niedziela, 20 listopada 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 8

Hejka ^^

Wiem, dawno nie było rozdziału, ale cały czas napotykałam problem: kiedy go wstawić?
Ogólnie rzecz biorąc najbardziej uciążliwym czynnikiem jest w tym momencie szkoła. Tu chyba każdy z was mnie zrozumie :D

Co do notki - doskonale wiem, że i tak piszę fatalnie, ale dzisiaj to już przesadziłam. Nie wiem co mi się dzieje, po prostu próbując napisać coś sensownego wychodzą mi jakieś filozoficzne wywody, o których zaraz się przekonacie xD Za błędy/powtórzenia przepraszam już z góry.

Zapraszam do czytania.

***********************************************************************************

    Szłam przez warszawskie tereny, rozkoszują się urokami samotności. Choć kościelne dzwony nie zdążyły jeszcze wybić godziny dwudziestej, czułam się naprawdę zmęczona. Ostatnimi razy tyle w życiu się dzieje, że chwilami mam ochotę przystanąć z boku i najzwyczajniej w świecie pokpić z ironicznego losu. Najlepiej usiąść na małej ławce, czekając aż miasto w kilka chwil utonie w otchłani ciszy. Dlaczego nie mam ochoty na powrót do domu? Też nie rozumiem. Przede wszystkim momenty refleksji wolę odkładać na takie okoliczności jak te. Kiedy czas płynie o wiele spokojniej niż podczas życia. Tak, bo ja nie nazywam tego życiem.

    Siedziałam więc na tej ławce przez pewien moment, bawiąc się zakrętką po butelce, którą znalazłam w kieszeni. Zaraz jednak poczułam, że lepiej się już zebrać. Wstałam więc i wróciłam na znajome mi osiedle. Nie dostrzegłam tu nikogo poza mną, wnioskuję z tego, że ludziom odechciewa się wieczornego łażenia. Skierowałam się powoli w stronę klatki schodowej i chwilę potem byłam już przed drzwiami. Zza nich dobiegał ryk telewizora i śmiechy kilku osób. Czyżbyśmy mieli gości? Mama wspominała co prawda coś na ten temat, ale nie wywnioskowałam zbytnio, czy ktoś ma złożyć nam wizytę. Zapukałam cicho, oczekując aż ktośkolwiek otworzy. Moim oczom ukazała się wówczas uśmiechnięta twarz Roberta, któremu najwidoczniej umknęła nasza poranna kłótnia.


- No nareszcie, siostra, ile można się wieczorami włóczyć?


- Ładny mi wieczór, ósma ledwo co. – wymamrotałam niespecjalnie miłym tonem. – A tak na 
marginesie, kto przyszedł? – zapytałam ciszej.


- Pani Dorota z Martynką i wujkowie. Gdybyś wiedziała co się przed chwilą działo – umarłabyś ze śmiechu. – powiedział rozbawiony.


Ta, ze śmiechu... Od całego hałasu poczułam, że robi mi się słabo. Ból głowy sprawił, iż przymrużyłam na chwilę oczy, a parę sekund później przykucnęłam bezradnie przy ścianie, opierając głowę o drżącą dłoń. Przez mgłę zobaczyłam rozmyte twarze rodziców, a następnie ktoś przeniósł mnie do pokoju. Tylko kto?

                                                            ***

    Minęły 2 godziny… A może 15 minut? W każdym bądź razie poczułam się o niebo lepiej. Na tyle, by wrócić do gości i nie narobić wstydu. Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy o których wspominał Robert byli jeszcze w salonie, jednak niektórzy najprawdopodobniej szykowali się już do wyjścia. Przeszłam obok nich obojętnie, by nalać sobie wody. W gardle suszyło mnie niemiłosiernie. Nagle spostrzegłam, że wszystkie szklanki są rozstawione na stole. Z niemrawą miną usiadłam koło mamy, a tym samym wzrok pozostałych skupił się wyłącznie na mojej osobie.


- Cześć wszystkim. – powiedziałam usiłując wydobyć najmniejszy uśmiech.


W odpowiedzi otrzymałam ciche mruknięcia, gdy głos zabrała Martynka:


- Cześć Iwcia! – wyszczerzyła zęby. Spojrzałam zaskoczona na dziewczynkę. Ona jednak ciągnęła dalej:


- Chora jesteś, prawda?


 Jaka bezpośrednia…


- Nie chcę, żebyś była smutna, mam dla ciebie rysunek! – tu pokazała mi lekko pomazaną kartkę, na której widniałam zapewne ja z koroną na głowie. Obok postaci był natomiast koślawy napis: DLA IWCI. Urocze, w końcu mała zawsze wie, jak mnie pocieszyć.

   Martynkę zaadoptowała pani Dorota, już jakieś trzy lata temu, kiedy dziewczynka miała półtora roku. Obie mieszkają w bloku naprzeciwko, odwiedzają nas więc niekiedy. Nie ukrywając – urocze z niej dziecko. Już jako niepozorna, młoda istotka patrzyła na świat z ogromnym optymizmem i zainteresowaniem. Wielokrotnie pomagałam pani Dorocie zajmować się nią, a w międzyczasie gawędziłyśmy o wszystkim i niczym.  Jakże mogła wyglądać bynajmniej dziwna relacja z tym równie dziwnym dzieckiem? Otóż można mówić co się chce, lecz ona miała w sobie coś niezwykłego. Mówiąc o wróbelkach dziobiących okruchy chleba, które im rzucałam. – robiła to z taką radością, że czasami zastanawiałam się, czy aby na pewno nie jest jednym z tych małych aniołków? Ale to było dawno. Zbyt dawno, by uznać za istotne. Dawno… Wtedy powtórnie poukładałam w życiu wiele ważnych spraw. Pomyśleć tylko – niedługo ponownie przyjdzie na to pora…

      Spojrzałam na Martynę, która obdarzyła mnie właśnie promiennym uśmiechem.


- Śliczny rysunek, aniołku. – pochwaliłam dziewczynkę.


- Strasznie się zmartwiła, jak podsłuchała o twoim nienajlepszym stanie. – oznajmiła pani Dorota. – Dlatego spróbowała cię pocieszyć. Poczciwe dziecko. – skwitowała.

    Spochmurniałam na te słowa. Mimo co, nie chcę by zbyt wiele osób wiedziało o moich mniej lub bardziej durnych problemach. W tej chwili nawet wujkowie zerknęli w moją stronę, a ja… Co miałam powiedzieć? Czuję potrzebę skrytości, żeby inni nie widzieli jak użalam się nad sobą i tracę siły. Problem w tym, że kotłują się we mnie dwa różne uczucia. Co jest czym, które którym…? Sama nie wiem już co i jak. Życie jest takie pogmatwane. Jednego dnia może być jasne, oczywiste, a później umysł znowu skrywa się za gęstą mgłą. Zbyt gęstą by ją przedrzeć. Nie wiadomo gdzie patrzeć, czego szukać…

    Spojrzałam na sytuację w bardziej optymistyczny sposób i już łatwiej było mi sformułować sympatyczną odpowiedź.

