piątek, 31 marca 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 14

Привет!

Wracam po tymczasowej nieobecności! Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak zmęczona szkołą. Serio. Ostatnio cały czas musimy coś robić i ledwo zipię, ale jestem :D
Jakiś czas temu znalazłam w rozdziale drugim okropny błąd merytoryczny, który zaraz poprawiłam. W sumie nawet i dobrze, że nikt nie zauważył xD Byłoby nieźle...

Merytoryka w tym opowiadaniu w ogóle kuleje, co dotyczy również tego rozdziału. Pomimo paru błędów, których nie byłam w stanie poprawić - jestem całkiem zadowolona.
Całość jest okropnie przekombinowana i wielokrotnie poprawiana, chyba najbardziej ze wszystkich części. Parę fragmentów musiałam usunąć, w sumie z różnych powodów, a i tak nawiązałam do pewnej ideologii. Nie wiem, czy ktoś zauważy, błagam NIE!

Coś chyba za bardzo się rozpisałam, no cóż... Życzę miłego czytania!




***********************************************************************************

   Otworzyłam oczy i parę sekund zajęło mi zrozumienie, gdzie właśnie się znajduję. Odwróciłam się na drugi bok, próbując spać dalej, jednak głośny śpiew ptaków w znacznym stopniu mi to utrudniał. Niechętnie wstałam z łóżka i usiadłam na mało wygodnym krześle, stojącym obok biurka.  Po paru minutach znudziło mi się jednak bezczynne siedzenie w miejscu, więc zaczęłam myśleć o innym, bardziej interesującym zajęciu. Wtedy właśnie zdecydowałam, że pomimo późnego rana pójdę jeszcze poleżeć… i przemyśleć to i owo. A jak najbardziej miałam o czym.

        Usiadłam ponownie na miękkiej pościeli. Czasami po prostu pragnęłam mieć dla siebie tę jedyną, chociażby krótką chwilkę, kiedy choć raz nie będę myślała wyłącznie o problemach, bo przecież świat nie może składać się tylko z trosk i zmartwień. Chyba po prostu zatracając się w wewnętrznym pesymizmie, trudno dostrzec jakiekolwiek dobre strony. Tylko czy aby na pewno? Niemożliwe, bym zmarnowała większość życia snując głupie przypuszczenia i domysły, które i tak na nic się nie przydały.  Głupie pytania, po co ja tu w ogóle jestem. A przecież wiem! Wiem doskonale… Będąc mimo tego wiecznie smutna i przygnębiona.

      Od ostatniej chemii minęły już prawie dwa  tygodnie, a przynajmniej wywnioskowałam to z wiszącego na ścianie kalendarza. Był sobotni poranek, 18 maja. Wyjrzałam od niechcenia przez okno. Już o tej godzinie na podwórku szalało mnóstwo dzieci, co spowodowała niewątpliwie dość wysoka temperatura i praktycznie bezchmurne niebo. Przy takiej pogodzie aż dziwnie byłoby nie wyjść z domu. Pomimo tego, nie miałam zamiaru wychodzić. Wolałam być ostrożna ze względu na moje niedawne bóle głowy i nienajlepsze zdrowie.

     Ostatnie dni upłynęły mi przede wszystkim na samotności. Rodzice jak i sam Robert wielokrotnie próbowali nawiązać ze mną jakąkolwiek rozmowę, lecz ja… Byłam jakaś obojętna. Na każdego i na wszystko. Najgorsze jest to, że świadomie sprawiałam im przykrość. Zaczynam się powoli zastanawiać, czy aby na  pewno nie zaczynam myśleć tylko o sobie. Ale chyba tak nie jest, skoro przynajmniej zdobyłam się na kontakt z Ewą, Jankiem, czy nawet Patrycją. Bo wbrew pozorom nie opuściła mnie zupełnie. Tak czy owak, nie czuję się prze to samotna.

      Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie : „co tak właściwie się ze mną dzieje”? Lub nawet stało. Najgorsze dni potrafiły ciągnąć się jak guma do żucia, a i tak podczas niezliczonych chandr nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Co jest przyczyną? Oczywiście chemia. Paskudna chemia, która zaczyna wysysać ze mnie życie, pomimo świadomości, że to dopiero początek, a kolejny raz odwiedzę szpital prawdopodobnie pod koniec czerwca. I nie ma w tym słów przesady.

       Na razie moje zdrowie nie ucierpiało w zbyt znacznym stopniu. Mdlałam co prawda o wiele częściej niż na początku, lecz ku mojej uciesze nie straciłam zupełnie włosów. Któregoś dnia próbowałam rozczesać niezliczone kołtuny  i właśnie wtedy przeraziłam się najbardziej. Na szczotce zostało ich sporo. Nie wiem co mnie wówczas naszło, ale po tym zdarzeniu pobiegłam do salonu i do późnego popołudnia rozmawiałam z rodzicami, jakby w ramach zadośćuczynienia za ostatnie okresy apatii. Chyba już zupełnie wariuję…

         Wspominając wcale nie tak dawny, piąty dzień maja, szczególnie utkwił mi w pamięci obraz tej dziewczynki, którą zobaczyłam w szpitalu. Ciekawe jak się miewa? Chociaż skąd ja mogę to wiedzieć? Bóg jeden wie, co z nią będzie. Po głowie chodziły mi również słowa Janka, teraz wydające się być tak pamiętne i odległe. „Cholerna duma.” Co to niby miało mieć na celu? Co chciał przez to udowodnić?

      Najwyraźniej uznał, że powód doskonale znam. I taka też jest prawda, do której doszłam dopiero po głębszej analizie.

     Jak się czuje człowiek nazwany „dumnym”. To zupełnie tak samo, jakby druga osoba właśnie oceniała twoje ego. A może to prawda? Może niepotrzebnie myślę tyle o sobie, kiedy ludzie mają większe problemy. Bo przecież gdzieś tam, daleko na świecie toczą się wojny, ludzie walczą między sobą, tracą swoje rodziny i bliskich… Czy to powód, by rozpaczać z powodu głupiej choroby, którą najprawdopodobniej da się wyleczyć? I tak, i nie… Sam lekarz mówił, że jednego dnia wszystko wydaje się w porządku, a później może nastąpić taki czas, kiedy już nic nie będzie w stanie mi pomóc. Okropne, prawda?

      Ta sytuacja przypomniała mi o moich koszmarnych przeżyciach z dzieciństwa, gdy zawsze bałam się śmierci we śnie i możliwości, że nie ujrzę już kolejnego dnia. Pewnego razu powiedziałam nawet o tym rodzicom i od tego czasu codziennie spałam z zapaloną lampką, która dawała mi pewne poczucie bezpieczeństwa. Gdy odcinali nam prąd, (co w ubiegłej dekadzie zdarzało się dość często) chcąc nie chcąc musiałam zasypiać przy świeczce. Tego bałam się jeszcze bardziej.


- I na dodatek okropnie pachniała jaśminem. – powiedziałam niespodziewanie do siebie, co wywołało na mojej twarzy delikatny uśmiech.


- Nigdy nie lubiłam tego zapachu… - dodałam po chwili.


                                                                 ***

      Przedwczoraj przyszła do mnie z wizytą Patrycja. Tym razem bardzo chciałam się z nią zobaczyć, gdyż podobnie jak ja miała ostatnio „spotkanie” ze szpitalem. Tyle że w jej wypadku usuwali jej wyrostek robaczkowy, a to z kolei nic szczególnie strasznego. Obie przez pewien czas byłyśmy uziemione, więc gdy przyszła okazja i możliwość – z przyjemnością ją zaprosiłam. Miała nieco gorszy humor niż ostatnio, jednak wspólną rozmową zapomniałyśmy chwilowo o… wszystkim.

      Nieustannie dręczyła mnie myśl, czy Patrycja wie o przyjeździe Ewy. Odkąd przestała rozmawiać z Jankiem, straciła cenne źródło informacji. On zawsze wie o wszystkim.


- Wiesz o przyjeździe Ewy? – zapytałam w pewnym momencie. Próbowałam tym samym zmienić nieco temat, bo rozmowa zeszła na mniej lubiane przeze mnie tematy, a mianowicie szkołę do której z resztą od wtorku wróciłam.


- Oczywiście, że wiem. Janek mi powiedział…


Och, czyli jednak z nim czasem rozmawia.


- Niestety, nie miałyśmy okazji się spotkać. – ciągnęła dalej. – Nie mam nawet jej numeru telefonu. Z resztą i tak byłoby to niepraktyczne, bo nie mam komórki, a rodzice rzadko pozwalają mi korzystać ze stacjonarnego. A w tych czasach już przecież tylu ludzi ma własny telefon!


- Komputer także. – odparłam po chwili zastanowienia. – Dużo moich znajomych ma już komputer i takie śmieszne konsole z dziwnymi gierkami.


- Tak! – niemalże weszła mi w słowo. – Piotrek ma takie coś, mówił, że dostał z Rosji. Czasami daje mi w to popstrykać, ale strasznie szybko mi się nudzi. Za to on ją uwielbia.

      Nudziła mnie już powoli ta rozmowa, jednak na szczęście po moim wyrazie twarzy nie było tego specjalnie widać. Wolałam poruszać inne tematy niż współczesne technologie. Już sama nie wiem, co sądzić o ich nagłym postępie, którego wzrost w najbliższych latach jest nieunikniony. Mi do życia wystarczy tylko komórka do bycia w kontakcie i nic poza tym. Kiedyś postępowość była jeszcze znośna, a przynajmniej przynosiła to, co potrzebne. Teraz, kiedy ludziom jest za dobrze, wymyślają coraz to większe głupoty.

       Na dodatek musiała wspomnieć o Piotrku… Człowieku, którego mogłabym określić mianem hipokryty, prostaka. Nie mam nic przeciwko tej znajomości, absolutnie nic, tylko dość tego, że Patrycja raz jest, a raz jej nie ma. Znam ludzi na tyle dobrze, że wiem co mówię. Albo nie, w ogóle ich nie znam. Ludzi za trudno zrozumieć. Każdy jest inny, ma swój charakter, poglądy, upodobania. Każdy rozumie różnie rzeczy na swój, własny sposób. Świadomość istnienia miliardów pokrewnych, a jednak różniących się od siebie dusz jest piękna. A mimo to światem rządzi hipokryzja, fałszywość i dwulicowość. Kto wie, czy na przykład droga nam osoba nie chowa w sercu ogromnego cierpienia, które zasłania uśmiechem przyklejonym do twarzy? Może niekiedy po prostu sprawiają wrażenie szczęśliwych po to, by nie pokazywać prawdziwego oblicza świata…

       Pomyślałam o Ewie. Wnet zrobiło mi się jej przykro z powodu mojej durnej hipokryzji, której przecież tak bardzo w ludziach nienawidzę. Ona sama przeszła niemało, dlatego właśnie wróciła do Warszawy. Chyba już nigdy mi nie zaufa, jeżeli prędzej czy później o wszystkim się dowie. Chciałabym mieć prawdziwą przyjaciółkę. Taką od serca, jak Ania Shirley z Dianą. Bez żadnych kłamstw, przekrętów. Z drugiej strony, to tak, jakbym nagle przestać słuchać wewnętrznego głosu, pełnego niesłuszności. Ach, najlepiej w ogóle niczego nie słuchać!

