moment nie byłam pewna, czy rzeczywiście ktoś pukał, więc wahałam się otworzyć. Wtedy usłyszałam je ponownie, tym razem głośniej. Podbiegłam do drzwi i przekręciłam klucz w zamku. Nacisnęłam klamkę. Moim oczom ukazał się nikt inny niż Ewa. Zdziwiło mnie jej przybycie o tej godzinie. Może ludzie po prostu nudzą się tak samo jak ja i z tego właśnie to wynika? Tego nie wiedziałam.
       Twarz mojej przyjaciółki była lekko pobladła, emanowała nieukrywaną złością i wyrzutem. W jej oczach oprócz gniewu, dostrzegałam coś jeszcze. Coś w rodzaju troski.


- Cześć, co tu robisz? – wypaliłam bez namysłu.



- Cześć… Kłamczucho.

*************************************************************************************************

BADUM TSS!!! (Kończyć w tym momencie, ja taka zła iks de)

I jak? Bo mi osobiście oczy krwawiły podczas czytania tych powtórzeń... 

Pisałam rozdział w bólach głowy, dlatego już chyba zaczęłam wariować i zrobiło się tu jeszcze bardziej absurdalnie :D

Mam dobrą wiadomość, bo jest całkiem spora szansa, że kolejna część pojawi się może nawet za tydzień, a nie miesiąc... Miejmy nadzieję.

Tak na marginesie, pewnie i tak każdy go zna, ale mogę się mylić - chodzi tu o taki bardzo fajny fanpage na Facebooku "Just Moonwalkers Things" 
Powiem Wam, że całkiem fajne zdjęcia tam wstawiają. Czasami coś nawet komentuję, więc można mnie "złapać" 

To tyle z mojej strony, życzę miłego, nie aż tak zdechłego dzionka i żegnam!

Mezzoforte

poniedziałek, 1 maja 2017

Хай!

Hej! Żyję, jestem, nie umarłam, ale opowiadanie jest na razie w trakcie produkcji i jeszcze trzeba troszkę poczekać. To był chyba błąd z mojej strony, bo zajęłam się pisaniem nie tego co trzeba... Ale to nieważne.
Teraz może i z weną będzie lepiej, bo mój kochany maj nadszedł. Tak, wiem, przynudzam z tym już strasznie, ale moja egzaltacja nie mogła się tu nie udzielić.
To tyle z mojej strony, do zobaczenia niedługo!


piątek, 31 marca 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 14

Привет!

Wracam po tymczasowej nieobecności! Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak zmęczona szkołą. Serio. Ostatnio cały czas musimy coś robić i ledwo zipię, ale jestem :D
Jakiś czas temu znalazłam w rozdziale drugim okropny błąd merytoryczny, który zaraz poprawiłam. W sumie nawet i dobrze, że nikt nie zauważył xD Byłoby nieźle...

Merytoryka w tym opowiadaniu w ogóle kuleje, co dotyczy również tego rozdziału. Pomimo paru błędów, których nie byłam w stanie poprawić - jestem całkiem zadowolona.
Całość jest okropnie przekombinowana i wielokrotnie poprawiana, chyba najbardziej ze wszystkich części. Parę fragmentów musiałam usunąć, w sumie z różnych powodów, a i tak nawiązałam do pewnej ideologii. Nie wiem, czy ktoś zauważy, błagam NIE!

Coś chyba za bardzo się rozpisałam, no cóż... Życzę miłego czytania!




***********************************************************************************

   Otworzyłam oczy i parę sekund zajęło mi zrozumienie, gdzie właśnie się znajduję. Odwróciłam się na drugi bok, próbując spać dalej, jednak głośny śpiew ptaków w znacznym stopniu mi to utrudniał. Niechętnie wstałam z łóżka i usiadłam na mało wygodnym krześle, stojącym obok biurka.  Po paru minutach znudziło mi się jednak bezczynne siedzenie w miejscu, więc zaczęłam myśleć o innym, bardziej interesującym zajęciu. Wtedy właśnie zdecydowałam, że pomimo późnego rana pójdę jeszcze poleżeć… i przemyśleć to i owo. A jak najbardziej miałam o czym.