- To miło z jej strony. – rzekłam pogodnym tonem. – Ale mam tylko prośbę – nie zamartwiajcie się o mnie. Co będzie, to będzie. Ze wszystkim się pogodzę.


Mama objęła mnie ramieniem.


- Iwona, Iwona… Masz 16 lat, dziecko…


„ Dobrze słyszę? Dziecko?”


- … Jeszcze przyjdzie ci czas myśleć jak dorosła. Jesteś taka młoda… Ciesz się tym co masz. Wierz mi, ale doskonale wiem co czujesz. Może i nie znam wielu ludzi chorujących na sama wiesz co…- tu spojrzała mi prosto w oczy. – Aczkolwiek musisz wiedzieć, że wszystko może się zdarzyć. Popatrz, jak wiele osób wyszło z tego bez szwanku, a podświadomie wiem, iż ty też możesz być jedną z nich. Przepraszam, jeżeli ta cała paplanina jest bezsensowna, ale z filozoficznych wywodów da się wyciągnąć jakieś wnioski. Wręcz 
powinno.

      Wstałam na chwilę, wzięłam głęboki wdech, jednak po chwili usiadłam ponownie.


- Wyciągnę wnioski, zobaczysz. Tym czasem obiecuję, i to na serio – nie będę się przejmować. Nie będę! – powtórzyłam.


      Wujkowie popatrzyli z pode łba, kiedy jeden z nich zaproponował grę w karty. Jak tu miałam się nie zgodzić? Finalnie spędziłam przyjemne pół godziny z rodziną, z lekkim rozkojarzeniem przypominając sobie dawne czasy, gdy jeszcze wszyscy byliśmy razem – w każdym tego słowa znaczeniu…

                                                                 ***

    Zegar ścienny pokazywał co prawda północ, lecz jego kilkuminutową niedokładność 
wykorzystałam na doczytanie ostatniego rozdziału książki. Następnie chcąc nie chcąc wykonałam wieczorną rutynę i ułożyłam się wygodnie na łóżku. Późna godzina nawet w najmniejszym stopniu nie powstrzymała mnie przed rozmyślaniami, którym ostatnio mam coraz więcej. Czasami zastanawiam się „Co by było gdyby…?” No właśnie. Czy mogłam kiedyś postąpić inaczej? A może powiedziałam parę słów za dużo? Jaki będzie tok mojej przyszłości, losu? Osiągnę to czego pragnę, lub przeżyję coś równie wspaniałego? Co z przyjaciółmi, ewentualną miłością? Chociaż nie, nie warto teraz o niej myśleć. Wszystko nastąpi w swoim czasie.

      Tak jak zawsze po pewnym czasie zasnęłam, ukojona marzeniami o szczęściu, przyjaźni, prawdziwej miłości… Zaraz… Miłości?!

                                                                ***
       Kolejny dzień już od początku rozpoczął się źle. Wczesnym rankiem obudził mnie straszny ból głowy, było mi słabo i wirowało mi przed oczami. Czyżby moja  „ wspaniała” przyjaciółka dawała o sobie znać? Zmuszała do faszerowania się lekami, które zapewne i tak nic nie pomogą. Tym samym cierpiałam już nie tylko psychicznie, a fizycznie. Co jest gorsze?

       W łóżku przeleżałam pół dnia. Zaczynałam mieć już powoli wszystkiego dość. Z desperackiej nudy wyglądałam przez okno na bawiące się dzieciaki, z desperackiej nudy kreśliłam bezmyślnie jakieś wzorki na kawałku kartki. Z desperackiej nudy ogarnęłam się szybko i wybiegłam na dwór. Tylko dokąd miałam dojść nogami odmawiającymi mi posłuszeństwa?

       Ostatecznie przystanęłam obok średniej wielkości murku dzielącego małą łąkę od parku. Usiadłam na nich, wypatrując obiektów znajdujących się w oddali. Nagle usłyszałam głos powtarzający moje imię. Znieruchomiałam na ten dźwięk. Wtem przed oczami ujrzałam postać nikogo innego niż…  Janka. Omal nie dostałam zawału.


- Cześć. – mruknął od niechcenia.


- Cześć. – odparłam podobnym tonem.


Nagle jego twarz wypogodniała.


- Dawno się nie widzieliśmy, chciałbym pogadać. Muszę omówić z tobą parę spraw.


- Jakich spraw? – zapytałam niepotrzebnie. Doskonale przecież wiadomo, o czym pragnie pogadać.


- Dość ważnych. Mam do ciebie duże zaufanie, jak do nikogo innego.


Zarumieniłam się na te słowa. O ile były prawdziwe…


- Ostatnio spotkałem kogoś – kontynuował. – kogo nie widziałem parę dobrych lat. No i my…


Chciało mi się śmiać z jego zakłopotanego tonu. Postanowiłam więc rozprostować sprawę:


- Z twoją nową dziewczyną byłam wczoraj na lodach, spokojnie – nie musisz nic ściemniać.


- Ale jak…? To znaczy, dobrze, że wiesz. Tylko po prostu nie chcę sprawiać ci przykrości, bo zapewne chcecie odnowić przyjaźń, a ja nigdy nie powiedziałem ci o moich uczuciach do niej.


Zamarłam.


- Przepraszam, nie chciałem żyć w oszustwie. Ewa jest świetną dziewczyną, a ja po prostu potrzebowałem lat by zdać sobie z tego sprawę. Nie gniewasz się?


Właściwie, to czemu miałabym się gniewać?


- Spokojnie, chłopie. Nie śmiałabym się na ciebie boczyć. Skoro jesteś z nią szczęśliwy, to w czym problem?


Po chwili dodałam:


- Ja też ci ufam…


- Świetna jesteś, dziękuję za zrozumienie. – objął mnie przyjacielsko ramieniem. Cały Janek…


- A gdzie tam. – stwierdziłam opierając się o mur.

                                                           ***

    W pewnym momencie stwierdziłam, że na mnie już czas. Rodzice już pewnie czekali, nie będę im robić kłopotu. Pożegnałam się z Jankiem i udałam się w stronę domu. Nagle poczułam chęć zwierzenia się z problemów zaufanej osobie, jak na przykład Jankowi.  Zawróciłam w przeciwną stronę, napotykając wzrokiem jego zaskoczoną twarz. „ Walnąć prosto z mostu?”

- Janek… - zaczęłam.


- Słucham?


- Musisz wiedzieć jedną rzecz… - wzięłam głęboki wdech. – Ja…


*************************************************************************************************


I jak? Według mnie- beznadzieja. No to co, ja ma nadzieję, że się podobało i następna notka będzie... Kiedy będzie. Już chyba nie warto nic obiecywać.

