sobota, 5 listopada 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 7

Hej!

Wiem, miało być w środę, ale co rusz musiałam gdzieś jechać, a szkoła sama w sobie też jest męcząca. Co do teorii spiskowych... Nie jest to może nic szczególnego, z resztą zobaczycie o co kaman. Więcej zdradzić nie mogę, więc... zapraszam do czytania. Z góry przepraszam też za ewentualne błędy, ale nie mam już siły tego sprawdzać.

PS to jest piosenka do notki. Bardzo mnie zainspirowała, ten tekst...




***********************************************************************************

     Spojrzałam na zegarek. Nie musiałam się w prawdzie tak spieszyć, ale trochę głupio wyjść na idiotkę, którą i tak jestem. Tak czy inaczej całą drogę pędziłam, zapominając chwilowo o wszystkim. W pewnym momencie przypomniało mi się, że miałam wziąć Patrycję. Szlag! Żeby w tym wieku już mieć sklerozę? Trudno, będzie co opowiadać. Omijając spojrzenia napotkanych ludzi, pokonywałam kolejno tereny warszawskiej zabudowy. Może wydawać się to cudem, ale spóźniłam się tylko przysłowiowe 5 minut.

   Z dala dostrzegłam wysoką sylwetkę Ewy. Zdaje mi się, czy znowu do kogoś wydzwania? Cała ona. Jak nie gada z kim popadnie, to męczy ludzi przez telefon. Dusza towarzystwa, rzekłby każdy. Szczera prawda, aczkolwiek pierwszorzędnie nazwałabym ją śmieszkiem.

   Postanowiłam podejść do niej niezauważona. W tym samym momencie obróciła się do tyłu z zawadiackim uśmiechem. Nie dość, że ma intuicję, to jeszcze niezły ubaw.

- Cześć Iwona! - zawołała rozbawiona. Swoim dobry humorem potrafiła rozweselić nawet największego smutasa, ale odnoszę dziwne wrażenie, iż ostatnio strasznie... spoważniałam?
Nie dziwi mnie też jej optymizm, jednak cokolwiek ona bierze - niech bierze tego mniej.

I podzieli się ze mną...

- Hej. - mruknęłam spokojnie.

Ewa popatrzyła na mnie jak na dziwaka.

- Coś cię martwi? - przybrała wyraz twarzy troskliwej przyjaciółki.

- Mnie zawsze coś martwi. - "A przynajmniej ostatnio" - dopowiedziałam w myślach.

- Oj tam zawsze. Sądziłam, że po tylu latach cokolwiek się zmieniłaś. Chcesz być całe życie pokorna i zamknięta w sobie? Chcesz?

    W głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Tylko że ja taka po prostu jestem. Moje nastawienie, do niczego się nie przyda. Zirytował mnie tylko ton, z jakimi wypowiedziała te słowa, tak jakbym to wszystko robiłam na pokaz, by zwrócić na siebie uwagę. Otóż nie - sprawa ma się inaczej. Osobiście trudno mi jest pokazywać swoje uczucia, a z drugiej strony ludzie bez słów potrafią odczytać moje emocje. A ja tylko Ewę miałam za czarodziejkę.

- Chcesz? - zapytała śmiejąc się z mojej zamyślonej miny.

- Co?

- Nic. Kończ ze swoimi dołami, bo zachowujesz się jak dziecko.

Dziwne... Już kolejna osoba mi tak mówi. Tak to już jest. Zrozumieć kogoś jest ciężko, 
siebie - jeszcze ciężej.

- Nie wiem jak ty, ale ja wolałabym wejść do środka. - zasugerowała

- Prawdę mówiąc, ja też. - stwierdziłam, po czym obie przekroczyłyśmy próg niewielkiej kawiarni. Rozejrzałam się wokoło. Niby nic takiego, ale przebywając tu odczuwam w środku jakieś ciepło. Chyba każdy miał w życiu takie miejsce, które w szczególny sposób zachowało się w pamięci. Z tą kawiarnią wiążę tyle przeróżnych wspomnień, są wręcz nie do policzenia. Miło powspominać klasowe wypady, czy inne spotkania. Tutaj odbyło się tyle wspaniałych chwil, choć pozornie wydają się być błahostkami. Pamiętam, że łaziliśmy tu nawet po szkole, to na lody jak było ciepło, to na gorącą czekoladę w zimowe popołudnia.

   Westchnęłam cicho, po czy wróciłam do rzeczywistości. Jakiś czas temu uważałam, iż z danej perspektywy to miejsce wygląda inaczej. O czym ja wtedy myślałam? Tu się nigdy nic nie zmieni.