        Usiadłam ponownie na miękkiej pościeli. Czasami po prostu pragnęłam mieć dla siebie tę jedyną, chociażby krótką chwilkę, kiedy choć raz nie będę myślała wyłącznie o problemach, bo przecież świat nie może składać się tylko z trosk i zmartwień. Chyba po prostu zatracając się w wewnętrznym pesymizmie, trudno dostrzec jakiekolwiek dobre strony. Tylko czy aby na pewno? Niemożliwe, bym zmarnowała większość życia snując głupie przypuszczenia i domysły, które i tak na nic się nie przydały.  Głupie pytania, po co ja tu w ogóle jestem. A przecież wiem! Wiem doskonale… Będąc mimo tego wiecznie smutna i przygnębiona.

      Od ostatniej chemii minęły już prawie dwa  tygodnie, a przynajmniej wywnioskowałam to z wiszącego na ścianie kalendarza. Był sobotni poranek, 18 maja. Wyjrzałam od niechcenia przez okno. Już o tej godzinie na podwórku szalało mnóstwo dzieci, co spowodowała niewątpliwie dość wysoka temperatura i praktycznie bezchmurne niebo. Przy takiej pogodzie aż dziwnie byłoby nie wyjść z domu. Pomimo tego, nie miałam zamiaru wychodzić. Wolałam być ostrożna ze względu na moje niedawne bóle głowy i nienajlepsze zdrowie.

     Ostatnie dni upłynęły mi przede wszystkim na samotności. Rodzice jak i sam Robert wielokrotnie próbowali nawiązać ze mną jakąkolwiek rozmowę, lecz ja… Byłam jakaś obojętna. Na każdego i na wszystko. Najgorsze jest to, że świadomie sprawiałam im przykrość. Zaczynam się powoli zastanawiać, czy aby na  pewno nie zaczynam myśleć tylko o sobie. Ale chyba tak nie jest, skoro przynajmniej zdobyłam się na kontakt z Ewą, Jankiem, czy nawet Patrycją. Bo wbrew pozorom nie opuściła mnie zupełnie. Tak czy owak, nie czuję się prze to samotna.

      Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie : „co tak właściwie się ze mną dzieje”? Lub nawet stało. Najgorsze dni potrafiły ciągnąć się jak guma do żucia, a i tak podczas niezliczonych chandr nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Co jest przyczyną? Oczywiście chemia. Paskudna chemia, która zaczyna wysysać ze mnie życie, pomimo świadomości, że to dopiero początek, a kolejny raz odwiedzę szpital prawdopodobnie pod koniec czerwca. I nie ma w tym słów przesady.

       Na razie moje zdrowie nie ucierpiało w zbyt znacznym stopniu. Mdlałam co prawda o wiele częściej niż na początku, lecz ku mojej uciesze nie straciłam zupełnie włosów. Któregoś dnia próbowałam rozczesać niezliczone kołtuny  i właśnie wtedy przeraziłam się najbardziej. Na szczotce zostało ich sporo. Nie wiem co mnie wówczas naszło, ale po tym zdarzeniu pobiegłam do salonu i do późnego popołudnia rozmawiałam z rodzicami, jakby w ramach zadośćuczynienia za ostatnie okresy apatii. Chyba już zupełnie wariuję…

         Wspominając wcale nie tak dawny, piąty dzień maja, szczególnie utkwił mi w pamięci obraz tej dziewczynki, którą zobaczyłam w szpitalu. Ciekawe jak się miewa? Chociaż skąd ja mogę to wiedzieć? Bóg jeden wie, co z nią będzie. Po głowie chodziły mi również słowa Janka, teraz wydające się być tak pamiętne i odległe. „Cholerna duma.” Co to niby miało mieć na celu? Co chciał przez to udowodnić?

      Najwyraźniej uznał, że powód doskonale znam. I taka też jest prawda, do której doszłam dopiero po głębszej analizie.

     Jak się czuje człowiek nazwany „dumnym”. To zupełnie tak samo, jakby druga osoba właśnie oceniała twoje ego. A może to prawda? Może niepotrzebnie myślę tyle o sobie, kiedy ludzie mają większe problemy. Bo przecież gdzieś tam, daleko na świecie toczą się wojny, ludzie walczą między sobą, tracą swoje rodziny i bliskich… Czy to powód, by rozpaczać z powodu głupiej choroby, którą najprawdopodobniej da się wyleczyć? I tak, i nie… Sam lekarz mówił, że jednego dnia wszystko wydaje się w porządku, a później może nastąpić taki czas, kiedy już nic nie będzie w stanie mi pomóc. Okropne, prawda?