       Rozmowa z Patrycją zeszła na inne tematy, co koniec końców z powrotem przypomniało mi o… wszystkim. Pytała mnie głównie o chemię, jak się to robi, a ja z o wiele mniejszym entuzjazmem, grzecznie odpowiadałam na wszystkie pytania. Dochodzę do wniosku, że powinnam zacząć doceniać moją rudowłosą wariatkę…


- Jak z twoimi włosami? – zaciekawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. – Nie widzę, by ci zbytnio wypadły, mam rację?


- Nie wypadły, ale są strasznie słabe. – westchnęłam. – Chyba nawet je podetnę. Przynajmniej trochę.


- Tak, to chyba lepsze niż ich brak. Krótsze włosy będą mocniejsze. – mówiła w taki sposób, jakby białaczka stanowiła zwykłą, szarą codzienność. Jakby każdy znajdował się w takiej sytuacji. To może nawet dobrze, bo przynajmniej nie użala się nad moją sytuacją niepotrzebnie i prostu idzie do przodu. Z dnia na dzień będzie przecież coraz trudniej, więc co, jeżeli zwyczajnie zatrzymam się w miejscu i nie postawię już kolejnego kroku?

         Męczyła mnie powoli rozmowa z Patrycją. Doceniam jej starania, lecz z czasem zaczynam rozumieć, że nie tylko na tym przyjaźń polega. Już nawet w szkole spotykamy się rzadko. Rzadko rozmawiamy, rzadko spacerujemy po korytarzach… Kiedyś tak nie było. Chociaż nie mogę porównywać tamtych czasów do teraźniejszości. Wtedy byłam dzieckiem. Dziś jestem o dwa kroki od dorosłości.

       Czy jednak dwa małe kroki mogą cokolwiek znaczyć? Dnia, kiedy obudzę się jako osiemnastolatka nie zmieni się nic. Dojrzałość wygląda inaczej.


                                                                     ***


       W mgnieniu oka, znów powróciłam do świata żywych. Patrycja była u mnie przedwczoraj, 16 maja. Od tamtego czasu nie dzwoniłyśmy do siebie. Wszelki kontakt praktycznie zanikł. Od czasu do czasu dostaję tylko SMS- y od Janka, czy Ewy, a poza tym cisza. Z resztą klasy nawet nie rozmawiam i w najbliższej przyszłości nie planuję tego zmienić. Zaczyna wychodzić na to, że moje własne towarzystwo odpowiada mi najbardziej. Melancholijna natura izoluje mnie od ludzi, a niektórzy uważają to za złe. A człowiek w życiu pragnie być przecież szczęśliwym. Nieważne, czy żyjąc w oparciu o zasady, czy będąc wolnym jak ptak. Szczęście to szczęście. Każdy do niego dąży.

      Przez zasłony przedostawało się coraz więcej światła, a to znak, że powinnam już wstawać. Właśnie zrozumiałam jak bardzo można być zmęczonym od samego leżenia. Tylko że w moje leniuchowanie wchodzą jeszcze myśli różnego typu. A tych się pozbyć nie mogę. Mamę bardzo kiedyś bawiły moje chwile zadumy i rozmyślań. Zawsze sądziła, iż łatwiej o szczęście nie analizując wszystkiego tak szczegółowo, jak robię to ja. Droga do szczęścia nie musi być przecież aż taka zawiła i kręta, prawda? Ale może.

      Z każdą nastającą chwilą zyskiwałam wrażenie, że zaraz odpłynę. Że rzeczywistość ma się nijak do moich prawdziwych odczuć. To źle, iż właśnie tak trudnych życiowo momentach odcinam się od świata zewnętrznego. Sprawiam ludziom przykrość, a zwłaszcza najbliższym. Dopiero teraz to pojęłam. Rodzice robią co w ich mocy, bym mogła wyzdrowieć. Robert tak samo. Kocham go, jako brata i mam w nim wsparcie. Teraz nie mogę tego zmienić. Nie mogę tego zepsuć. Nie chcę przez taką głupotę stracić najważniejszych mi osób. Zbyt mi na nich zależy…

        Przez tę chwilę znacznie posmutniałam, jednak nie trwało to długo. Wszystko, co przychodziło mi do głowy było olśnieniem, chęcią zmiany na lepsze. Moje myśli przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Kątem oka zerknęłam na nie i zauważyłam postać mojej mamy. Odświeżyła kolor włosów, dlatego wyglądała nieco młodziej niż zawsze. Jej twarz błyszczała szczęściem i radością. Zdziwiło mnie to, a jednocześnie podniosło na duchu. Dawno się tak nie uśmiechała. Tak szczerze, prawdziwie.

       Bez słowa usiadła na brzegu łóżka i przytuliła mnie mocno. Nie protestowałam, bo już dość miałam robienia dobrej miny do złej gry. Udawania silnej, kiedy nie może być gorzej. Wreszcie poczucie bezpieczeństwa wypełniło mą duszę. Przypominałam wówczas małą, bezbronną dziewczynkę. Całym sercem pragnęłam, by mama nie miała mi za złe ostatniego zachowania.


- Cześć, Iwcia. – uśmiechnęła się sympatycznie. – Spodziewałam się, że już nie śpisz. Zawsze wstajesz późno pomimo wczesnej pobudki.


Miała rację. Swoich przyzwyczajeń nie zmienię.


- Odsłoń te rolety! Jest tu strasznie ciemno. – zauważyła po chwili. Bez mojej zgody podwinęła je, na co przymknęłam oczy, oślepiona blaskiem promieni słonecznych. Fakt, pogoda była piękna. Za piękna, by zostawać w jednym miejscu.


Mama jakby słysząc moje myśli oznajmiła ze spokojem:


- Dlatego właśnie zamierzamy pojechać na działkę. Jest sobota, a i tak nie mamy nic do roboty. Co ty na to?

    
          Dzisiejszego poranka nie bolała mnie głowa, a mdlałam ostatnio… przedwczoraj. Jeżeli nadchodzi okazja, właściwie czemu nie? Choć znając moją mamę i tak zadecydowałaby o wszystkim za mnie. Gdyby nie stawiała na swoim, z pewnością  opuściłabym w życiu jeszcze więcej wspaniałych chwil. Poza tym… Kiedy ostatnio byłam w ogóle na naszej działce? Od tamtego czasu musiały minąć całe wieki…

          Kupiliśmy ją blisko sześć lat temu, kiedy kończyłam trzecią klasę podstawówki. Pamiętam, że po zakończeniu roku spędziliśmy na niej cały dzień, a wówczas stało tam zaledwie parę krzeseł, stara ławka pożyczona od znajomych taty i altanka. Dwa lata później, chodziłam tam już prawie codziennie, kiedy tylko największe upały zwiastowały koniec roku. Odkryłam wraz z bratem pobliski staw, gdzie łowiliśmy razem ryby. Nie godzinę, nie dwie… Czasami potrafiliśmy przesiadywać nad wodą nawet pół dnia. Swego czasu byłam dobrą wędkarką, a tata  jedyną osobą, z którą mogłam konkurować. Często chwalił mnie za złowione ryby. Dla takiego dziecka, jakim byłam wtedy ja, stanowiło to naprawdę sporą pochwałę.

         Wieczorami przesiadywałam przy altanie i rozkoszowałam się cudowną aurą lata oraz urokiem względnej samotności. Dlaczego względnej? Dwa kilometry od działki mieściła się mała kawiarenka, do której lubili chodzić zarówno moi rodzice, jaki i Robert. Ja wolałam mieć dla siebie chwilę samotności, niż czepiać się do nich niczym rzep. Co jakiś czas należał mi się odpoczynek od zgiełku, prawda?

         Myśl, że mogłabym się tam dziś znaleźć przepełniła mnie ogromną radością. Rosły tam nawet bzy, które tak uwielbiam. Rozmowa z ciocią Ewy uświadomiła mi pewną, ważną rzecz. W takim wieku powinnam żyć z całych sił, czyli zupełnie inaczej, niż do tej pory. Dziwne, że dopiero teraz to zrozumiałam.


- Działka? – zapytałam wyrwana z sentymentalnych rozmyślań. – Świetnie, możemy pojechać, o ile znowu nie zasłabnę. Słońce chyba nie może mieć na to wpływu?


- Nie, oczywiście, że nie. Słońce wraz ze świeżym powietrzem nawet dobrze ci zrobi, a nawet jeżeli poczujesz się słabo – zawsze możesz pójść do cienia. Choć i w nim jest strasznie ciepło. – zwieńczyła krótko wypowiedź, po czym jej uśmiech znikł. Rozpłynął się w powietrzu. Prysnął, jak bańka mydlana. Możliwe, że pojawiły się u niej jakieś wątpliwości. I możliwe, że ich powodem byłam ja…


- Wszystko w porządku? Posmutniałaś jakoś. – zauważyłam.