    Przez chwilę zastanowił mnie fakt, czy aby na pewno lody są na tą porę odpowiednim pomysłem. Było jednak ciepło, więc nie musiałam się tym przejmować. Razem z Ewą, zamówiłyśmy po ogromnym pucharze deseru lodowego i zajęłyśmy miejsca przy stoliku. Nietrudno zgadnąć, kto jako pierwszy zagaił rozmowę.

- Jak spędziłaś ostatnie lata? Dużo się pozmieniało u was? Co u Patrycji i pozostałych?... - zasypywała mnie pytaniami.

- Już! Koniec! - zaśmiałam się. - Wszystko ci opowiem, tylko przestań nadawać.

- No wiesz. - udała oburzenie.

- Najpierw ja może zapytam ciebie - co ty przez te cztery lata robiłaś i dlaczego na drugi rok zrezygnowałaś z liceum czy technikum?

- Po pierwsze: cieszę się, że tylko cztery. Po drugie, liceum do którego poszłam było delikatnie mówiąc fatalne, a w tamtej miejscowości nie mogłam już wytrzymać, więc... Uparłam się i wyjechałam tu. Pierwszy rok musiałam tam przetrwać, ale za to tutaj znalazłam  szkołę spełniającą moje wymagania. - ostatnie zdanie wypowiedziała tonem ambitnej pani profesor.

- Co na to twoi rodzice? - dopytałam zdziwiona.

Tutaj trochę się zmieszała.

-  Bo wiesz, no raczej, że jestem tu bez nich. Ostatnio też często się kłócimy - głównie o głupoty. Oni wybrali życie w małym mieście, więc tak czy inaczej musieli uszanować mój wybór, tak jak ja zrobiłam to kiedyś. Chyba nie myślisz, że chciałam stąd wtedy wyjeżdżać?

Ewa była specyficzną osobą, to fakt. Zawsze wiedziała jak postawić na swoim. Tylko u kogo teraz mieszka?
Moja przyjaciółka chyba wyczytała z mojej twarzy wspomniane pytanie, bo szybko zebrała się do odpowiedzi:

- Zapomniałaś o mojej cioci? Ta to dopiero ma dobre serce. Na razie jestem u niej, w końcu obie bardzo się stęskniłyśmy. Chętnie wynajęłabym mieszkanie, ale na własną rękę będzie ciężko - zwłaszcza, że jestem niepełnoletnia i...

- Wyluzuj kobieto, masz dopiero szesnaście lat. Jeszcze się wyszalejesz, trochę pokory...

- Mówisz jak moja mama. - zbulwersowała się poprawiając fryzurę. - Mamy 1996 rok, a ty żyjesz w średniowieczu.

- Chciałabym.

- Nie chciałabyś. Co do pokory, niektórym nie zawsze wychodzi na dobre.

- No wiesz...

- Ja wiem wszystko.

- Tak? - zapytałam sarkastycznie.

- Oczywiście. - odpowiedziała dumnie. Po chwili dodała:

- Teraz ty, opowiadaj ja ci te lata minęły.

- U mnie w sumie całkiem normalnie. - skłamałam, jedząc powoli swoją porcję lodów. - W szkole dużo nauki, ale temu się chyba nie dziwisz. Pozostali tak samo - do liceum poszłam z 1/4 poprzedniej klasy, także miałam szczęście. Tomek nadal biega z prędkością światła, a Hanka jest tak samo wredna. Takie to się chyba nigdy nie zmieniają...

Po chwili dodałam jeszcze:

- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że początkowo chcieli nas rozdzielić z Patrycją, kapujesz? Tylko my możemy wiedzieć, ile czasu zajęło nam błaganie dyrekcji o przeniesienie. - zaśmiałam się.

- To fajnie- rzuciła półsłówkiem i zatopiła się w ciszy. Trwałyśmy w niej pewną chwilę, zdążając dokończyć lody. W końcu nie wytrzymałam i zagaiłam tajemniczo:

- Ewa...?

- Tak?

- Mam wrażenie, że ostatnio bez przerwy do kogoś wydzwaniasz. Zakochałaś się, czy co?

Zarumieniła się lekko, po czym powiedziała:

- Może tak, może nie. Myślisz, że łatwo było tak po prostu opuścić moich nowych znajomych? Prawie mnie zabili, jak powiedziałam im o zmianie szkoły. - zachichotała.

Zignorowałam część jej wypowiedzi.

- To w końcu masz kogoś, czy nie?

- Tak, mam. - spuściła wzrok.

- A więc, powiesz mi, kim on jest?

Spojrzała na mnie zawstydzona, po czym oznajmiła:

- Znasz go... To Janek...