      Ta sytuacja przypomniała mi o moich koszmarnych przeżyciach z dzieciństwa, gdy zawsze bałam się śmierci we śnie i możliwości, że nie ujrzę już kolejnego dnia. Pewnego razu powiedziałam nawet o tym rodzicom i od tego czasu codziennie spałam z zapaloną lampką, która dawała mi pewne poczucie bezpieczeństwa. Gdy odcinali nam prąd, (co w ubiegłej dekadzie zdarzało się dość często) chcąc nie chcąc musiałam zasypiać przy świeczce. Tego bałam się jeszcze bardziej.


- I na dodatek okropnie pachniała jaśminem. – powiedziałam niespodziewanie do siebie, co wywołało na mojej twarzy delikatny uśmiech.


- Nigdy nie lubiłam tego zapachu… - dodałam po chwili.


                                                                 ***

      Przedwczoraj przyszła do mnie z wizytą Patrycja. Tym razem bardzo chciałam się z nią zobaczyć, gdyż podobnie jak ja miała ostatnio „spotkanie” ze szpitalem. Tyle że w jej wypadku usuwali jej wyrostek robaczkowy, a to z kolei nic szczególnie strasznego. Obie przez pewien czas byłyśmy uziemione, więc gdy przyszła okazja i możliwość – z przyjemnością ją zaprosiłam. Miała nieco gorszy humor niż ostatnio, jednak wspólną rozmową zapomniałyśmy chwilowo o… wszystkim.

      Nieustannie dręczyła mnie myśl, czy Patrycja wie o przyjeździe Ewy. Odkąd przestała rozmawiać z Jankiem, straciła cenne źródło informacji. On zawsze wie o wszystkim.


- Wiesz o przyjeździe Ewy? – zapytałam w pewnym momencie. Próbowałam tym samym zmienić nieco temat, bo rozmowa zeszła na mniej lubiane przeze mnie tematy, a mianowicie szkołę do której z resztą od wtorku wróciłam.


- Oczywiście, że wiem. Janek mi powiedział…


Och, czyli jednak z nim czasem rozmawia.


- Niestety, nie miałyśmy okazji się spotkać. – ciągnęła dalej. – Nie mam nawet jej numeru telefonu. Z resztą i tak byłoby to niepraktyczne, bo nie mam komórki, a rodzice rzadko pozwalają mi korzystać ze stacjonarnego. A w tych czasach już przecież tylu ludzi ma własny telefon!


- Komputer także. – odparłam po chwili zastanowienia. – Dużo moich znajomych ma już komputer i takie śmieszne konsole z dziwnymi gierkami.


- Tak! – niemalże weszła mi w słowo. – Piotrek ma takie coś, mówił, że dostał z Rosji. Czasami daje mi w to popstrykać, ale strasznie szybko mi się nudzi. Za to on ją uwielbia.

      Nudziła mnie już powoli ta rozmowa, jednak na szczęście po moim wyrazie twarzy nie było tego specjalnie widać. Wolałam poruszać inne tematy niż współczesne technologie. Już sama nie wiem, co sądzić o ich nagłym postępie, którego wzrost w najbliższych latach jest nieunikniony. Mi do życia wystarczy tylko komórka do bycia w kontakcie i nic poza tym. Kiedyś postępowość była jeszcze znośna, a przynajmniej przynosiła to, co potrzebne. Teraz, kiedy ludziom jest za dobrze, wymyślają coraz to większe głupoty.