- Nie tyle co posmutniałam, a martwię się tobą, Iwonka. Mam ostatnio wrażenie, iż zaczynasz wątpić w naszą troskę o ciebie. Od czasu diagnozy jesteśmy zdruzgotani, to fakt. Tego nie potrafimy ukryć. – spojrzała na mnie ponuro. – Ale dobrze wiesz, jak bardzo jesteś dla nas ważna. Nie wyłączając Roberta. Praktycznie całkowicie ufundowana chemioterapia jest i tak dużym sukcesem. Wielu ludzi nie ma takiego szczęścia. Tak przynajmniej mówił lekarz. Ja tymczasem wcale nie mam zamiaru się od ciebie odwracać. Nic z tych rzeczy! To dla nas wszystkich szczególnie ciężki czas. Właśnie dlatego nie możemy poddać się bez walki…


- Każdy tak mówi, mamo. – przerwałam jej w połowie zdania. – Każdy myśli, że jeśli powie parę motywujących słów, wszystko będzie dobrze. Dobrze, czyli tak jak dawniej. A tak nie jest. Mowa o walce, niepoddawaniu się i innych głupotach, przygnębia jeszcze bardziej. Wiesz jak jest. Lekarze dają mi szanse, a ja mimo wszystko cały czas mam złe przeczucia. Z resztą – oni chyba w to nie wierzą. Takie myśli nie dają mi spokoju. Nawet nocą walczę z ciągłym strachem, co będzie dalej. Mam dość, mamo. Mam po prostu dość…


Obserwowała mnie przez chwilę, by powiedzieć w końcu spokojnym głosem:


- Iwona… Ja… Doskonale cię rozumiem. Jestem twoją matką, a matki najlepiej rozumieją uczucia swoich dzieci. Popatrz na sytuację z innej perspektywy. Zawsze od razu zakładasz najgorsze, mieszasz w to nawet lekarzy. – zaśmiała się. – Zawsze, bez wyjątku. Ale kiedyś przyjdzie ci dorosnąć, a wiem co mówię, bo po prostu nie wierzę, by Bóg mógł cię nam odebrać. Jeżeli kiedykolwiek napotkasz trudności w swoim życiu, będą o wiele gorsze niż sądzisz. W krytycznych sytuacjach, możesz liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Taka jest niestety prawda. Optymizm w tym wypadku służy jako ostoja. Pociecha. Pogoda ducha to taka rzecz, które przekonuje cię o istnieniu innych, wspaniałych rzeczy. Takich, które pomimo zachmurzonego nieba, ukazują chociaż skrawek jego błękitu…


- Mówisz zupełnie jako ciocia Ewy. Tak samo analizujesz i postrzegasz świat. Nie rozumiem.


- Ach, Monika! Znam ją, kiedyś się przyjaźniłyśmy. Ale żeby mówić tak samo? Wątpię.


Wszystko jasne!


- Nie wiedziałam, że ją znasz. Chociaż to dosyć prawdopodobne,  ze względu na Ewę.


- Uważasz, iż obie filozofujemy? – spytała rozbawiona.


- Nie no. – parsknęłam śmiechem. – Ostatnia rozmowa z nią dała mi dużo do myślenia. Tak jakbym przez cały wcześniejszy czas była zaślepiona.


- Wybacz, ale moim zdaniem rozmowa z panią Moniką niewiele wniosła. Mówisz o jednym, a robisz drugie. Nie jest lepiej i ja to widzę.


- Co więc zrobić, żeby było?


- Dokładnie to, o czym mówiłam. A teraz wstawaj z łóżka, bo za dwie godziny jedziemy. I przestań się w końcu martwić.


                                                                ***


         Spakowałam szybko to, co było potrzebne i mogłam śmiało rzecz, że jestem praktycznie gotowa. Narzuciłam jeszcze jakąś starą, przykrótką bluzę i rozpuściłam włosy, by mogły mi swobodnie opadać na ramiona i plecy. Patrycja miała rację, powinnam je skrócić chociażby o połowę. Trzeba tylko odpędzić jakoś też żal za nimi i… iść do przodu.

        Oprócz nas jechała także Martynka, gdyż ze względu na nieoczekiwany wyjazd pani Doroty, musieliśmy się nią zaopiekować. Mała nie sprawiała problemów, wręcz przeciwnie – z chęcią uznała, że koniecznie pojedzie z nami i pobawi się z „Iwonką”. I jak tu jej nie lubić?


- Jak my się upchamy do malucha? – zirytował się tata, gdy zrozumiał jakie mogą być z tym problemy.


- Iwona może pójść do bagażnika, my z Martynką usiądziemy z tyłu. – zażartował Robert. Przed oczami przeleciał mi jego obraz, jako dziewięcioletniego chłopca o łobuzerskim uśmiechu i roześmianych oczach. Czasami zapominałam, że jestem od niego młodsza. Dziwnie być dorosłym na zewnątrz, a dzieckiem w środku i odwrotnie. To cecha nieakceptowana przez wielu ludzi. Nie sztuką jest ocenić człowieka po pozorach, lecz zajrzeć w głąb serca – robi dużą różnicę.

        Jazda nie trwała długo, na co odetchnęłam z ulgą, bo w samochodzie było  wyjątkowo ciasno. Czas chyba kupić nowe auto, o czym mama wielokrotnie już wspominała. Ale gdzie tam! Tradycja to tradycja. A powiadają, że ja jestem sentymentalna i zależy mi na drobnostkach…

       Działka jak zawsze wyglądała pięknie. Zewsząd dobiegał zapach bzu, innych kwiatów i świeżego powietrza. Przysiadłam na ławce, koło niewielkiego oczka wodnego. Nawet mój nastrój uległ jakiejś zmianie. A czemuż to?

No cóż, mówią, że raz na wozie, raz pod wozem. Chyba nawet zaczynam w to wierzyć…

***********************************************************************************

To jest właśnie to. Wyszło nawet w porządku.

Tak w ogóle, to mam pytanie:

Co, jeżeli była taka rzecz, która istniała przez pewien czas, a o swoim bycie dała znać dopiero dużo czasu po powstaniu i czy w związku z tym ma jakąkolwiek ważność, czy to tylko pusta informacja? Bo jeżeli była, a nie miała sensu w swojej treści powinna być bezwartościowa.

Tak, jestem normalna, ale to jest głębokie nawiązanie do CZEGOŚ i nie daje mi spokoju. Nie wiem, może ktoś się domyśli :D

Także ja kończę, bo już chyba zmęczenie po tygodniu robi swoje.

Mezzoforte

niedziela, 26 lutego 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 13

Hejka!

Ta oto notka, jak łatwo zauważyć jest pierwszą i ostatnią notka w tym miesiącu :D
Początek pisałam w hotelu, kiedy byłam na wyjeździe, ale akurat ta część wyszła nawet dobrze. Jest parę powtórzeń, no ale cóż...
W ogóle jestem strasznie zdołowana, bo ferie mi się kończą i już jutro przyjdzie mi ujrzeć moją UKOCHANĄ szkołę, UKOCHANĄ klasę i całe to otoczenie, ble...

To ja nie przeciągam, zapraszam do czytania i komentowania.

I jeszcze oczywiście piosenka, która ostatnio dosyć często mi towarzyszy ;) Też lubicie taką muzykę?




***********************************************************************************

     Życie w szczególny sposób lubi nas zaskakiwać. Choć w dużej mierze kowalami swojego losu jesteśmy my sami. Jednak człowiekiem rządzą również zdarzenia wyższe  i niezależne od jego woli. Nikt nie planuje swoich chorób. Nikt nie planuje nieszczęścia, bólu, czy cierpienia. Mimo to jesteśmy ofiarami tej życiowej złośliwości. Takiej, która przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, gdy stajesz przy rozwidleniu drogi, wiodącej na twoje dalsze losy. Stojąc przed taką drogą trzeba podejmować  ważne, a niekiedy trudne decyzje. Tak wygląda młodość… Piękna i radosna, a niekiedy gorzka i ciężka do przetrwania. Początkowo chcemy, by minęła szybko, lub zniknęła na zawsze. Cóż jednak po tym, skoro ludzie to głupcy? Zwyczajni głupcy. Dopiero później jesteśmy w stanie zebrać wszystkie myśli, ułożyć odkładane sprawy. A wtedy? Wtedy młodość upływa. Tracimy rachubę czasu, zatrzymując się na chwilę w czasoprzestrzeni, marnując wszystko. Wszystko. Co może w sobie kryć takie słowo jak wszystko? Całe życie, cały swój czas tracimy na poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie. Następuje zaskoczenie. Bo przecież będąc młodym, właśnie tyle mogliśmy mieć. Kartki kalendarza przewracają się jednak szybko, a my chcemy po prostu stracić i zaprzepaścić te najpiękniejsze chwile. Będąc młodzi, dysponujemy ogromną liczbą czasu. To jest… wspaniałe.

      Mam 16 lat i całe życie przed sobą. Jednak co jeżeli tak naprawdę się mylę? To co mnie spotkało, rzeczywiście może być wyjściem na prostą w dowolnej tego słowa interpretacji…

                                                                       ***

     Kroczyłam nieśmiało za ojcem, raz po raz potykając się o wystające płyty chodnikowe. Słońce raziło mnie w oczy, a na niebie nie było najmniejszego obłoczka. Nie dopuszczałam do swoich wiadomości, jak ważne wydarzenie ma niedługo nastąpić. Wszystko, co napotykałam na swojej drodze zaczęło mnie ostatnio zaskakiwać. Zaskakujące, iż w tak krótkim czasie, życie potrafi obrócić się o 180 stopni i nabrać ponurych, szarych barw. Zupełnie jak w przedwojennym, monochromatycznym filmie. A może nawet gorzej.

      Szpital ulokowany był przy lesie. Wśród mnóstwa drzew czułam się jakoś pewniej. Jedność z naturą, czy mogę to tak nazwać…? Przez rozłożyste korony, słońce ledwo zdołało się przebić, przez co atmosfera była dość niepewna, co jednak było tylko czymś na kształt iluzji. Nie miałam pojęcia czego oczekiwać. Podświadomość podrzucała mi tyle różnych scenariuszy, tyle rozwiązań, że wszystkie wątpliwości potęgowały się jeszcze bardziej. Co może świadczyć o tak dużej ilości zwątpienia? Chaos czy mój młody wiek?

       Stanęłam na pierwszym stopniu schodów, prowadzących do budynku. Wiatr rozwiewał mi burzę ciemnych, prostych włosów, a pojedyncze kosmyki leciały mi na oczy. Póki co, cieszę się, iż w ogóle jeszcze je mam. Trudno by rzec,
jak bardzo moje życie zmieni się po chemioterapii. Czy wszystko nadal będzie takie samo? Czy moje zdrowie strasznie na tym ucierpi? Nie chciałabym zmian. W życiu nie ma sensu niczego zmieniać. Dlatego więc wolę, by róża pozostała różą, a ja, Iwona – zwykłą szesnastolatką o ciemnych włosach i brązowych oczach.