Mezzoforte


     

sobota, 5 listopada 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 7

Hej!

Wiem, miało być w środę, ale co rusz musiałam gdzieś jechać, a szkoła sama w sobie też jest męcząca. Co do teorii spiskowych... Nie jest to może nic szczególnego, z resztą zobaczycie o co kaman. Więcej zdradzić nie mogę, więc... zapraszam do czytania. Z góry przepraszam też za ewentualne błędy, ale nie mam już siły tego sprawdzać.

PS to jest piosenka do notki. Bardzo mnie zainspirowała, ten tekst...




***********************************************************************************

     Spojrzałam na zegarek. Nie musiałam się w prawdzie tak spieszyć, ale trochę głupio wyjść na idiotkę, którą i tak jestem. Tak czy inaczej całą drogę pędziłam, zapominając chwilowo o wszystkim. W pewnym momencie przypomniało mi się, że miałam wziąć Patrycję. Szlag! Żeby w tym wieku już mieć sklerozę? Trudno, będzie co opowiadać. Omijając spojrzenia napotkanych ludzi, pokonywałam kolejno tereny warszawskiej zabudowy. Może wydawać się to cudem, ale spóźniłam się tylko przysłowiowe 5 minut.

   Z dala dostrzegłam wysoką sylwetkę Ewy. Zdaje mi się, czy znowu do kogoś wydzwania? Cała ona. Jak nie gada z kim popadnie, to męczy ludzi przez telefon. Dusza towarzystwa, rzekłby każdy. Szczera prawda, aczkolwiek pierwszorzędnie nazwałabym ją śmieszkiem.

   Postanowiłam podejść do niej niezauważona. W tym samym momencie obróciła się do tyłu z zawadiackim uśmiechem. Nie dość, że ma intuicję, to jeszcze niezły ubaw.

- Cześć Iwona! - zawołała rozbawiona. Swoim dobry humorem potrafiła rozweselić nawet największego smutasa, ale odnoszę dziwne wrażenie, iż ostatnio strasznie... spoważniałam?
Nie dziwi mnie też jej optymizm, jednak cokolwiek ona bierze - niech bierze tego mniej.

I podzieli się ze mną...

- Hej. - mruknęłam spokojnie.

Ewa popatrzyła na mnie jak na dziwaka.

- Coś cię martwi? - przybrała wyraz twarzy troskliwej przyjaciółki.

- Mnie zawsze coś martwi. - "A przynajmniej ostatnio" - dopowiedziałam w myślach.

- Oj tam zawsze. Sądziłam, że po tylu latach cokolwiek się zmieniłaś. Chcesz być całe życie pokorna i zamknięta w sobie? Chcesz?

    W głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Tylko że ja taka po prostu jestem. Moje nastawienie, do niczego się nie przyda. Zirytował mnie tylko ton, z jakimi wypowiedziała te słowa, tak jakbym to wszystko robiłam na pokaz, by zwrócić na siebie uwagę. Otóż nie - sprawa ma się inaczej. Osobiście trudno mi jest pokazywać swoje uczucia, a z drugiej strony ludzie bez słów potrafią odczytać moje emocje. A ja tylko Ewę miałam za czarodziejkę.

- Chcesz? - zapytała śmiejąc się z mojej zamyślonej miny.

- Co?

- Nic. Kończ ze swoimi dołami, bo zachowujesz się jak dziecko.

Dziwne... Już kolejna osoba mi tak mówi. Tak to już jest. Zrozumieć kogoś jest ciężko, 
siebie - jeszcze ciężej.

- Nie wiem jak ty, ale ja wolałabym wejść do środka. - zasugerowała

- Prawdę mówiąc, ja też. - stwierdziłam, po czym obie przekroczyłyśmy próg niewielkiej kawiarni. Rozejrzałam się wokoło. Niby nic takiego, ale przebywając tu odczuwam w środku jakieś ciepło. Chyba każdy miał w życiu takie miejsce, które w szczególny sposób zachowało się w pamięci. Z tą kawiarnią wiążę tyle przeróżnych wspomnień, są wręcz nie do policzenia. Miło powspominać klasowe wypady, czy inne spotkania. Tutaj odbyło się tyle wspaniałych chwil, choć pozornie wydają się być błahostkami. Pamiętam, że łaziliśmy tu nawet po szkole, to na lody jak było ciepło, to na gorącą czekoladę w zimowe popołudnia.

   Westchnęłam cicho, po czy wróciłam do rzeczywistości. Jakiś czas temu uważałam, iż z danej perspektywy to miejsce wygląda inaczej. O czym ja wtedy myślałam? Tu się nigdy nic nie zmieni.

    Przez chwilę zastanowił mnie fakt, czy aby na pewno lody są na tą porę odpowiednim pomysłem. Było jednak ciepło, więc nie musiałam się tym przejmować. Razem z Ewą, zamówiłyśmy po ogromnym pucharze deseru lodowego i zajęłyśmy miejsca przy stoliku. Nietrudno zgadnąć, kto jako pierwszy zagaił rozmowę.

- Jak spędziłaś ostatnie lata? Dużo się pozmieniało u was? Co u Patrycji i pozostałych?... - zasypywała mnie pytaniami.

- Już! Koniec! - zaśmiałam się. - Wszystko ci opowiem, tylko przestań nadawać.

- No wiesz. - udała oburzenie.

- Najpierw ja może zapytam ciebie - co ty przez te cztery lata robiłaś i dlaczego na drugi rok zrezygnowałaś z liceum czy technikum?

- Po pierwsze: cieszę się, że tylko cztery. Po drugie, liceum do którego poszłam było delikatnie mówiąc fatalne, a w tamtej miejscowości nie mogłam już wytrzymać, więc... Uparłam się i wyjechałam tu. Pierwszy rok musiałam tam przetrwać, ale za to tutaj znalazłam  szkołę spełniającą moje wymagania. - ostatnie zdanie wypowiedziała tonem ambitnej pani profesor.

- Co na to twoi rodzice? - dopytałam zdziwiona.

Tutaj trochę się zmieszała.

-  Bo wiesz, no raczej, że jestem tu bez nich. Ostatnio też często się kłócimy - głównie o głupoty. Oni wybrali życie w małym mieście, więc tak czy inaczej musieli uszanować mój wybór, tak jak ja zrobiłam to kiedyś. Chyba nie myślisz, że chciałam stąd wtedy wyjeżdżać?

Ewa była specyficzną osobą, to fakt. Zawsze wiedziała jak postawić na swoim. Tylko u kogo teraz mieszka?
Moja przyjaciółka chyba wyczytała z mojej twarzy wspomniane pytanie, bo szybko zebrała się do odpowiedzi:

- Zapomniałaś o mojej cioci? Ta to dopiero ma dobre serce. Na razie jestem u niej, w końcu obie bardzo się stęskniłyśmy. Chętnie wynajęłabym mieszkanie, ale na własną rękę będzie ciężko - zwłaszcza, że jestem niepełnoletnia i...