       Na dodatek musiała wspomnieć o Piotrku… Człowieku, którego mogłabym określić mianem hipokryty, prostaka. Nie mam nic przeciwko tej znajomości, absolutnie nic, tylko dość tego, że Patrycja raz jest, a raz jej nie ma. Znam ludzi na tyle dobrze, że wiem co mówię. Albo nie, w ogóle ich nie znam. Ludzi za trudno zrozumieć. Każdy jest inny, ma swój charakter, poglądy, upodobania. Każdy rozumie różnie rzeczy na swój, własny sposób. Świadomość istnienia miliardów pokrewnych, a jednak różniących się od siebie dusz jest piękna. A mimo to światem rządzi hipokryzja, fałszywość i dwulicowość. Kto wie, czy na przykład droga nam osoba nie chowa w sercu ogromnego cierpienia, które zasłania uśmiechem przyklejonym do twarzy? Może niekiedy po prostu sprawiają wrażenie szczęśliwych po to, by nie pokazywać prawdziwego oblicza świata…

       Pomyślałam o Ewie. Wnet zrobiło mi się jej przykro z powodu mojej durnej hipokryzji, której przecież tak bardzo w ludziach nienawidzę. Ona sama przeszła niemało, dlatego właśnie wróciła do Warszawy. Chyba już nigdy mi nie zaufa, jeżeli prędzej czy później o wszystkim się dowie. Chciałabym mieć prawdziwą przyjaciółkę. Taką od serca, jak Ania Shirley z Dianą. Bez żadnych kłamstw, przekrętów. Z drugiej strony, to tak, jakbym nagle przestać słuchać wewnętrznego głosu, pełnego niesłuszności. Ach, najlepiej w ogóle niczego nie słuchać!

       Rozmowa z Patrycją zeszła na inne tematy, co koniec końców z powrotem przypomniało mi o… wszystkim. Pytała mnie głównie o chemię, jak się to robi, a ja z o wiele mniejszym entuzjazmem, grzecznie odpowiadałam na wszystkie pytania. Dochodzę do wniosku, że powinnam zacząć doceniać moją rudowłosą wariatkę…


- Jak z twoimi włosami? – zaciekawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. – Nie widzę, by ci zbytnio wypadły, mam rację?


- Nie wypadły, ale są strasznie słabe. – westchnęłam. – Chyba nawet je podetnę. Przynajmniej trochę.


- Tak, to chyba lepsze niż ich brak. Krótsze włosy będą mocniejsze. – mówiła w taki sposób, jakby białaczka stanowiła zwykłą, szarą codzienność. Jakby każdy znajdował się w takiej sytuacji. To może nawet dobrze, bo przynajmniej nie użala się nad moją sytuacją niepotrzebnie i prostu idzie do przodu. Z dnia na dzień będzie przecież coraz trudniej, więc co, jeżeli zwyczajnie zatrzymam się w miejscu i nie postawię już kolejnego kroku?

         Męczyła mnie powoli rozmowa z Patrycją. Doceniam jej starania, lecz z czasem zaczynam rozumieć, że nie tylko na tym przyjaźń polega. Już nawet w szkole spotykamy się rzadko. Rzadko rozmawiamy, rzadko spacerujemy po korytarzach… Kiedyś tak nie było. Chociaż nie mogę porównywać tamtych czasów do teraźniejszości. Wtedy byłam dzieckiem. Dziś jestem o dwa kroki od dorosłości.

       Czy jednak dwa małe kroki mogą cokolwiek znaczyć? Dnia, kiedy obudzę się jako osiemnastolatka nie zmieni się nic. Dojrzałość wygląda inaczej.


                                                                     ***


       W mgnieniu oka, znów powróciłam do świata żywych. Patrycja była u mnie przedwczoraj, 16 maja. Od tamtego czasu nie dzwoniłyśmy do siebie. Wszelki kontakt praktycznie zanikł. Od czasu do czasu dostaję tylko SMS- y od Janka, czy Ewy, a poza tym cisza. Z resztą klasy nawet nie rozmawiam i w najbliższej przyszłości nie planuję tego zmienić. Zaczyna wychodzić na to, że moje własne towarzystwo odpowiada mi najbardziej. Melancholijna natura izoluje mnie od ludzi, a niektórzy uważają to za złe. A człowiek w życiu pragnie być przecież szczęśliwym. Nieważne, czy żyjąc w oparciu o zasady, czy będąc wolnym jak ptak. Szczęście to szczęście. Każdy do niego dąży.