    W  środku było niepokojąco jasno, przez co zaraz po wejściu poczułam się wręcz oszołomiona okropnym blaskiem lamp. Wokół kręciło się również wielu ludzi – zdecydowanie za dużo… Chcąc uniknąć ich wzroku, obserwowałam przez okno drzewo z siedzącymi na nim ptakami oraz nieco zeschłe paprocie ustawione na parapetach. Usiadłam na krześle przy samym wyjściu i zaczekałam na tatę, który poszedł coś załatwić. Obecna sytuacja niezmiernie mnie przytłaczała. Właściwie to nigdy nie obchodziły mnie takie sprawy. Spotykając ludzi w podobnej sytuacji w jakiej jestem teraz, nie potrafiłam im współczuć, myśleć tak jak oni. Zawsze pocieszałam się myślą, że przynajmniej mnie nie spotkało nieszczęście. Strasznie tego żałuję! W każdym momencie mojego i tak krótkiego życia mogłam poszerzyć swoją wiedzę na temat nowotworów. Pięknie jest pomagać ludziom, tylko skąd niektórzy biorą w sobie tyle empatii, tyle współczucia, by nieść tę pomoc innym? Każde wsparcie jest wspaniałe. Jeszcze niedawno nie potrafiłabym tego zrozumieć. Dlaczego człowiek zaczyna wszystko pojmować dopiero wtedy, kiedy jest już za późno? Zrzuciłabym winę na złą, ludzką naturę, tylko po co? Przyczyna jest mi doskonale znana…

      Gdy tata wrócił, oboje skierowaliśmy się wolnym krokiem w stronę gabinetu lekarza ogólnego po skierowanie na pierwszą serię chemii. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz. I to porządny. Mimo tego nie miałam siły płakać. Póki nie przejdzie mi szok, z pewnością nie uronię ani jednej łzy.

     Lekarz wypisał nam na szybko skierowanie i już po kilkunastu minutach czekaliśmy w długiej kolejce na oddziale onkologicznym. Widok tych wszystkich ludzi był dobijający. Co najgorsze, dużą część z nich stanowiły dzieci. Szczególną uwagę przykuwała pewna dziewczynka, mogła mieć co najwyżej sześć lat. Siedziała tu sama ze spuszczoną głową, na której nosiła chustę. Wyglądała mizernie. Wiedziała już, co się święci. Mimo tego wszystkiego, mimo spuszczonej głowy wydawała się być dzielna. Samotna, przerażona, ale niezwykle dzielna. Rak jest dla dziecka jeszcze bardziej traumatycznym przeżyciem niż dla starszej osoby. Choć właściwie, dzieci nie do końca rozumieją swój stan. Nie mają szerokiego pojęcia o śmierci. Dlatego właśnie mają w sobie o wiele więcej optymizmu od dorosłych i z tym na pewno jest im łatwiej pokonać trud i strach.

      Minęło trochę czasu, zanim do dziewczynki wróciła matka. A przynajmniej wydawała mi się jej matką do czasu, aż mała zwróciła się do niej per „pani”. Kobieta odpowiadała jej obojętnym i pełnym chodu tonem. Większość dzieci czułaby się nieswojo w obecności takiej osoby.  Ale nie ona. Widocznie musiała przeżyć zbyt wiele, by przejmować się czyjąś zgorzkniałością. To wszystko świadczyło o tym, że jest wychowanką domu dziecka. Jeszcze gorzej…

     Wyprostowałam się i kątem oka obserwowałam pozostałych ludzi. W kolejce  nie brakło kobiet, czy mężczyzn w podeszłym wieku oraz innych maluchów, bawiących się w specjalnym kąciku. Niektórzy byli tu zapewne stałymi bywalcami, a niektórzy czekali po raz pierwszy. Jak na złość, nie zauważyłam żadnej osoby w moim wieku, a to podziałało na mnie jeszcze gorzej. Możliwe, że w równie dużym stopniu co przerażające treści plakatów, poprzypinanych na korkowych tablicach.

      Gdy powoli zbliżała się moja kolej, serce zaczęło mi łomotać tak mocno, że potrzebowałam spaceru, aby się uspokoić. Tata stanowczo zakazał mi tego, tłumacząc coś, czego w ogóle nie rozumiałam.  Stres jednak rósł z sekundy na sekundę, więc stwierdziłam, że poszukam jakiegoś baniaczka z wodą, by nalać jej trochę do kubka. Takie coś widziałam na końcu korytarza prostopadłego do tego, w którym się znajdowałam. Podbiegłam tam i jakimś cudem chłodna ciecz złagodziła mój stres. Choć tabletki przyniosłyby zapewne lepszy efekt.

    Wyrzuciłam kubek i już zamierzałam wracać, gdy z oddali zobaczyłam znajomą mi twarz. Widząc Janka, zachciało mi się śmiać. Nie wiem, co mnie tak rozbawiło… Może jego koszula w paski? Tak czy inaczej, ogromnie mnie zaskoczył, bo nie mówiłam mu o dzisiejszej… wizycie.


- Skąd się tu wziąłeś? – zaśmiałam się lekko, gdy do mnie podbiegł. – I w ogóle jakim cudem dowiedziałeś się, że tu jestem?


- Wtedy u Ewy… Wyszłaś niespodziewanie, więc pomyślałem : „Chyba coś przegapiłem…”. Spytałem o to panią Monikę i powiedziała mi… - urwał, jak zobaczył mój wyraz twarzy. – Musiałem się jakoś dowiedzieć. – dodał już ciszej.
Nie miałam do niego pretensji, a wręcz przeciwnie.


-Wiesz… Gdybyś się tak nie zapatrzył w „Miodowe lata”, na pewno powiedziałabym ci o wszystkim. Jednak zostawiliście mnie samą, a musiałam iść. – ostatnie słowo powiedziałam z lekkim smutkiem, lecz bez dużego wyrzutu.


- Mówiąc „Miodowe lata”, miałaś pewnie na myśli Ewę? Chyba nie myślisz, że ja to oglądam…?


- Wyczuj ironię. – parsknęłam śmiechem.


   Przez chwilę staliśmy tak dalej, kiedy Janek odezwał się:


- Zostać tu z tobą? Nie chcę, byś była sama.


- Nie jestem sama. Czeka ze mną tata, przecież nie przyjęliby mnie samej na chemię. Chcesz tylko tracić na mnie czas?


- Daj spokój, zaczekam tu na ciebie, a później pójdziemy gdzieś i jeszcze weźmiemy ze sobą Ewę.


Jego propozycja była bardzo miła, jednak ze względu na objawy po terapii – wolałam nie ryzykować

      Przedstawiłam Jankowi swoje wątpliwości i ku mojemu zdumieniu, nie próbował mnie nawet namawiać. Jego błękitne oczy były smutne, a spojrzenie wyrażało zdumienie. Choć bardzo tego nie chciałam, jakoś musiałam go spławić. Dla mojego dobra…

    Wróciłam do poczekalni i znalazłam sobie tymczasową rozrywkę w postaci jakiegoś czasopisma. Przeglądałam je ze znudzeniem do czasu, aż nadeszła kolej na nas. Czułam, jak ogromna kula rośnie mi w gardle, a serce przyspiesza. Nie miałam całkowitej pewności, ale musiałam być okropnie blada, bo momentalnie ugięły się pode mną nogi i prawie się przewróciłam. Musiało to wyglądać niezwykle zabawnie. Na dodatek dziewczynka z chustą na głowie właśnie wyszła z gabinetu. Po jej minie sugeruję, że miewa się świetnie. To stanowiło pewien kontrast: jej opiekunka, jakby od niechcenia trzymająca ją za rękę z równie okropnym wyrazem twarzy co wtedy i pogodna twarzyczka dziecka. I jeszcze ta chusta na głowie…

     Spojrzałam tacie w oczy. Wbrew pozorom zawsze potrafiłam odczytywać z nich emocje czy stany w jakich się znajduje. Teraz jednak byłam zbyt sparaliżowana strachem, by cokolwiek zrozumieć. Wiedziałam też, że niepotrzebnie usiłuje nie doprowadzić mnie do zbędnej paniki. Znałam go zbyt dobrze, by umknęły mi takie fakty.

      Dawniej lubiłam spędzać czas z ojcem. Dawniej…? To chyba nie jest dobre słowo. Niedobrze określać coś mianem dawnego, jeżeli odległe jest jedynie sercu…

     Mojej dzieciństwo przepełnione było różnymi wspaniałymi momentami. Można je porównać do spadających gwiazd, przecinających swoim blaskiem nocne niebo. Taki widok długo tkwi w pamięci, nawet jeżeli wiemy, że jest to najzwyklejszy meteoryt. Jeden z wielu, jakie Ziemia ujrzała. Zwykła, najzwyczajniejsza cząstka wszechświata. Zupełnie jak wspomnienia, które zebrane w jedną całość tworzą nasz, mały wszechświat. Każdy uczynek może być na wagę istnienia. Każda myśl i wiadomość może tyle zmienić… Z tatą łowiłam ryby, czytałam książki, chodziłam na spacery… W towarzystwie osoby, której mogłam zaufać, czułam się świetnie. Nawet Robert, czy też mama nie byli tak wspaniałymi towarzyszami beztroskich zabaw, co mój ojciec.

    Bardzo chciałam, żeby jeszcze tak było. Mam czasami wrażenie, że staram się dorosnąć za szybko. Chcę zniszczyć w sobie wewnętrzne dziecko, które ma każdy, choćby w najmniejszym stopniu. Tylko że to tak, jakby zabić część siebie, swojej duszy. Od zmartwień jest starość. Teraz, kiedy mam 16 lat, moje zachowanie chyba nie jest zbyt odpowiednie. Powinnam postępować tak, aby na stare lata móc dobrze wspominać dawne czasy i mieć czelność nazwać swoje życie „dobrym”. Starość… Jeżeli oczywiście w ogóle jej dożyję.

    Przymknęłam lekko oczy, powstrzymując się od wszelkich pytań. Weszliśmy do gabinetu. Stanęłam przy ścianie i od niechcenia słuchałam tłumaczeń lekarza, skierowanych głównie do taty. Jako osoba niepełnoletnia, nie mogłam zbyt wielu rzeczy dowiadywać się osobiście, chociaż i tak dużo podsłuchałam. Badania miał wcześniej zrobione, a wyniki dostaliśmy przedwczoraj. Z rozmowy wnioskuję, że choroba nadal nie posunęła się do niebezpiecznego stadium, jednak żeby w dalszym ciągu nie postępowała – chemioterapia jest konieczna. Usłyszałam także coś, co nieco zbiło mnie z tropu:


- Czy zakupiliście już tabletki? Oprócz formy dożylnej, prowadzimy także terapię doustną, jak wcześniej wspominałem…


 Czyżbym źle zrozumiała? Myślałam, że dożylnie będzie później… Zaczęłam rozglądać się nerwowo po pomieszczeniu. Lekarz, widząc moją minę, zdjął okulary i zapytał sympatycznie:


- Chyba nie myślała panienka, że terapia doustna odbędzie się tutaj? Skądże! To są tabletki. Tabletki weźmiesz w domu. Tutaj jest inaczej.


  Panienko… Nie lubię, jak ktoś tak do mnie mówi.


- Mam znikome pojęcie o medycynie. – odparłam lakonicznie. Równie dobrze mogłam zacząć panikować, bo moje nerwy powoli nie wytrzymywały. Zamiast tego, ponuro schyliłam głowę w poczekaniu na zabieg.