- Wyluzuj kobieto, masz dopiero szesnaście lat. Jeszcze się wyszalejesz, trochę pokory...

- Mówisz jak moja mama. - zbulwersowała się poprawiając fryzurę. - Mamy 1996 rok, a ty żyjesz w średniowieczu.

- Chciałabym.

- Nie chciałabyś. Co do pokory, niektórym nie zawsze wychodzi na dobre.

- No wiesz...

- Ja wiem wszystko.

- Tak? - zapytałam sarkastycznie.

- Oczywiście. - odpowiedziała dumnie. Po chwili dodała:

- Teraz ty, opowiadaj ja ci te lata minęły.

- U mnie w sumie całkiem normalnie. - skłamałam, jedząc powoli swoją porcję lodów. - W szkole dużo nauki, ale temu się chyba nie dziwisz. Pozostali tak samo - do liceum poszłam z 1/4 poprzedniej klasy, także miałam szczęście. Tomek nadal biega z prędkością światła, a Hanka jest tak samo wredna. Takie to się chyba nigdy nie zmieniają...

Po chwili dodałam jeszcze:

- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że początkowo chcieli nas rozdzielić z Patrycją, kapujesz? Tylko my możemy wiedzieć, ile czasu zajęło nam błaganie dyrekcji o przeniesienie. - zaśmiałam się.

- To fajnie- rzuciła półsłówkiem i zatopiła się w ciszy. Trwałyśmy w niej pewną chwilę, zdążając dokończyć lody. W końcu nie wytrzymałam i zagaiłam tajemniczo:

- Ewa...?

- Tak?

- Mam wrażenie, że ostatnio bez przerwy do kogoś wydzwaniasz. Zakochałaś się, czy co?

Zarumieniła się lekko, po czym powiedziała:

- Może tak, może nie. Myślisz, że łatwo było tak po prostu opuścić moich nowych znajomych? Prawie mnie zabili, jak powiedziałam im o zmianie szkoły. - zachichotała.

Zignorowałam część jej wypowiedzi.

- To w końcu masz kogoś, czy nie?

- Tak, mam. - spuściła wzrok.

- A więc, powiesz mi, kim on jest?

Spojrzała na mnie zawstydzona, po czym oznajmiła:

- Znasz go... To Janek...

                                                           ***

       Janek? Ten Janek, który bawił się z nami w piratów, jak wszyscy byliśmy młodsi? Niemożliwe... On sam przez długi czas nie był mi obojętny, tyle że tego już nie ma - koniec końców mi przeszło. Jako przyjaciele, zawsze byliśmy blisko, ale nie sądziłam, że Ewa mogłaby coś do niego czuć. Trudno powiedzieć, czy do siebie pasują, chociaż kto wie... On pewnie też coś do niej czuł. Dziwi mnie tylko fakt, iż chłopak w którym bądź co bądź się kiedyś podkochiwałam, jest teraz moją dawną przyjaciółką. Dawną? Co ja gadam...

     Przez te parę chwil zdążyłam wszystko przemyśleć, dochodząc do wniosku, że skoro są zapewne szczęśliwi, to nie ma o co się martwić. W końcu moje serce już od dawna do niego nie należy. Tylko z jakiej przyczyny ta wiadomość mnie tak zestresowała? Dlaczego słysząc to z jej ust poczułam lekkie ukłucie w sercu? Przecież ja dawno się w nim nie bujam. Na 100%.

- Tak? - wyjąkałam cicho, robiąc dobrą minę do złej gry. Chociaż nie, to bardzo dobra gra.

- No. - rozmarzyła się. - Spotkałam go niedawno. Zawsze mi się podobał, tylko wtedy dopiero zrozumiałam jak bardzo. Później jakoś tak samo wyszło. Przyznał, że ja również wpadłam mu w oko. - powiedziała z nieukrywaną radością.

A ja? Ja życzyłam jej szczęścia w związku i ucichłam na parę minut. Ewa natomiast skupiła się na muzyce dobiegającej z radia.

     Wyjrzałam przez okno i śledziłam wzrokiem tłumy przechodzących ludzi. To ciekawe, że każdy z nich ma swoje własne przeżycia i historie, o których można napisać wielotomową powieść. Jedni są bogaci, drudzy biedni. Niektórzy mają mniejsze, lub większe problemy. Patrząc na nich, zastanawiam się ilu z nich jest tak naprawdę w pełni szczęśliwych. Czy można być w pełni szczęśliwym? Trudne pytanie. Dochodzą mnie słuchy, iż nawet w największym nieszczęściu są rzeczy wychodzące nam na dobre. Wiele osób takich jak ja uważa zapewne podobnie, tylko czy aby na pewno oni zamartwiają się dzień w dzień? Nie wiem. Takich osobników musiałam mijać na ulicy już stokroć razy, skoro jednego dnia stałam się jednym z nich, z wielu. No cóż, zawsze lubię martwić się na zapas, by później nie ulec rozczarowaniu. Po co...?

     W pewnym momencie usłyszałam znaną mi melodię. Już po raz kolejny. Czyżby mnie prześladowała? Oderwałam się od szyby i zerknęłam na Ewę,
 której widocznie muzyka odebrała resztki świadomości. Rozkojarzona lekko, spojrzała na mnie:

- Fajna nuta, nie?

Istotnie, przyjemna piosenka.

- Taaak... Ktokolwiek ją  śpiewa - ma przepiękny głos.

Ewa obdarzyła mnie spojrzeniem, jakby widziała kosmitkę.

- Ty go na serio nie znasz? To chyba najsławniejszy współczesny artysta! W jakim świecie ty żyjesz?

- Sama mówiłaś, że w średniowieczu.

- I miałam całkowitą rację. Każdy go zna, każdy! - wypowiedziała to tak głośno, że kilka osób zwróciło nam uwagę.

- A raczyłabyś powiedzieć kto to?

- Michael Jackson. Mówią o nim tu i tam, w prasie, telewizji, radiu... A ty jak zwykle ciemna. - stwierdziła. - Wydał z dziesięć płyt i niedługo zaczyna trasę koncertową. Piosenka, którą słyszałaś nazywa się "Heal The World".

- Uwierz mi, ale naprawdę słyszę o nim po raz pierwszy. Swoją drogą myślę, że inne utwory również ma ciekawe. W końcu jest bardzo popularny, no nie?

- No pewnie, tylko wiesz... Różnie rzeczy o nim piszą, o ile to prawda, ale nie wnikajmy.

- Co... Co piszą? - zaciekawiłam się.

- Nie będę cię zniechęcać, choć to i tak pewnie bzdury.

- Dobrze, rozumiem. Jest sobie ten... Michael? Sławny, utalentowany, OK. Tylko co z tej racji?