      Przez zasłony przedostawało się coraz więcej światła, a to znak, że powinnam już wstawać. Właśnie zrozumiałam jak bardzo można być zmęczonym od samego leżenia. Tylko że w moje leniuchowanie wchodzą jeszcze myśli różnego typu. A tych się pozbyć nie mogę. Mamę bardzo kiedyś bawiły moje chwile zadumy i rozmyślań. Zawsze sądziła, iż łatwiej o szczęście nie analizując wszystkiego tak szczegółowo, jak robię to ja. Droga do szczęścia nie musi być przecież aż taka zawiła i kręta, prawda? Ale może.

      Z każdą nastającą chwilą zyskiwałam wrażenie, że zaraz odpłynę. Że rzeczywistość ma się nijak do moich prawdziwych odczuć. To źle, iż właśnie tak trudnych życiowo momentach odcinam się od świata zewnętrznego. Sprawiam ludziom przykrość, a zwłaszcza najbliższym. Dopiero teraz to pojęłam. Rodzice robią co w ich mocy, bym mogła wyzdrowieć. Robert tak samo. Kocham go, jako brata i mam w nim wsparcie. Teraz nie mogę tego zmienić. Nie mogę tego zepsuć. Nie chcę przez taką głupotę stracić najważniejszych mi osób. Zbyt mi na nich zależy…

        Przez tę chwilę znacznie posmutniałam, jednak nie trwało to długo. Wszystko, co przychodziło mi do głowy było olśnieniem, chęcią zmiany na lepsze. Moje myśli przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Kątem oka zerknęłam na nie i zauważyłam postać mojej mamy. Odświeżyła kolor włosów, dlatego wyglądała nieco młodziej niż zawsze. Jej twarz błyszczała szczęściem i radością. Zdziwiło mnie to, a jednocześnie podniosło na duchu. Dawno się tak nie uśmiechała. Tak szczerze, prawdziwie.

       Bez słowa usiadła na brzegu łóżka i przytuliła mnie mocno. Nie protestowałam, bo już dość miałam robienia dobrej miny do złej gry. Udawania silnej, kiedy nie może być gorzej. Wreszcie poczucie bezpieczeństwa wypełniło mą duszę. Przypominałam wówczas małą, bezbronną dziewczynkę. Całym sercem pragnęłam, by mama nie miała mi za złe ostatniego zachowania.


- Cześć, Iwcia. – uśmiechnęła się sympatycznie. – Spodziewałam się, że już nie śpisz. Zawsze wstajesz późno pomimo wczesnej pobudki.


Miała rację. Swoich przyzwyczajeń nie zmienię.


- Odsłoń te rolety! Jest tu strasznie ciemno. – zauważyła po chwili. Bez mojej zgody podwinęła je, na co przymknęłam oczy, oślepiona blaskiem promieni słonecznych. Fakt, pogoda była piękna. Za piękna, by zostawać w jednym miejscu.


Mama jakby słysząc moje myśli oznajmiła ze spokojem:


- Dlatego właśnie zamierzamy pojechać na działkę. Jest sobota, a i tak nie mamy nic do roboty. Co ty na to?

    
          Dzisiejszego poranka nie bolała mnie głowa, a mdlałam ostatnio… przedwczoraj. Jeżeli nadchodzi okazja, właściwie czemu nie? Choć znając moją mamę i tak zadecydowałaby o wszystkim za mnie. Gdyby nie stawiała na swoim, z pewnością  opuściłabym w życiu jeszcze więcej wspaniałych chwil. Poza tym… Kiedy ostatnio byłam w ogóle na naszej działce? Od tamtego czasu musiały minąć całe wieki…

          Kupiliśmy ją blisko sześć lat temu, kiedy kończyłam trzecią klasę podstawówki. Pamiętam, że po zakończeniu roku spędziliśmy na niej cały dzień, a wówczas stało tam zaledwie parę krzeseł, stara ławka pożyczona od znajomych taty i altanka. Dwa lata później, chodziłam tam już prawie codziennie, kiedy tylko największe upały zwiastowały koniec roku. Odkryłam wraz z bratem pobliski staw, gdzie łowiliśmy razem ryby. Nie godzinę, nie dwie… Czasami potrafiliśmy przesiadywać nad wodą nawet pół dnia. Swego czasu byłam dobrą wędkarką, a tata  jedyną osobą, z którą mogłam konkurować. Często chwalił mnie za złowione ryby. Dla takiego dziecka, jakim byłam wtedy ja, stanowiło to naprawdę sporą pochwałę.