         W końcu nadszedł ten straszny moment, kiedy musiałam pokonać wszelkie bariery strachu, gdyż właśnie od tego mogło zależeć moje życie. Usiadłam na specjalnym krześle, po czym podłączono mnie do kroplówki. Dawka miała być niewielka, a i tak czułam, jakbym miała zaraz zemdleć. Sama świadomość tego, że do twoich żył wpływa jakaś substancja jest przerażająca. Starałam się jak najmniej myśleć o tym, co się ze mną działo. Nareszcie uspokoiłam się nieco, zamknęłam oczy i skupiłam się na własnym oddechu. W końcu jednak do głowy wpadła mi jedna myśl, po niej kolejna, koniec końców poczułam, jakby wbijano mi nóż prosto w serce. Jęknęłam cicho. Po lewym policzku spłynęły mi trzy łzy. Trzy małe łzy…


- Boli cię? – spytał tata troskliwie.


- Czy mnie boli? Chyba nie. To raczej bezsilność.


- Nie mów tak, proszę. – zirytował się trochę. – Kiedyś byłaś taka radosna… Wiem, jest ci ciężko. Każdemu jest ciężko. Ale przecież szanse na… przeżycie masz duże, słyszałaś co mówił lekarz, prawda?


Skinęłam głową.


- Kiedy wyzdrowiejesz, życie wróci do normy, rozumiesz?


Doskonale rozumiałam. Jego słowa tylko doprowadziły mnie do kolejnych łez.

                                                                 ***

        W drodze powrotnej do domu, czułam się jeszcze o tyle dobrze, że odebrałam połączenie od Janka. Choć sam widok komórki przyprawiał mnie o zawroty głowy.


- Halo? – zapytałam, lecz oprócz dźwięku oznaczającego koniec połączenia, nie usłyszałam zupełnie nic.


Odwróciłam się zaskoczona i zobaczyłam go przez szybę samochodową. On chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać… Poprosiłam tatę, aby zaparkował auto koło banku, po czym wybiegłam, rzucając tylko krótkie słowa wyjaśnienia.


- Witam po raz kolejny. – wyszczerzył się. Głupek. Przecież wie, że nie mam teraz czasu.


- Cześć. Nie czuję się za dobrze, a ty o tym doskonale wiesz. Dlaczego więc mnie zatrzymujesz?


- Wybacz, ale mam ciekawą wiadomość do przekazania.- zaczął tajemniczo.


- Jaką? – zapytałam, ukrywając zaciekawienie, którego nie chciałam w żaden sposób okazywać. A niech ma za swoje!


- Mam bilety na koncert! – wrzasnął, chwycił mnie za ręce i… zaczął ze mną tańczyć. To chyba nie jest normalne. Zaraz… bilety na koncert?! Świetna wiadomość.


- Trzy. Mam trzy bilety. – powtórzył znowu. – Fajnie, prawda?


- Jasne. – uśmiechnęłam się. – Skąd je załatwiłeś?


- Można powiedzieć, że po znajomości. Wrzesień jest nasz! Cały świat jest nasz!


Cały Janek. Urodzony optymista. Nie zabił w sobie wewnętrznego dziecka, tak jak zrobiłam to ja. I na dodatek ma całkowitą rację.


- Idziemy na ławkę? – zaproponował po chwili milczenia.


- Tak, ale tylko na chwilkę. Zaczyna mi być słabo.


- Aż tak silne jest to paskudztwo?


- Lekarz mówił, że każdy reaguje inaczej. Mniej więcej wiem, co mnie czeka. Najbardziej boję się o włosy…


- W razie czego możesz kupić perukę.


 To zabrzmiało trochę strasznie, ale no cóż, takie są realia.


- Chyba nawet tak zrobię… później.


Zamilkł na chwilę i intensywnie o czymś myślał. W końcu powiedział:


- Wobec tego wszystkiego, co z Ewą?


   Ewa. Myślałam o tej całej sytuacji i doszłam do wniosku, iż jeszcze przyjdzie na to czas. Coś trzyma mnie przy tym twierdzeniu, że jeszcze nie powinnam. Ale ten moment się zbliża. Powoli, ale jednak…


     W ten sam sposób odpowiedziałam Jankowi, na co pokiwał tylko przecząco głową.



- Wiesz, co jest przyczyną tego wszystkiego? Duma. Twoja cholerna duma.


**********************************************************************
No więc co to jest to... Najpozytywniej mi nie wyszło, ale właściwie... nawet miało tak być.
Trzy kropki oczywiście nadal rządzą :D

Ostatnio w ogóle zaczęłam sobie czytać starsze rozdziały mojego opowiadania i OMG, jakie ja tam głupoty pisałam... Teraz jest znacznie lepiej.


To na tyle,

Pozdrawiam

Mezzoforte


niedziela, 29 stycznia 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 12

Hej!

Oto najpunktualniejsza osoba na świecie :D
W tym rozdziale wyjątkowo coś się stanie. Zazwyczaj akcja płynie powoli, ( czego nadal nie wykluczam) ale dzisiaj będzie ciut inaczej.
W ogóle mam ostatnio fazę na "Przeminęło z wiatrem" , więc całym sercem starałam się, by nie zacząć pisać archaizmami xD
A małe odwołanie do książki jest i tak... Zawsze muszę się do czegoś odwołać.


Zapraszam do czytania i komentowania! :D







Ta piosenka mnie ostatnio "nawiedza"  <3





***********************************************************************************

     Na dworze szalała burza. Możliwe, że nawet większa od tej, która spotkała mnie pamiętnego dnia, kiedy życie wywróciło się do góry nogami. Deszcz był na tyle rzęsisty, by majowa aura natychmiastowo prysła i jakby straciła swój urok. Siedziałam na kanapie pod wielkim oknem, dzielącym przytulne wnętrze kina od szarej, zwykłej rzeczywistości. Krople deszczu łączyły się ze sobą, tworząc asymetryczne smugi na nieco starej, zabrudzonej szybie. Ewa z Jankiem poszli na chwilę coś kupić, natomiast ja skupiałam swoje myśli wokół zupełnie innych spraw…

    Pogoda panująca na zewnątrz nie sprzyjała powrotom do domu. Przed oczami przewijali mi się zabiegani ludzie z prawdopodobnie jedną myślą w głowie. Gdzie podziało się słońce i kwiaty bzu? W tym chaosie nikt nie zdawał się dostrzegać tak przyziemnych i oczywistych rzeczy. Kilka osób niepewnym krokiem opuszczało budynek, a wszechobecna aura podenerwowania powodowała paraliżującą ciszę. Było w niej coś pięknego, coś co pociągało i skłaniało do marzeń, czy też niezwykle pięknych, choć nic nie znaczących słów. Czułam się samotna, aczkolwiek to uczucie nie sprawiało mi przykrości, lecz pozwalało oddać się temu, co leży na sercu od dawna.

      Gdy byłam mała, majowe wieczory spędzałam u babci. Za czasów jej życia robiłyśmy razem pyszne konfitury ze świeżych truskawek zebranych w ogródku. Później rozmawiałyśmy o właściwie wszystkim i niczym. Babcia jako jedna z niewielu osób potrafiła zrozumieć, uszanować moje wewnętrzne refleksje, które w zwyczaju byłam jej powierzać. 

     Z biegiem czasu te wspomnienia stały się niewyobrażalnie odległe, jakby jakaś niewidzialna siła zbłądziła w świecie, pomiędzy kartkami kalendarza. Nigdy nie zapomnę słonecznego uśmiechu babci, kuchni do której przynosiłam zerwane kwiaty oraz małego podwórka. Odnośnie jego… Tam się wychowałam, wykształtowałam dzieciństwo. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko zniknęło za sprawą  jednego, głupiego zdarzenia, dającego mi świadomość o niewyobrażalnej kruchości ludzkiego życia.

    Od momentu wypadku jestem z pozoru tą samą osobą. Nadal unikam towarzystwa ludzi, snuję przemyślenia i zachwycam się drobnostkami, a mimo tego ewidentnie musi być coś na rzeczy, skoro z każdym dniem ponownie do niego powracam. Zbyt bardzo przejmujemy się rzeczami, które są bliżej nieistotne. Wymyślamy sobie problemy, a w chwili rzeczywistego cierpienia przeżywamy zawód i rozczarowanie. Stajemy się bezbronni wobec ironii losu, a jej z kolei nawet mimo największych chęci – nie jesteśmy w stanie zapobiec. Wszystkie te uczucia powodują w nas strach. Nie taki, o którym mówi się na co dzień, lecz prawdziwy pasożyt, niszczący wszystko, co zachowaliśmy. Tym sposobem można zauważyć, iż tak naprawdę do szczęścia potrzeba niewiele. Jednak mimo posiadania najważniejszych rzeczy są jeszcze sprawy ściślejsze i warte zupełnie innych słów. Tych rzeczy właśnie ludziom brakuje. Oprócz wartości materialnych pragniemy po prostu tego, czego nie w sposób opisać, a spotyka się to na co dzień.

                                                    ***

- Iwona? – odezwał się cichy głos dobiegający z niedaleka. Janek. To niewątpliwie on. Spojrzałam na niego kątem oka. Towarzysząca mu Ewa błądziła wzrokiem po widocznie „bardzo” interesującej powierzchni podłogi. Odnośnie ich dziwactwa, nie zmienię zdania nigdy. Choć nie ukrywam, że to właśnie w takim towarzystwie chociaż na moment zapominam o kłopotach i po prostu… żyję. 

- Idziemy już? Jest późno. – popatrzyłam na zegar.


- Chyba masz rację. – zgodziła się Ewa. – Jak chcesz, możesz wpaść do mnie. Nie zamierzasz przecież wracać do domu w taką ulewę?


- Nie ma problemu. – mruknęłam pośpiesznie. – Tylko… Czy twoja ciocia nie będzie miała nic przeciwko?


Twarz mojej przyjaciółki momentalnie się rozjaśniła.


- Wręcz przeciwnie. Ostatnimi czasy mało kto ją odwiedza, z resztą na pewno chętnie zamieni z tobą słówko. Nie widziała cię od jakiś czterech lat. To dużo. – skwitowała.


- Teraz jeszcze kwestia tego, jak tam dotrzemy. – zauważył Janek. – Chociaż znając życie i niezwodne taksówki… problem z głowy.


„Taksówka to rozsądny pomysł” – pomyślałam. W innym wypadku przemoklibyśmy do cna.