Walnęła się w czoło, po czym wyjaśniła:

- A to, że we wrześniu przyjeżdża do Polski! Nie chciałabyś się wybrać, bo ja chętnie. Bilety są jeszcze chyba w sprzedaży.

Właściwie... czemu nie? Do września daleko, ale z przyjemnością choć raz wyjdę gdzieś ze znajomymi, tak jak kiedyś. Kto wie, może przekonam się wreszcie do współczesnej muzyki.

- Pójdę. - powiedziałam stanowczo. - Ale ma być "Heal The World".

- Nie ośmieli się jej pominąć. - zaśmiała się Ewa.

                                                                 ***

    Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę, póki na dworze nie zapanował mrok. Wskazówki zegara wskazywały godzinę 19, pożegnałyśmy się więc i rozeszłyśmy się do domów. Świeże, chłodne powietrze przypominało mi o zbliżającym się maju. Jak ja kocham maj! Wierzę, że nadchodzą trudne, choć lepsze dni. Teraz już wiem, że nie jestem sama, tylko...

Czego wciąż mi brak?

   Spojrzałam na bezchmurne niebo, ukazujące jasną tarczę księżyca. Wracając pod kochane blokowisko, długo zastawiałam się, czym jest ta rysa na szkle...

*************************************************************************************************

Taaak, wykorzystałam rok 96' do moich niecnych planów. Nie wiem co o tym sądzić, ale mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do komentowania. 

Mezzoforte

środa, 19 października 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 6

Hej!

Rozdział miał być w niedzielę, ale dopadło mnie małe przeziębienie i z tej racji straciłam parę dni roboczych. Tworzyło mi się go naprawdę ciężko, a to ze względu na brak weny, która postanowiła u mnie zawitać dopiero przy pisaniu ostatnich stron xD
Chciałabym jeszcze wspomnieć, że w tym rozdziale jest pewne nawiązanie do czegoś, a raczej kogoś... Z góry mówię - to nie jest główny wątek.  ( taka mała informacja do miłośników teorii spiskowych xD  )

Tak więc... Zapraszam do czytania i komentowania!


***********************************************************************************

     Obudziłam się około godziny trzeciej w nocy, gdyż dręczyły mnie straszne koszmary, o których ciężko mi wspomnieć. Tak jest zawsze, gdy ma się wydarzyć coś złego. Osobiście nie uważam tego za jakiś ewenement, ale ostatnio sny stają się coraz bardziej niepokojące. Takie realistyczne... Najprawdopodobniej w dużej mierze są winą ciągłego strachu niedającego mi żyć. Nie wystarczy widocznie odłożyć zmartwienia na bok i próbować odrzucić je w zapomnienie, bo one złośliwym sposobem tak czy inaczej dadzą znać o swojej obecności. Podświadomej obecności.

     Skazana na bezsenną noc, wierciłam się blisko godzinę, a w ten czas dostatecznie zepsułam sobie humor. O świcie byłam żartobliwie ujmując ''skacowana''. Ziewnęłam z niewyspania, po czym poczłapałam do łazienki, by przepłukać twarz chłodną wodą. Taki rytuał. Następnie ubrałam wygodne dresy i szarą bluzę. Ze względu na wczesną porę miałam dużo czasu, więc postanowiłam przygotować wszystkim śniadanie, a że lodówka świeciła pustkami - skoczyłam szybko do sklepu po najważniejsze produkty. Zarzuciłam niedbale lekką, wiosenną kurtkę i to był błąd, bo o tej porze jest jeszcze strasznie zimno. Przeziębienie - ostatnia rzecz, jakiej mi brakuje...
Co miałam do załatwienia, załatwiłam, po czym wróciłam do domu coś przygotować. Zmierzając w stronę kuchni usłyszałam nagle jakiś szept. Tylko czyj? Moja rodzina to największe śpiochy pod słońcem i raczej nie buszowaliby po mieszkaniu o 5:30. A może czuję tylko szumy w swojej głowie?

     Stałam tak przez chwilę, głos był chyba tylko wytworem mojej wyobraźni. Pomijając ten fakt zrobiłam kanapki, a później znudzona włączyłam telewizor. Zazwyczaj nie lubię oglądać tego, co pokazują w tym głupim pudle, ale cóż lepszego miałam zrobienia, jak nie bierne przeskakiwanie z jednego programu na drugi?

    Po półgodzinie stwierdziłam, że będę oglądać tych głupot. Chciałam już wyłączyć telewizor, gdy nagle przed oczami mignął mi pewien teledysk. Zaraz... Skąd ja znam tę piosenkę? No tak, słyszę ją nieraz w radiu. Tylko kto jest jej autorem? Tego się już nie dowiedziałam, bo przy tej melodii dosłownie odpłynęłam. W sumie można rzec, że to dziwne, ale nigdy nie lubiłam współczesnej muzyki, która akurat była na ''topie''. Wszyscy, których znam słuchają hitów poprzedniej dekady i lat obecnych, Wszyscy oprócz mnie. Ja nie pasuję do tej muzyki - jestem cicha i spokojna, a zabawa jest mi zbędna. Znalazłby się na pewno ktoś, kto powiedziałby mi : ''Ale Iwona, ty nawet ballad nie lubisz? Nie znasz najnowszych hitów?! Są świetne!''
Prawda jest taka, że gusta mam jakie mam i od zawsze wolę klasyczne i poważne melodie z głębokim przesłaniem. Wzruszające, chwytające za serce, a nie skłaniające do tańczenia.
Po obejrzeniu paru klipów, zdążyłam jednak stwierdzić, że byłam zamglona jakimś... uprzedzeniem. Może bałam się życia w świecie muzyki rozrywkowej? Teraz dociera do mnie właśnie jak dużo tracę ograniczając się do jednego - i nie tylko pod względem muzycznym. Nie chcę liczyć ile zaprzepaściłam szans na poznanie czegoś nowego.  Chyba dlatego ludzie odbierają mnie jako zwykłą ekscentryczkę, żyjącą z głową w chmurach...

                                                                     ***

    Wyłączyłam telewizor. "A gdyby tak obudzić Roberta?'' - pomyślałam. Czasami lubię go podenerwować, chociaż na ogół to on zaczepia mnie. Jesteśmy jak typowe rodzeństwo, inni jednak określiliby nas jako dziwaków. Nonsens. Ostatnio zrobiła się głupi moda na określanie typów osobowości i nie wiadomo co jeszcze. Po co kategoryzować się do ścisłych grup, skoro można iść swoją drogą ( a nie większości ) ? Postępowanie to bardzo indywidualna sprawa. Patrząc na sytuację z tej strony zaczyna wydawać się bezsensowna. I dobrze. Taki mam właśnie pogląd. Lepiej żyć, będąc sobą, choć w dzisiejszych czasach i o to trudno. Trudno pokazywać swoje prawdziwe oblicze, by uniknąć wyśmiania. Mówię to w oparciu o nie tylko cudze, lecz także własne doświadczenia.