         Wieczorami przesiadywałam przy altanie i rozkoszowałam się cudowną aurą lata oraz urokiem względnej samotności. Dlaczego względnej? Dwa kilometry od działki mieściła się mała kawiarenka, do której lubili chodzić zarówno moi rodzice, jaki i Robert. Ja wolałam mieć dla siebie chwilę samotności, niż czepiać się do nich niczym rzep. Co jakiś czas należał mi się odpoczynek od zgiełku, prawda?

         Myśl, że mogłabym się tam dziś znaleźć przepełniła mnie ogromną radością. Rosły tam nawet bzy, które tak uwielbiam. Rozmowa z ciocią Ewy uświadomiła mi pewną, ważną rzecz. W takim wieku powinnam żyć z całych sił, czyli zupełnie inaczej, niż do tej pory. Dziwne, że dopiero teraz to zrozumiałam.


- Działka? – zapytałam wyrwana z sentymentalnych rozmyślań. – Świetnie, możemy pojechać, o ile znowu nie zasłabnę. Słońce chyba nie może mieć na to wpływu?


- Nie, oczywiście, że nie. Słońce wraz ze świeżym powietrzem nawet dobrze ci zrobi, a nawet jeżeli poczujesz się słabo – zawsze możesz pójść do cienia. Choć i w nim jest strasznie ciepło. – zwieńczyła krótko wypowiedź, po czym jej uśmiech znikł. Rozpłynął się w powietrzu. Prysnął, jak bańka mydlana. Możliwe, że pojawiły się u niej jakieś wątpliwości. I możliwe, że ich powodem byłam ja…


- Wszystko w porządku? Posmutniałaś jakoś. – zauważyłam.


- Nie tyle co posmutniałam, a martwię się tobą, Iwonka. Mam ostatnio wrażenie, iż zaczynasz wątpić w naszą troskę o ciebie. Od czasu diagnozy jesteśmy zdruzgotani, to fakt. Tego nie potrafimy ukryć. – spojrzała na mnie ponuro. – Ale dobrze wiesz, jak bardzo jesteś dla nas ważna. Nie wyłączając Roberta. Praktycznie całkowicie ufundowana chemioterapia jest i tak dużym sukcesem. Wielu ludzi nie ma takiego szczęścia. Tak przynajmniej mówił lekarz. Ja tymczasem wcale nie mam zamiaru się od ciebie odwracać. Nic z tych rzeczy! To dla nas wszystkich szczególnie ciężki czas. Właśnie dlatego nie możemy poddać się bez walki…


- Każdy tak mówi, mamo. – przerwałam jej w połowie zdania. – Każdy myśli, że jeśli powie parę motywujących słów, wszystko będzie dobrze. Dobrze, czyli tak jak dawniej. A tak nie jest. Mowa o walce, niepoddawaniu się i innych głupotach, przygnębia jeszcze bardziej. Wiesz jak jest. Lekarze dają mi szanse, a ja mimo wszystko cały czas mam złe przeczucia. Z resztą – oni chyba w to nie wierzą. Takie myśli nie dają mi spokoju. Nawet nocą walczę z ciągłym strachem, co będzie dalej. Mam dość, mamo. Mam po prostu dość…


Obserwowała mnie przez chwilę, by powiedzieć w końcu spokojnym głosem:


- Iwona… Ja… Doskonale cię rozumiem. Jestem twoją matką, a matki najlepiej rozumieją uczucia swoich dzieci. Popatrz na sytuację z innej perspektywy. Zawsze od razu zakładasz najgorsze, mieszasz w to nawet lekarzy. – zaśmiała się. – Zawsze, bez wyjątku. Ale kiedyś przyjdzie ci dorosnąć, a wiem co mówię, bo po prostu nie wierzę, by Bóg mógł cię nam odebrać. Jeżeli kiedykolwiek napotkasz trudności w swoim życiu, będą o wiele gorsze niż sądzisz. W krytycznych sytuacjach, możesz liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Taka jest niestety prawda. Optymizm w tym wypadku służy jako ostoja. Pociecha. Pogoda ducha to taka rzecz, które przekonuje cię o istnieniu innych, wspaniałych rzeczy. Takich, które pomimo zachmurzonego nieba, ukazują chociaż skrawek jego błękitu…


- Mówisz zupełnie jako ciocia Ewy. Tak samo analizujesz i postrzegasz świat. Nie rozumiem.