        Bez zbędnych słów wyszliśmy z kina. O tej porze dnia Warszawa prezentowała się przepięknie, wliczając w to zabudowę, okolice… Po prostu wszystko. Czułam się tu dobrze, pomijając fakt, iż przez trzy pierwsze lata życia zamieszkiwałam inne miasto. Mimo tego nie wyobrażam sobie żyć gdzieś indziej, niż tu. Całość jest jednak kwestią przyzwyczajenia, bez zbędnego sięgania pamięcią w czasy zbyt odległe, które przeminęły. Uważam jednak, że nawet pod wpływem przywiązań tęsknimy czasami za czymś… Co tak naprawdę może nawet nie istnieć…

      Zamówiliśmy taksówkę  i już po chwili całą trójką jakimś cudem upchaliśmy się w ciasnym pojeździe. Siedząc przy oknie, całą drogę obserwowałam rozciągający się wokół widok. Te mury, które równocześnie kochałam i których nienawidziłam nosiły na sobie ślady żywej historii. Historii Warszawy. Burzliwego miasta, burzliwego życia oraz całej masy mniej, bądź bardziej szczęśliwych ludzi…

      Zajechaliśmy wreszcie pod starą kamienniczkę. Podziękowaliśmy kierowcy, po czym poszliśmy do klatki schodowej. O ile mnie pamięć nie myli, ciocia Ewy mieszka na czwartym piętrze. Wchodziłam po schodach żwawym tempem, jednak już w połowie zawirowało mi przed oczami. Byłam bliska omdlenia. Na dodatek przemoczone włosy przykleiły mi się do twarzy. Przeziębienie – w tym wypadku gwarantowane.

    Nie lada wyzwaniem było dojście na górę. Nie wiem, czy z powodu choroby mogę mieć takie problemy. Za parę dni wizyta u lekarza, a wtedy dopiero sytuacja się rozjaśni.


     Ewa zapukała do drzwi i chwilę później jej ciocia powitała nas serdecznie. Nie zmieniła się zbytnio, wciąż była przesympatyczną kobietą o wesołym, mądrym spojrzeniu. Na mój widok uśmiechnęła się szeroko.


- Ach, Iwona! Gdzieś ty się podziewała przez te lata? Nie miałaś czasu mnie nawet odwiedzić? Rozumiem, rozumiem. W naszych czasach młodzież ma inne sprawy na głowie. – tu spojrzała na Ewę i Janka. – Wchodźcie, wchodźcie. – plątała się w słowach.

     
      Weszliśmy do mieszkania, ściągnęliśmy buty i już po chwili zaszyliśmy się w tymczasowym pokoju Ewy. Małe pomieszczenie dawało poczucie bezpieczeństwa i wywoływało przyjemną aurę, jak za czasów dzieciństwa, które bezpowrotnie odeszło. Na poobklejanej zdjęciami ścianie wisiała także moja fotografia z trzynastych urodzin. Pamiętam, że właśnie parę miesięcy później, Ewa wyjechała. Przyjrzałam się jej dokładniej. Byłam wtedy taka szczęśliwa. Taka pogodna… Nie doceniałam wielu rzeczy, a jednak żyjąc w prosty sposób czerpałam z codzienności więcej przyjemności, niż teraz.

      Ewa widząc moje zainteresowanie uśmiechnęła się lekko. Jedna ściana, a tyle różnych wspomnień…


- Wszystkie fotki przywiozłam ja. – tłumaczyła obojętnym tonem. – Nie myślisz chyba, że były tu przez cały czas?


- Nie, nie… - mruknęłam cicho. – Dziwi mnie tylko, z jaką… łatwością tu wróciłaś. Pewnie zamęczyłaś rodziców swoim błaganiem.


Za wszelką cenę usiłowałam być zabawna, jednak moje słowa przyniosły wręcz odwrotny skutek.


- Nie mówmy o tym. – machnęła lekceważąco ręką. – Co nieco powiedziałam ci już wcześniej. Nie ma sensu rozwijać tematu.


Skinęłam głową na znak zrozumienia. Trudno wymagać od kogoś prawdy, jeżeli samemu nie chce się jej ujawnić.

       Ciocia Ewy zaproponowała nam herbatę. Z chęcią poprosiłam o malinową, a tymczasem Ewa zaoferowała jej pomoc przy krojeniu ciasta. Janek z kolei chodził za swoją dziewczyną jak… sługa. Nie miałam pojęcia, co o tym myśleć. Tym bardziej, że planowaliśmy przejrzeć stos naszych wspólnych albumów, nasiąkniętych tysiącem niesamowitych wspomnień. Gdziekolwiek one były, postanowiłam je znaleźć. Przeszukałam kilka szuflad i wszystko na nic. Brakowało mi pomysłów, gdzie jeszcze mogą być. W końcu niechętnie otworzyłam największą szafę. Oprócz ubrań była tam również niewielka sterta teczek. Spojrzałam na nie z zainteresowaniem. Szczególnie zaciekawiła mnie jedna z nich. Wyglądała dość staro i z całą pewnością na takie też miano zasługiwała. Podeszłam bliżej. Chciałam ją otworzyć, tak też zrobiłam. Wtem moim oczom ukazała się rzecz, której nigdy bym się nie spodziewała.


- Ewa!!! – krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam. – Chodźcie tu!


Moje wrzaski musiały rzeczywiście wystraszyć obojga, bo nie minęło 5 sekund, a stali u progu drzwi z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Nie wykluczam również podejrzeń Janka co do mojej osoby. Biedak…


- Matko, Iwona! Nie strasz nas dziewczyno. – emocjonował się jak nienormalny.


Widząc jego minę, wskazałam palcem na kartkę, którą trzymałam w dłoni. Ewa przeżyła szok.


- To jest tu?! Szukałam tego tyle czasu, a to jest… tu?! Nie wierzę… Pokaż!


- Ewa, spokojnie. Najpierw powiedz mi coś o nim.


- O kim? – irytował się Janek.


Tu pokazałam mu dokument. Dokument sprzed siedemdziesięciu lat…


       Ewa wytłumaczyła nam, że jest to świadectwo szkolne jej dziadka, jeszcze z czasów przedwojennych. Nie mogłam uwierzyć, iż trzymam w rękach rzecz, której właściciel przyszedł na świat właściwie podczas zaborów.


- Ze świadectwa wynika, że urodził się w 1912 roku. To 84 lata temu… - rozmarzyłam się. Zawsze zachwycają mnie takie starocie.

- Dokładnie tak. – odpowiedziała Ewa. – Dziadek Franciszek był ojcem mojej babci od strony mamy. Ta kartka leżała w teczce długie lata, dobrze więc, że ją znalazłaś. Swoją drogą, dlaczego grzebiesz mi w szafie?


Zaśmiałam się nerwowo.


- Chciałam poszukać albumów i natrafiłam na… No właśnie nic szczególnego z wyjątkiem tego.


- Ciekawa sprawa, ile rzeczy można zrobić za sprawą przypadku. – wygłosił Janek poetyckim, przedrzeźniającym mnie tonem. Zachichotałam ironicznie.


- Skończyłbyś kiedyś żartować. Nie jest mi do śmiechu.


- Znowu masz zły humor?


- A niby czemu miałaby mieć zły humor? – spytała Ewa, śledząc nas przenikliwym wzrokiem.


- Nieważne… - szepnęłam, czując, że zaraz polecą mi łzy.


- Macie przede mną sekrety? W takim razie się nie wtrącam. – prychnęła i wyszła z pokoju.


Jej zachowanie było co najmniej dziecinne. Tak samo jak ten związek. Przecież nie mogę jej powiedzieć, jeszcze nie teraz…

                                                           ***
       Obserwowałam przez okno jak słońce chyli się ku wschodowi. Niebo nabrało pięknych barw, a już po godzinie było zupełnie ciemno. W pokoju siedziałam sama – Janek z Ewą oglądali telewizję, a ja jak zwykle myślałam o wszystkim i niczym. Wszystko wskazuje na to, że nie potrafię obcować z ludźmi. Cokolwiek powiem jest źle. To męczące. Będąc tak młoda, nie powinnam w ogóle zastanawiać się nad takimi rzeczami, a jednak to robię. Po co? Przecież niczego mi nie brakuje. Mam rodzinę, dach nad głową i czego jeszcze potrzeba? Oczywiście zdrowia, lecz to zupełnie inna kwestia. Nie do końca pogodziłam się ze swoim losem, jednak zawsze jest ta iskierka nadziei, że mimo wszystko wyzdrowieję i życie wróci do normy. A jeżeli nie? Wtedy już żadna rzecz mnie nie zmartwi, bo będzie za późno…

                                                            ***

      Do pomieszczenia weszła ciocia Ewy. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i rzekła:


- Jak u ciebie?


Nie wiedziałam co odpowiedzieć.


- Ewa zostaje tu na stałe.- ciągnęła dalej. – Za parę lat kupi sobie własne mieszkanie, lecz na razie jest pod moją opieką. W Warszawie wydaje się być szczęśliwsza niż tam, gdzie mieszkała wcześniej. To naturalne.


- Owszem. – zgodziłam się. Po chwili dodałam jeszcze:


- Czy nie wie pani, dlaczego tu wróciła? Przez te lata byłam pewna, że zapomniała o starym miejscu i nowe życie jej sprzyja.


- Dobrze wiesz, że tak nie jest. – mruknęła posępnie. – Tak naprawdę, Ewa to jeszcze dziecko, wielu rzeczy nie rozumie. Nie wątpię, iż jesteś od niej stokroć rozsądniejsza.


Cóż było zrobić, jak nie przyznać racji?


- Tak naprawdę, w jej domu nie działo się do końca dobrze. Ewa się bała. Stchórzyła i wyjechała.


To mnie zdziwiło.


- Nie rozumiem… Jej rodzice to dobrzy, życzliwi ludzie. Tworzą przecież zgraną rodzinę.  Co mogłoby być nie tak?


Kobieta spojrzała mi prosto w oczy.


- Rzeczywiście, byli porządnymi ludźmi do czasu, gdy nie pojawił się alkohol. – ostatnie słowa wypowiedziała prawie bezgłośnie. – Ojciec się wyprowadził, a matka… Nie biła Ewy, ale dziewczyna chciała żyć w dobrej rodzinie. Gdzie wszyscy są razem. Szanują się nawzajem. U niej dawno przestało tak być. Matka sprawiała tylko pozory, a tymczasem było coraz gorzej. Ewa wyjechała pod pretekstem lepszej szkoły, co też jest niewątpliwie prawdą, lecz w rzeczywistości poszukiwała wolności. Miejsca w którym może się rozwijać i żyć pełnią życia. Mieć przyszłość. To taka  radosna dziewczyna, zawsze humor człowiekowi poprawi, a sama wiele przeszła


- Nie widać tego po niej. – przyznałam.


- Racja. Jest świetną aktorką i w tym rzecz. Mimo trudności stara się zachowywać pogodę ducha, niezależnie od sytuacji. To cenny dar.