    Stąpałam powoli, powolutku... Robert smacznie spał. Opracowując strategię zauważyłam na biurku szklankę wody. Eureka! Nalałam trochę cieczy na rękę i dałam mu "miły początek dnia". Zaskoczony, otworzył oczy, a tymczasem ja walnęłam go z całej siły poduszką, chlapiąc co jakiś czas wodą. Śmiałam się jak wariatka, bo chyba każdy może mieć swoje dwie strony? 

Cicha woda brzegi rwie...

    Po skończonym szaleństwie byliśmy nieco mokrzy, ale za to nastrój mieliśmy wyśmienity. Robert nawet się nie wkurzył, a nie sądzę by robił to z litości. Wyjątkowo dobry dzień, tak myślę.

- Co tam, panie Robercie? - rzuciłam sarkastycznie

On zaśmiał się, po czym powiedział:

- No, Iwona. Widzę, że zdrowiejesz.

Pomimo świadomości, iż nie mówił tego złośliwie, jego słowa strasznie mnie zasmuciły. Zdążyłam przynajmniej na obecną chwilę zapomnieć o chorobie, a teraz znowu wrócił ten stres. Poczułam w sobie panikę i zrobiło mi się słabo. W gardle rosła mi wielka gula. By nie  urazić swej dumy i zamaskować żal, wychrypiałam ozięble:

- O ile w ogóle wyzdrowieję. Mam wrażenie, że do ciebie jeszcze nie dotarło. Jestem chora na raka, rozumiesz?! - jakoś trudno było mi przepuścić te słowa przez usta.

Spojrzałam na brata, który wyraźnie posmutniał. Niepotrzebnie naskakiwałam. Z drugiej strony, musi wiedzieć jaka jest sytuacja, prawda?

- Doskonale rozumiem. Nawet więcej niż ci się wydaje. - burknął. - Tylko ty niepotrzebnie się dołujesz! Chcę cię pocieszyć, to takie trudne?!

- Żebyś wiedział, że trudne! - krzyknęłam rozeźlona. - I wcale nie zamierzam się dołować. Byłam w dobrym nastroju, a ktoś jak zwykle musiał mi go zepsuć! Dzięki wielkie...

- Dzieciak jeszcze z ciebie. Nie wiedziałem, że jesteś tak wybuchowa.

- Nie wytykaj mi cech charakteru. - poprosiłam trochę spokojniej.

- Jak sobie życzysz, madame. - rzucił kąśliwie i opuścił pokój.

    Zostałam sama. Usiadłam na łóżku Roberta, karcąc się w duchu za tę złośliwość. Co jest ze mną nie tak? Wciąż tylko marudzę, a emocję odreagowuję na innych. Moje problemy zaczynają mnie powoli przerastać. Z głęboką nadzieją oczekuję ich końca, lecz póki co nie weszłam jeszcze na start...

                                                               ***
    Już od chwili, kiedy dostałam rzekomy wyrok, zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Świat momentalnie mi się zawalił, a wizja przyszłości stała się niepewna. Bądź co bądź, nadeszła walka z nieprzyjemnym zrządzeniem losu. Jestem już prawie na ringu, przygotowuję się do bitwy... Co dalej? Pojedynku nie wypada przerwać, choćbym spotkała jakąkolwiek przeszkodę.

   W całej sytuacji najgorsze jest to, że muszę całkowicie zmienić mój stosunek do świata, jak i ludzi. Ich trzeba przystosować. Obawy, czy nie odsuną się potem ode mnie są przytłaczające, więc nie mogę na razie nikomu powierzyć pewnej gorzkiej tajemnicy...

                                                                ***
   Dobiegające z kuchni odgłosy, świadczyły o tym, że rodzina jest już przy stole. Niekulturalnie byłoby ich tam zostawić, więc dołączyłam do nich spoglądając to na Roberta, to na rodziców. W ich oczach widziałam stłumiony ból, do którego i tak by się nie przyznali. Rozmawiali o czymś razem, natomiast ja zastanawiałam się w tym czasie co ubrać na spotkanie z Ewą. Termometr pokazywał 23 stopnie, więc mogę spokojnie założyć lekką bluzę którą dostałam na szesnaste urodziny od Patrycji. Ze spodniami nie będzie problemu, bo mam ich niewiele, a nie noszę też jeansów. Kolejny dziwny nawyk. Wiem, wiem...

   Kiedy rozkminy stały się nużące postanowiłam wszcząć jakąkolwiek rozmowę:

- Jak tam u was?

- To raczej my powinniśmy się ciebie o to pytać. - westchnął tata. - Jak się czujesz?

- Fizycznie, czy psychicznie?

- Ogólnie.

- Ogólnie to nie wiem. - zaśmiałam się. Zaczynało mnie chyba brać na żarty.

- A, nie wiesz... - droczyła się mama. - Jesteś pewna?

- Na 100%. - odpowiedziałam

Nagle przypomniałam sobie o pewnej sprawie.

- Na śmierć zapomniałabym! Dzisiaj idę na lody. O 15. Wiem, że niespecjalna pogoda, no ale... Nie zgadniecie z kim?

Tata zamyślił się, po czym puściło oczko.

- Pewnie z jakimś kawalerem. Ach, młodzi...

- Nie te czasy, tato...

- A co ty myślisz, że kiedyś ludzie na drzewach chodzili i było inaczej? - parsknął śmiechem.

- Tato... Nie chłopcy mi w głowie. Najpierw szkoła, potem studia. Jak nic nie stanie na przeszkodzie, oczywiście. .

- Teraz tak mówisz córciu, a później zobaczysz jak się życie potoczy. Ukończysz szkołę, poznasz jakiegoś mężczyznę... A co do zdrowia - nie wolno nam tracić wiary i nadziei. Ona umiera ostatnia. - wtrąciła mama

Wzruszyły mnie te słowa, jednak nadal nie powiedziałam z kim idę się spotkać.

- Czy nie mówiłam wam, że niedawno spotkałam Ewę?

- Tą Ewę, z którą bawiłaś się w piaskownicy...? - zapytał mój brat.

- Robert...

- ... jak miałaś 5 lat?

Pomyśleć tylko, że jesteśmy rodzeństwem...

- Dokładnie. Tą marnotrawną przyjaciółką, która wyjechała stąd trzy lata temu. Teraz podobno znalazła tu wymarzone technikum.

Robert kiwnął głową porozumiewawczo, a mama spytała:

- Tak, to już tyle lat się nie widziałyście. W której klasie wyjechała, bo nie pamiętam?

- Zaraz... Chyba w siódmej.

- Pamiętam jak rozpaczałyście, że nie pójdziecie razem do szkoły średniej. - wspomniał tata. - Chociaż i tak na jedno wyszło, bo ty chodzisz do liceum.

- W pewnym sensie... - mruknęłam tonąc po raz kolejny w otchłani, zwanej wyobraźnią.