- Ach, Monika! Znam ją, kiedyś się przyjaźniłyśmy. Ale żeby mówić tak samo? Wątpię.


Wszystko jasne!


- Nie wiedziałam, że ją znasz. Chociaż to dosyć prawdopodobne,  ze względu na Ewę.


- Uważasz, iż obie filozofujemy? – spytała rozbawiona.


- Nie no. – parsknęłam śmiechem. – Ostatnia rozmowa z nią dała mi dużo do myślenia. Tak jakbym przez cały wcześniejszy czas była zaślepiona.


- Wybacz, ale moim zdaniem rozmowa z panią Moniką niewiele wniosła. Mówisz o jednym, a robisz drugie. Nie jest lepiej i ja to widzę.


- Co więc zrobić, żeby było?


- Dokładnie to, o czym mówiłam. A teraz wstawaj z łóżka, bo za dwie godziny jedziemy. I przestań się w końcu martwić.


                                                                ***


         Spakowałam szybko to, co było potrzebne i mogłam śmiało rzecz, że jestem praktycznie gotowa. Narzuciłam jeszcze jakąś starą, przykrótką bluzę i rozpuściłam włosy, by mogły mi swobodnie opadać na ramiona i plecy. Patrycja miała rację, powinnam je skrócić chociażby o połowę. Trzeba tylko odpędzić jakoś też żal za nimi i… iść do przodu.

        Oprócz nas jechała także Martynka, gdyż ze względu na nieoczekiwany wyjazd pani Doroty, musieliśmy się nią zaopiekować. Mała nie sprawiała problemów, wręcz przeciwnie – z chęcią uznała, że koniecznie pojedzie z nami i pobawi się z „Iwonką”. I jak tu jej nie lubić?


- Jak my się upchamy do malucha? – zirytował się tata, gdy zrozumiał jakie mogą być z tym problemy.


- Iwona może pójść do bagażnika, my z Martynką usiądziemy z tyłu. – zażartował Robert. Przed oczami przeleciał mi jego obraz, jako dziewięcioletniego chłopca o łobuzerskim uśmiechu i roześmianych oczach. Czasami zapominałam, że jestem od niego młodsza. Dziwnie być dorosłym na zewnątrz, a dzieckiem w środku i odwrotnie. To cecha nieakceptowana przez wielu ludzi. Nie sztuką jest ocenić człowieka po pozorach, lecz zajrzeć w głąb serca – robi dużą różnicę.

        Jazda nie trwała długo, na co odetchnęłam z ulgą, bo w samochodzie było  wyjątkowo ciasno. Czas chyba kupić nowe auto, o czym mama wielokrotnie już wspominała. Ale gdzie tam! Tradycja to tradycja. A powiadają, że ja jestem sentymentalna i zależy mi na drobnostkach…

       Działka jak zawsze wyglądała pięknie. Zewsząd dobiegał zapach bzu, innych kwiatów i świeżego powietrza. Przysiadłam na ławce, koło niewielkiego oczka wodnego. Nawet mój nastrój uległ jakiejś zmianie. A czemuż to?

No cóż, mówią, że raz na wozie, raz pod wozem. Chyba nawet zaczynam w to wierzyć…

***********************************************************************************

To jest właśnie to. Wyszło nawet w porządku.

Tak w ogóle, to mam pytanie:

Co, jeżeli była taka rzecz, która istniała przez pewien czas, a o swoim bycie dała znać dopiero dużo czasu po powstaniu i czy w związku z tym ma jakąkolwiek ważność, czy to tylko pusta informacja? Bo jeżeli była, a nie miała sensu w swojej treści powinna być bezwartościowa.

Tak, jestem normalna, ale to jest głębokie nawiązanie do CZEGOŚ i nie daje mi spokoju. Nie wiem, może ktoś się domyśli :D

Także ja kończę, bo już chyba zmęczenie po tygodniu robi swoje.

Mezzoforte