- Uśmiechać się, gdy serce płacze?


- Dokładnie tak. Tyle że działanie destrukcyjne takiego postępowania jest ogromne. Szkoda mi Ewy. Życzę jej, by zawsze była tak wesoła i pogodna.


Jakże ciężko było mi zebrać myśli po tych wszystkich słowach, jakie właśnie usłyszałam. Wtedy zaczęłam zupełnie inny temat…


- Czy pamięta pani dziadka Ewy, Franciszka? Oglądaliśmy jego świadectwo szkolne sprzed kilkudziesięciu lat. Nie chcę być wścibska, ale jakim cudem przetrwało wojnę?


- Dziadek Franciszek, coś podobnego! Wiesz, że był moim wujkiem?


- Właśnie się domyślam. To dziwne, ale zainteresował mnie człowiek, który urodził się 84 lata temu. Niesamowite, iż dokument przetrwał. Jest chyba z 1926 roku.


- Ach, tak. Rzeczywiście. Wujek był wspaniałą osobą. Na dodatek jaką zdolną! Miał piątki od góry do dołu. Całą wojnę spędził na Ukrainie, tam też się urodził. Dopiero w ’45 roku przyjechał do Polski jako repatriant. Miał ciężkie życie… i śmierć.


- W jaki sposób zmarł?


- Zachorował na białaczkę. Po diagnozie trzymał się około 23 miesięcy, ale choroba wygrała. Walczył dzielnie i do końca, lecz poległ. Czasami trzeba przegrywać. Co często się zdarza przy chorobie XX wieku… - westchnęła głęboko.


      Zrobiłam się cała blada na twarzy. To niemożliwe. Taki zbieg okoliczności… Chciałam płakać. Chciałam pokazać światu swój żal. Chciałam, żeby inni wiedzieli o moim cierpieniu. Tym destrukcyjnym, o którym wspominała ciocia Ewy.

     Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Zakryłam twarz dłońmi, bo tyle dumy mi jeszcze pozostało. Nigdy nie płakałam publicznie. Zawsze dawałam upust emocjom u siebie, w swoim pokoju. W swoim miejscu na Ziemi. Na pewno nie w takich okolicznościach jak te. Musiałam się uspokoić. 


- Czy coś się stało? – spytała kobieta po chwili.


- Wie pani… Wie pani, że ja też mam białaczkę?


Po tym rozpłakałam się na dobre.


- Iwona?


- Słucham? – wydukałam , wycierając łzy.


- Czasami stajemy w obliczu największego cierpienia tylko po to, by przekonać się, że życie wcale nie jest sarkastyczną komedią, z której można żartować. Nie jest też żadną bajeczką. Życie to wyzwania, chwili słabości. Doskonale cię rozumiem. Nigdy nie sądziłabym, że cukier stanie się gorzki.


- Jest mi tak trudno


- Wiem. Może nie jestem lekarzem, ale jak najbardziej zdaję sobie z tego sprawę. Czy nie widzisz jednak, w jak szybkim tempie postępuje medycyna i nowoczesne technologie? Dla wielu ludzi jest nadzieja. Dla ciebie też.


- Za 5 dni rozpoczynam chemię. – oznajmiłam smutno.


- Życzę powodzenia, bo przecież nic nie jest do końca przesądzone. Swoją drogą, co u twoich rodziców i brata? Jak znieśli wieść o chorobie?


- Starają się być silni. Pomimo tego mam wyrzuty sumienia, ponieważ przeze mnie muszą tyle cierpieć. – powiedziałam


- Na pewno nie cierpią bardziej niż ty. Staraj się być taka jak wcześniej, rozmawiaj z nimi, nie zamykaj się w sobie, a problemy znikną. Ufasz mi? 


- Pani? Ależ naturalnie. Na pewno nie należy pani do tych fałszywie współczujących ludzi.


- Miło mi. Może chciałabyś do nich zadzwonić? Nie wzięłaś telefonu, prawda?


- Prawda. Jeżeli można, to zadzwonię. Powinnam wracać do domu.


- Rób co uważasz za słuszne, Iwona. – rzekła intrygującym tonem i poszła
.

          Do rodziców zadzwoniłam przez telefon stacjonarny. Po czterech sygnałach odebrał Robert:


- Halo?


- Halo? A, to ty. Rodzice są w domu?


- Zaraz mają wracać. Kwestia tego, gdzie ty jesteś…


- Później ci opowiem. Cześć. – rozłączyłam się od razu.


            Rzuciłam Ewie i Jankowi krótkie „pa”, po czym wyszłam. Jeżeli dziadek Ewy walczył do końca, zawalczę i ja. Przecież mogę. On nie wygrał, jednak ja… No cóż, wszystko może się zdarzyć. Wszystko albo nic.

*************************************************************************************************

I jak się podoba? Przepisywałam to na komputer jakieś 4 godziny. Masakra.
Wiem, że są błędy, powtórzenia no ale trudno.
Dzisiaj było trochę dłużej niż zwykle, więc jestem zadowolona. Przepraszam też jeszcze za wątek historyczny. Nie każdy lubi, wiadomo.

Dobra, ja już kończę, pozdrawiam i cześć

Mezzoforte

środa, 25 stycznia 2017

Informacja

Tak... Notki nie było dosyć dawno, a to z przyczyny "kochanej" przez wszystkich szkoły. Chciałam tylko napisać, że rozdział będzie gotowy na weekend, postaram się go wrzucić najwcześniej w piątek.

To tyle.

Mezzoforte

czwartek, 5 stycznia 2017

Nothing Can Happen - rozdz. 11

Witam!

Nie mam żadnych słów na swoje usprawiedliwienie, więc nie powiem nic...
A tak w ogóle to nietrudno zauważyć, ale to moja pierwsza notka w tym roku :D
Oby był równie wspaniały, 2016. 
Życzę tego szczególnie wszystkim, dla których ubiegłe miesiące nie były przyjemne... jest

Dzisiejszy rozdział jest nieoficjalnie napisany pod hasłem trzech kropek, które zaczęłam nałogowo wstawiać. Jeny, zawszę muszę się czegoś uczepić xD Kiedyś uzależniona byłam od słowa bowiem i xd.
Teraz to już w ogóle szaleję ;P

Nie pytajcie też co ma do maja, ale jak się w maju urodzisz, to ci maj serca nie opuści - krótko mówiąc.
 Także zapraszam do czytania i komentowania! ^^

***********************************************************************************

    Ten dzień był wyjątkowo ciepły. Promienie słoneczne przebijały przez pomarańczowe zasłony już od momentu mojej pobudki. Niechętnie otworzyłam oczy. Który to dzień, która godzina? Podświadomie czułam ogromną radość, a to mogło oznaczać tylko jedno – nadszedł maj.

     Z tym miesiącem wiąże szczególne wspomnienia budzące wielką sympatię. To dziwne, że tak pozornie drobne i nieistotne sprawy powodują tyle radości i taką lekkość na sercu. Jestem osobą szczególnie pesymistyczną z refleksyjnym podejściem do życia, lecz jednak co rusz rzeczy wyższe i niekontrolowane przez nikogo, wyrzucają ze mnie resztki bólu, smutku, czy żalu. Kocham przywiązywać się do spraw tak oczywistych i naturalnych, że mimowolnie uśmiecham się… Tak po prostu. Od serca.

     Niejednokrotnie wspominałam o niesamowitości maja. Możliwe, iż większość osób podziela moją opinię, jednak prawda jest o wiele mniej skomplikowana, niż może się to wydawać. Lubię, kiedy dni przestają być nużące, bądź uciążliwe. Przepadam za uczuciem, gdy małymi krokami zbliża się letnia wolność, a powietrze przesiąknięte jest słodkim zapachem kwitnącego bzu. W godzinach popołudniowych  rozbrzmiewają natomiast kościelne dzwony przypominające wszystkim o majówce. Pamiętam te czasy, kiedy zakurzoną polną dróżką podążałam powoli za babcią w kierunku małej parafii usytuowanej wśród leśnych drzew. Ale babci już nie ma, a ja liczę sobie szesnaście wiosen. Przykre.

                                                      ***
         Wstałam pełna energii i jak na skowronkach pomknęłam do łazienki, by wziąć poranny prysznic oraz założyć lekką sukienkę sięgającą mi do kolan. W końcu to późna wiosna, a nie kwietniowo – pogodowe kaprysy. Włosy spięłam w luźnego koka tak, aby pojedyncze pasma tworzyły artystyczny nieład. Nie wyglądało to tak źle, jak można byłoby pomyśleć…

        Wtedy uświadomiłam sobie straszną rzecz. Za 5 dni rozpoczynam chemioterapię. Pierwsza dawka ma być podawana doustnie, by organizm przywykł do substancji i przy okazji nie spowodował natychmiastowych skutków ubocznych. A co jeżeli nawet tyle mi zaszkodzi? Z czasem będę przecież dostawała tego coraz więcej, a wtedy… ? Teoretycznie wiem, że wypadanie włosów niekoniecznie występuje u wszystkich. Jak jest w praktyce? Przecież nie tylko łysienie czeka podobnych delikwentów. Słyszałam coś o anemii, ale mam ją i tak, więc może się „tylko” ( lub aż ) nasilić. Pomijam już wszystkie pozostałe dolegliwości, to dołujące. Staram się być przecież pozytywna…

       Dotknęłam z przerażeniem moich ciemnych, gęstych włosów. To niemożliwe, bym mogła je stracić. Są moją dumą. Jedyną rzeczą, jaką w sobie akceptuję. I teraz ma po prostu nadejść huragan, który zburzy spokojną toń mojego dotychczasowego życia…
- Nie do wiary, po prostu nie do wiary. – szeptałam cicho do siebie. Paranoicznie zaczęłam myśleć o ewentualnych komplikacjach. Dodatkowo chemię wstrzykuje się także dożylnie, a już największy koszmar. Dodatkowo moje przewrażliwienie na szpitale…

                                                        ***
       Przyjemna majowa aura sprawiła, że nie wytrącono mnie zupełnie z równowagi. Zamiast narzekać, wyjdę może na spacer? Nadchodzące południe świadczyło o Słońcu w zenicie. Aż przyjemnie się przejść. Choć do lata jeszcze trochę, to już teraz bez problemu można wyczuć delikatną, wakacyjną atmosferę. Cudownie. Czy to są właśnie te lepsze dni?