                                                                      ***
   Po skończonym posiłku pomogłam mamie przy zmywaniu naczyń, a następnie poszłam do pokoju. W międzyczasie pogodziłam się z bratem, zdążyłam coś narysować i poczytać. Chwilowo przerwałam lekturę, by nalać sobie soku. Spojrzałam na zegar i omal nie dostałam zawału ( tak, tego jeszcze by mi brakowało ). Była 14:53. Mam 7 minut!

- Lecę! - wydarłam się na całe mieszkanie. Nie zdążyłam nawet wziąć nowej bluzy, tylko jakiś stary sweter. No nic, teraz tylko modlę się by zdążyć...

*************************************************************************************************

No cóż. Mistrzostwo to nie było. W rozdziale nie wydarzyło się nic konkretnego, ale następne będą może ciekawsze. Mam nadzieję, że chociaż trochę się podobało, widzimy się niedługo ^^
( czyli za minimalnie tydzień xD )

Mezzoforte

PS Nie martwcie się, niedługo zrobię coś z tym ohydnym, niedopasowanym nagłówkiem :D


niedziela, 9 października 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 5

Hej!

Już jakiś czas zwlekałam notkę, ale jest możliwość, że blog nauczy mnie systematyczności. Poza tym jest jeszcze szkoła - kartkówki z francuskiego i te sprawy no więc...

Tak czy inaczej, zapraszam do czytania i komentowania ;)

Uprzedzam tylko, że ostatnio słowo się wydaję się mnie lubić, także będą powtórzenia. Niestety..

***********************************************************************************

    Przerażająca cisza i ciemność, a następnie oślepiające światło szpitalnych lamp. Nieciekawa rzeczywistość, prawda? Takie są właśnie realia. Prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie teraz co będzie dalej, lecz na priorytet stawiam... reakcję rodziny. Los pokarał mnie za to, że nie powiedziałam im wcześniej. Oni natomiast z niewyjaśnionych przyczyn wydają się być obrażeni, a ja i tak mam na nich zerowy wpływ. Dziwić się temu nie muszę, w końcu ileż można od ludzi wymagać? Jest mi doprawdy głupio, lecz mimowolnie staram się żyć, jakby nic takiego nie miało miejsca.

   Mój stan nieznacznie się poprawił, ale nadal jestem słaba i ledwo orientuję się w tym co robię. Nadzieję przynosi mi jedynie oczekiwanie na upragniony wypis. Poza tym ciągle dręczą mnie wyrzuty sumienia wraz z wszechobecną pustką. Podświadomie czuję na sobie spojrzenia przypadkowych ludzi, jakbym zrobiła coś złego. A zrobiłam.
Każdy wie, że zatajenie prawdy niesie ze sobą konsekwencje. Później następuje tak zwana ''cisza przed burzą'' , a potem strach pomyśleć...

    Moje postępowanie, można z ręką na sercu uznać za karygodne. Patrycja zapewne powiedziałaby mi, że znowu przesadzam i niepotrzebnie dramatyzuję, ale to nie głupoty, jakie robiłam kiedyś. To życie. Rzeczywistość. Rożna jak ludzkie serca.

    Siedzę więc w tym ponurym miejscu, narzekając co chwila na ''niezwykle wygodne łóżko''. Pielęgniarki próbują mi wmówić, że przebywam tu już cztery dni, a ja nie mogę im uwierzyć. Czas dłużył się w nieskończoność, sprawiając wrażenie czterech, ciężkich tygodni.

    Spojrzałam odruchowo na drzwi, oczekując wizyty kogokolwiek. Mama wyszła jakieś dwie godziny temu, gdyż musiała iść w końcu do pracy. Doskonale ją rozumiem, sama postąpiłabym podobnie. Wypis mam za trzy dni, lecz na wszelki wypadek spakowałam już do torby parę rzeczy.

                                                           ***

    Kolejne godziny spędziłam biernie - trochę czytałam, trochę leżałam, potem badania, a później - nuda. Był poniedziałek, 22 kwietnia, co oznaczało, że wolności doświadczę już w czwartek. Z jednej strony radość, z drugiej jednak analogicznie czeka mnie powrót do szkoły, a zarazem do NICH, ale o tym kiedy indziej.

   Bujałam tak w obłokach przez pewną chwilę wyobrażając sobie różne historie, które raczej nie będą miały miejsca. Wtem, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i moim oczom ukazał się jeden z lekarzy oddziału onkologicznego. Popatrzył lekceważąco, po czym przeszedł do konkretów:

- Ze względu na stan panienki zdrowia, opóźnimy wypis o 24 godziny. Chciałem tylko wspomnieć, że rodzice zostali już poinformowani.

To chyba jakieś żarty?! - pomyślałam 

- Przepraszam najmocniej, ale czy mogę prosić o jakiekolwiek słowa wyjaśnienia?

- Doktor Nowak niedługo przyjdzie. Nie możemy zwlekać z odbiorem wyników. - odparł obojętnie i wyszedł.

    Po chwili zjawił się Pan Nowak.

- Dzień dobry. - zaczęłam sympatycznie

- A dobry, dobry. Zależy dla kogo, hehe. Mam tu wyniki, szybko prawda? Proszę tylko nie panikować.

Treść karteczki  niewiele mi mówiła. Lekarz zabrał się do wyjaśnień;

- Masz o tyle szczęścia, że choroba jest w dosyć wczesnym stadium i nic nie jest osądzone.

Ucieszyły mnie te słowa, jednak moment później mina mi zrzedła.

- Niestety, ostatnie badania wykazały pewne nieprawidłowości w krwi. Komórki rakowe powielają się szybko. Jedyne co możemy zapewnić, to dofinansowaną chemioterapię, pozostałe metody są płatne. Jeżeli chemia nie pomoże - trzeba będzie podjąć inne kroki, by osłabić chorobę ale....

Mimowolnie zaczęłam drżeć. Tylko ciężkie łzy, kapiące na podłogę mogły dać upust moim uczuciom. Pan Nowak spieszył się najwidoczniej, gdyż na odchodne rzucił profilaktycznie;

- Tak więc no... Życzę panience zdrowia, proszę odpoczywać i unikać stresu.

Łatwo mówić...

Po tych słowach - wyszedł.

     Klapnęłam zmęczona na łóżko, analizując po kolei wszystko, co usłyszałam, Źle będzie żyć w strachu, lecz czasem po prostu ma tak być? W życiu napotykam wiele trudności, jednak dopiero teraz zrozumiałam pojęcie ludzkiego dramatu i zaczęłam iść pod górkę. Od dziecka uczono mnie, że każda krzywda, zostaje zwrócona i nie powstaje bez żadnego celu. Życie to ciągle układająca się historia - z nieznanym zakończeniem. Wspominając słodkie lata dzieciństwa, które odeszły w niepamięć, staję się coraz bardziej dorosła...

                                   ***
     Nadszedł dzień wypisu. Obudziłam się dziś wcześnie, by spakować pozostałe rzeczy. Przyjechał po mnie Robert, chwaląc się przy okazji zyskanymi prawami jazdy. Przykro było mi na niego spoglądać, wiec drogę spędziliśmy w grobowej ciszy. Chwilę później zajechaliśmy
pod blok. Robert uporczywie nalegał, by sam ponieść walizki. Zdziwiłam się nieco, lecz próbowałam tego nie okazywać. Weszliśmy po cichu do mieszkania, zostając w nim rodziców. Wyglądali na zamyślonych, jednak tata szybko zdał sobie sprawę z naszej obecności, po czym pobiegł do mnie i przytulił. Doznałam poczucia bezpieczeństwa i przerywając uścisk wydukałam ze skruchą:

- Przepraszam...

- Iwona, to już nie ma znaczenia. - westchnęła mama. - Czasu cofnąć się nie da. Jakoś z tego wybrniemy.... Obiecuję.

- Co tu obiecywać. - fuknął Robert idąc w stronę swojego pokoju.

Obrażony?

- Córeczko, wiesz że zawsze ci pomożemy? - zapytał tata nie zwracając uwagi na Roberta 

Uśmiechnęłam się lekko i zdjęłam te okropne okulary.

                                                        ***

    W celu zakończenia tego rozgardiaszu postanowiłam zaparzyć wszystkim herbatę. Mieliśmy ich całą kolekcję, więc miałam z czego wybierać. Po krótkim namyśle zdecydowałam się na zwykłą, rumiankową. Ukradkiem spojrzałam na ścienny zegar, który wskazywał godzinę dwunastą. W tym samym momencie rozchodziły się również donośne brzmienia kościelnych dzwonów. Zaniosłam wszystkim herbatę, usiadłam wygodnie na sofie i wsłuchiwałam się w ciszę. Nie było mi to jednak dane, gdyż  po chwili zostałam dosłownie zasypana natłokiem pytań o wiadomej tematyce. Nużyły mnie niesamowicie, ale koniec końców, odpowiedzieć wypadało.

- Wiecie co? Może zacznę od początku.

- Początek już znamy. - prychnął Robert

- Zapewniam cię, że nie masz o co się obrażać, bo twoja siostra przeżywa to bardziej, niż ci się może wydawać. Poza tym jesteś DOROSŁY, a momentami zachowaniem przypominasz dziecko. - skarciła go mama

Na te słowa przybrał twarz niewiniątka i spuścił głowę z zawstydzenia. 

- Wariat. - skwitowałam

- Kontynuuj... - ponaglał tata

- Jak wiadomo, od jakiegoś czasu jestem osłabiona i zdarzają mi się omdlenia. Z resztą - tę część już znacie. Ustaliliśmy więc, że zrobię profilaktyczne wyniki, by sprawdzić ewentualny niedobór witamin, lub Bóg wie co jeszcze. Było to 18 kwietnia, w rocznicę wypadku babci. Dostałam pewną karteczkę, która mnie ostatnio ''zdradziła''. Oddałam ją do opisu, a potem... się załamałam. Miałam w sobie blokadę, więc nie mogłam wam powiedzieć. Nie wtedy...
Szwendałam się po parku, mieście, aż wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę. Pojechałyśmy na cmentarz, poszłyśmy na spacer. Później to już wszystko wiadomo...

   Zapanowała cisza. Jedynym dźwiękiem ją zakłócającym było głośne tykanie zegara. Momentalnie przeszły mnie dreszcze. Z resztą - nie tylko mnie. Cała trójka siedziała zszokowana.

- Można jeszcze wspomnieć o jednej, bardzo ważnej sprawie. - przypomniał mi się doktor Nowak

- Mów.. - wyjąkała mama

- Parę dni przed wypisem był u mnie taki facet. Doktor Nowak, ma się rozumieć. Taki po sześćdziesiątce. Powiedział mi, że jestem we wczesnym stadium. Niestety... Rak krwi rozprzestrzenia się szybko. Chemię mi dofinansują, tylko co będzie jeżeli mi nie pomoże? Wolę nie wiedzieć...

- Chemia pomoże, a ja ci to gwarantuję! - zerwał się mój brat. - Wiesz głuptasku jak się o ciebie martwimy?! Nie pozwolę! Nie pozwolę byś cierpiała! Jeśli terapia nie zadziała... Mam odłożone pieniądze na studia, zawsze mogę z nich zrezygnować. Tak, tyle powinno wystarczyć.. Rozumiesz, siostra? Na naukę znajdzie się czas. Zdrowie jest ponad wszystko! 

- Nie, Robert. Nie zrezygnujesz przeze mnie z marzeń. - wychlipałam. - Po co podejmować pochopne decyzje?

- Iwcia, może twój brat ma rację? - wtrącił się tata. - Pomożemy ci, jak tylko się da, prawda Ado?

Mama skinęła głową. Nie mogłam tego słuchać.

- Robert, jesteś ambitny, a ja... Co wskóram? Ech... Zmieńmy temat, bo moje choróbsko jest dołujące.

                                                             ***
     Godziny płynęły bardzo szybko i nawet nie zorientowałam się, że nadszedł wieczór. Zmęczona dniem, pościeliłam łóżko, poszłam wziąć prysznic, aż nagle przypomniałam sobie o... Ewie. Chwyciłam komórkę, by wybrać jej numer... Odbierze?

- Halo?

- Ewka - marchewka! - zaśmiałam się. - Poznajesz mnie?

- A jakże IWONKO. O czym chcesz pogadać?

- Pomyślałam sobie, że możemy się spotkać. Może być o 15? Miejsca chyba nie muszę ci podawać?

- Nie musisz. Spotykamy się w lodziarni koło banku. A może by... - zaczęła obmyślać ''genialny plan.

- Wziąć Patrycję?! - zawołałyśmy chórem.

- Ty ją weź, bo jeszcze o mnie nie wie. - zachichotała tajemniczo.

- OK, jak się uda... To do zobaczenia.

- Pa.

    Odłożyłam telefon i położyłam się na łóżku. Zawsze kiedy czułam się samotna, lubiłam patrzeć na migoczące gwiazdy. Uspokajały mnie. Teraz jednak czułam się bezpieczna i zasnęłam niebawem z uśmiechem na twarzy...


*************************************************************************************************

I jak? Ja w sumie aż sama boję się tego czytać xD. Nie bijcie mnie za to, że nie umiem prowadzić dialogów, może kiedyś ( w odległej przyszłości ) się wreszcie nauczę :D
Następny rozdział powinien pojawić się za tydzień także mam nadzieję, że się podobało i do zobaczenia ( ?! ) za tydzień.

Mezzoforte

PS To opowiadanie jest w 100% pozbawione logiki. Może ktoś wytrzyma do końca...