       W domu nie mam nic szczególnego do roboty. Mogłam jedynie siedzieć godzinami przed telewizorem, lub książką, jednak o wiele bardziej pragnę stąd po prostu wyjść. Instynktownie pozbywam się całej melancholii, a to akurat bardzo dobrze. Kiedy dotrze do mnie w końcu, jaką naprawdę wartość ma ludzkie życie? Kiedykolwiek to nastąpi, będę odporna na przeciwności. Po tym co mi przyniosło czuję odwagę, siłę by pokonać chorobę. Życie to dar, którego nie można marnować. Często odkłada się pewne rzeczy na później, składuje je niepotrzebnie i wtedy przychodzi czas, gdy ich realizacja należy do niemożliwości. Ludzie magazynują przy sobie pozornie cenne rzeczy, by później tak bezmyślnie zapomnieć… Niektórzy żyją chwilą, każdym tchnieniem, podmuchem wiatru. Bez obaw o przyszłość. Dlaczego ja nie klasyfikuję się do żadnej z tych kategorii? Zdradzieckie kłamstwa i czyny, obrót w próżnię… Życie przypomina jedną wielką zagadkę. Trudno nawet rzecz, czy warto szukać jakiegoś rozwiązania. Można sądzić, iż lepsza jest najgorsza prawda, niż dopracowane, bezczelne kłamstwo. Ja natomiast w niektórych sytuacjach wolę żyć w błędnych przekonaniach, a przynajmniej szczęśliwie.

     Otworzyłam okno na oścież, by napawać się wiosennym wiaterkiem. Wtem zobaczyłam Roberta zmierzającego w kierunku drzwi.


- Gdzie idziesz? – zapytałam lekko rozkojarzona.


- Muszę coś załatwić, będę za 2 godziny. Jak rodzice wrócą, powiedz im, że jestem u 
Matiego, dobra?


- W porządku. Znając życie zasiedzą się u znajomych i wrócą późnym popołudniem.


    Tego już jednak nie słyszał. Bardzo ciekawe dokąd poszedł. Może znalazł dziewczynę?  W końcu jest dorosły i ma do tego prawo. Będąc o 2 lata młodsza, nadal jestem o te 2 kroki do tyłu. Różnica wieku z biegiem czasu powinna się regulować, a ze mną niestety tak nie jest. „Straszy i mądrzejszy braciszek”? Kiedyś. Dzisiaj jesteśmy starsi. Sentymentalność nie jest złą cechą, ale w przesadnej ilości wszystko potrafi zaszkodzić.

    W końcu stwierdziłam, że skoro wszyscy są poza domem, ja też gdzieś wyjdę. Choćby do parku. To nie jest zły pomysł. Najchętniej wzięłabym kogoś ze sobą… Tylko kogo? Dawno nie rozmawiałam z Patrycją, z tym że ona pojechała dzisiaj na zawody. Ewentualnie mogę zadzwonić po TĘ dwójkę. I to jest to! Wzięłam telefon i wybrałam numer do Ewy. Najchętniej wysłałabym jej wiadomość tekstową, ale mój telefon nie ma takich możliwości, niestety. Ewa odebrała dopiero po czwartym sygnale. Musi być najwidoczniej szczególnie zajęta…


- Halo? Sorry, że nie odbierałam. Idziemy z Jankiem do kina, dołączysz?


- Chętnie. – zgodziłam się. – Pieniądze skądś wytrzasnę. Jaki film proponujesz?


- Nie wiem co grają… - tu usłyszałam czyjś stłumiony śmiech. – Myślimy o komedii, choć wiem, że ich nie lubisz. Dramaty też są OK.


- Niee… Nie dramat.


- Co? Przecież je uwielbiasz.


- To prawda, ale dziś wybieram komedię. Wszyscy będą zadowoleni.



- Dobrze. – przytaknęła. – Zaczekamy na ciebie przy fontannie koło muzeum. Pa.


     Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć na pożegnanie, bo rozłączyła się błyskawicznie. Postanowiłam więc wybrać coś na szybko. Moja sukienka stanowczo nie pasowała do kina. W szafie znalazłam jakąś starą parę jeansów, pamiętają pewnie jeszcze te czasy, gdy nosiłam takie spodnie. O dziwo pasowały na mnie niemalże idealnie; byłam z tego faktu niezwykle zadowolona. Wzięłam też kraciastą koszulę oraz założyłam zwykłe, skromne trampki. Byłam prawie gotowa. Pozostała jedynie kwestia pieniędzy. Kiedy ostatnio w ogóle je wydawałam? Najwidoczniej bardzo dawno, skoro portfel nie świecił całkowitymi pustkami.

       Ruszyłam pospiesznie z domu, biorąc tylko lekką bluzę w razie zmiany pogody i torebkę. Dojście do fontanny zajęło mi jedynie 15 minut. Już z daleka dostrzegłam tych dwóch wariatów, chlapiących się nieustannie wodą. Przechodzący ludzie wlepiali w nich pełen pogardy wzrok, uznając ich pewnie za niespełna rozumu. I słusznie.


- Hej! – krzyknęłam z odległości 10 metrów.


Na dźwięk mojego głosu przerwali swoją żałosną zabawę i poszli w moją stronę.


- Cześć. – uśmiechnął się Janek. – Tam gdzie zawsze?


- Jasne. – odpowiedziałam. Nie wiedzieć dlaczego, przypomniało mi się spotkanie w lodziarni sprzed kilku dni…


      Z nieukrywaną radością udaliśmy się w stronę kina. Budynek był dosyć stary. Świadczyły o tym odrapane ściany i wyblakła farba. Zapewne niegdyś na jego miejscu stał jakiś kinoteatr, lub coś podobnego. Wiem na pewno, że po wojnie został odbudowany ze sterty gruzu i przeznaczony do użytku. Każda budowla ma bowiem swoją historię. Przechodząc obok każdego budynku zastanawiam się często: kiedy go zbudowano? Co przeżył? , „Zobaczył”? Dla wielu głupotą, lecz dla mnie dość istotną sprawą jest refleksja nad tym, co nas wychowało i zapoczątkowało.

     Pomimo swojego wieku, wystrój wewnętrzny znacznie różnił się od zewnętrznego.  Tu jakby nastąpił przeskok pomiędzy dwoma światami. Wnętrze było raczej zwyczajne w stosunku do współczesnych standardów. Dookoła wisiały plakaty reklamujące seanse, a ludzie tłoczyli się niewygodnie na niewystarczającej liczbie siedzeń w poczekalni koło kasy. Kiedyś bywałam tu znacznie częściej, teraz najzwyczajniej na świecie brakuje czasu.

      Wspólnie wybraliśmy najciekawszy naszym zdaniem film, jednak z racji, iż emitowali go dopiero za 45 minut – usiedliśmy wygodnie koło baru i razem z Ewą wysłałyśmy Janka po napoje i popcorn. Kolejki były wyjątkowo długie, przez co zostałyśmy na moment same, a chwilę tę wypełniała jedynie pusta, monotonna cisza. Irytowała mnie niesamowicie, więc przerwałam ją zadając dosyć dziwne pytanie:


- Michael się wybielał?


To najwidoczniej na dobre wyrwało Ewę z otępienia.


- Powtórz, bo nie rozumiem. Kto się wybielał?


- Michael! – odpowiedziałam nieco ostrzejszym tonem tak, że parę ciekawskich osób spojrzało na mnie z zainteresowaniem. Ewa popukała się w czoło.


- Naprawdę zamierzasz mnie teraz denerwować? Wszystko, co przeczytałaś to kłamstwa, nic nieznaczące bzdury!


- Nic nie przeczytałam. Sama dziwię się, że ludzie w to wierzą. Tak samo z oskarżeniami. Aż szkoda słów.


- I całe szczęście… - odetchnęła z ulgą. – Tacy ludzie jak te hieny zrobią wszystko by tylko zaistnieć i zrobić wielkie halo wokół siebie!


Była strasznie wzburzona, niech tylko zacznie rękami wymachiwać…


- Racja. – szepnęłam najciszej jak potrafiłam. – Skandale to podstawy showbiznesu. Są niebezpieczne, toksyczne, zupełnie jak hazard. Tylko że w tym przypadku dług spłacasz przez całe życie. Często kosztem drugiego człowieka.


- Jeżeli w najbliższym czasie się spotkamy, musimy omówić jeszcze parę ważnych spraw. – stwierdziła Ewa. – A takich się nazbierało, prawda? – spojrzała na mnie przeszywającym wzrokiem. Zupełnie jakby wiedziała, że coś ukrywam.



       W tym samym czasie wrócił Janek. Rozmowę urwałyśmy i po paru minutach siedzieliśmy już na przyciemnionej sali. Obok siebie. Kiedy nadszedł oczekiwany moment przerwania reklam, całkowicie pochłonęłam się fabułą filmu. Ku powszechnej niepochlebnej opinii, był nie najgorszy. Niektóre sceny naprawdę mnie rozbawiły. Ale… Czy tylko ja dołuję się komediami? Prawdę mówiąc – smucić może wszystko. Każda rzecz potrafi być negatywnie nacechowana przez pewien czynnik. Niektórzy z utęsknieniem spoglądają na barwne zachody Słońca, jako delikatny przebłysk, czy wspomnienie miłości sprzed lat. Można czytać listowne korespondencje z dawnymi przyjaciółmi , a przede wszystkim każdą rzecz odbierać dowolnym sposobem. Młoda osoba inaczej spojrzy na szumiące morze, niżeliby zrzędliwa staruszka, dla której to jedynie woda i piasek. Przykład morza to także zamglone wspomnienia emerytowanych marynarzy -  chwil które przeżyli płynąc po świecie, napotykając na swojej drodze  najzwyklejszych ludzi. A z nimi…  Z nimi jest różnie. Każdy lubi co innego, ma inne zdolności oraz talenty. Są tacy, co w dwie minuty układają kostkę Rubika, śpiewają, tańczą, piszą, lub po prostu pracują w zwykłym biurze z dala od ekscentryków i marzycieli. Taka jest właśnie ich rola. Co natomiast ze mną? Czy tak naprawdę przeżyłam coś na tyle ciekawego, by  zdradzać komukolwiek moją historię? Może po prostu gram w podobnym filmie, jaki teraz oglądam i czekam po prostu na zakończenie? Jeżeli tak, to będzie najdziwniejszy film wszech czasów…

*************************************************************************************************

To się nazywa 10 STRON A5, hehe. Mam tylko jeszcze jedno pytanie; czy nie przeszkadza Wam to, że akcja toczy się tak wolno? Dobrze wiem, iż wielu osob może to przeszkadzać dlatego pyta,...

To chyba już tyle. Mam nadzieję, że się podobało i....

Pozdrawiam xD ( szczególnie moją Olcię - Fasolcię i Wiktorię crazy cow xD ) Jeżeli mnie czytacie dziewczyny... A mam taką nadzieję. ❤❤❤💗

Mezzoforte