                                                           ***

       Janek? Ten Janek, który bawił się z nami w piratów, jak wszyscy byliśmy młodsi? Niemożliwe... On sam przez długi czas nie był mi obojętny, tyle że tego już nie ma - koniec końców mi przeszło. Jako przyjaciele, zawsze byliśmy blisko, ale nie sądziłam, że Ewa mogłaby coś do niego czuć. Trudno powiedzieć, czy do siebie pasują, chociaż kto wie... On pewnie też coś do niej czuł. Dziwi mnie tylko fakt, iż chłopak w którym bądź co bądź się kiedyś podkochiwałam, jest teraz moją dawną przyjaciółką. Dawną? Co ja gadam...

     Przez te parę chwil zdążyłam wszystko przemyśleć, dochodząc do wniosku, że skoro są zapewne szczęśliwi, to nie ma o co się martwić. W końcu moje serce już od dawna do niego nie należy. Tylko z jakiej przyczyny ta wiadomość mnie tak zestresowała? Dlaczego słysząc to z jej ust poczułam lekkie ukłucie w sercu? Przecież ja dawno się w nim nie bujam. Na 100%.

- Tak? - wyjąkałam cicho, robiąc dobrą minę do złej gry. Chociaż nie, to bardzo dobra gra.

- No. - rozmarzyła się. - Spotkałam go niedawno. Zawsze mi się podobał, tylko wtedy dopiero zrozumiałam jak bardzo. Później jakoś tak samo wyszło. Przyznał, że ja również wpadłam mu w oko. - powiedziała z nieukrywaną radością.

A ja? Ja życzyłam jej szczęścia w związku i ucichłam na parę minut. Ewa natomiast skupiła się na muzyce dobiegającej z radia.

     Wyjrzałam przez okno i śledziłam wzrokiem tłumy przechodzących ludzi. To ciekawe, że każdy z nich ma swoje własne przeżycia i historie, o których można napisać wielotomową powieść. Jedni są bogaci, drudzy biedni. Niektórzy mają mniejsze, lub większe problemy. Patrząc na nich, zastanawiam się ilu z nich jest tak naprawdę w pełni szczęśliwych. Czy można być w pełni szczęśliwym? Trudne pytanie. Dochodzą mnie słuchy, iż nawet w największym nieszczęściu są rzeczy wychodzące nam na dobre. Wiele osób takich jak ja uważa zapewne podobnie, tylko czy aby na pewno oni zamartwiają się dzień w dzień? Nie wiem. Takich osobników musiałam mijać na ulicy już stokroć razy, skoro jednego dnia stałam się jednym z nich, z wielu. No cóż, zawsze lubię martwić się na zapas, by później nie ulec rozczarowaniu. Po co...?

     W pewnym momencie usłyszałam znaną mi melodię. Już po raz kolejny. Czyżby mnie prześladowała? Oderwałam się od szyby i zerknęłam na Ewę,
 której widocznie muzyka odebrała resztki świadomości. Rozkojarzona lekko, spojrzała na mnie:

- Fajna nuta, nie?

Istotnie, przyjemna piosenka.

- Taaak... Ktokolwiek ją  śpiewa - ma przepiękny głos.

Ewa obdarzyła mnie spojrzeniem, jakby widziała kosmitkę.

- Ty go na serio nie znasz? To chyba najsławniejszy współczesny artysta! W jakim świecie ty żyjesz?

- Sama mówiłaś, że w średniowieczu.

- I miałam całkowitą rację. Każdy go zna, każdy! - wypowiedziała to tak głośno, że kilka osób zwróciło nam uwagę.

- A raczyłabyś powiedzieć kto to?

- Michael Jackson. Mówią o nim tu i tam, w prasie, telewizji, radiu... A ty jak zwykle ciemna. - stwierdziła. - Wydał z dziesięć płyt i niedługo zaczyna trasę koncertową. Piosenka, którą słyszałaś nazywa się "Heal The World".

- Uwierz mi, ale naprawdę słyszę o nim po raz pierwszy. Swoją drogą myślę, że inne utwory również ma ciekawe. W końcu jest bardzo popularny, no nie?

- No pewnie, tylko wiesz... Różnie rzeczy o nim piszą, o ile to prawda, ale nie wnikajmy.

- Co... Co piszą? - zaciekawiłam się.

- Nie będę cię zniechęcać, choć to i tak pewnie bzdury.

- Dobrze, rozumiem. Jest sobie ten... Michael? Sławny, utalentowany, OK. Tylko co z tej racji?

Walnęła się w czoło, po czym wyjaśniła:

- A to, że we wrześniu przyjeżdża do Polski! Nie chciałabyś się wybrać, bo ja chętnie. Bilety są jeszcze chyba w sprzedaży.

Właściwie... czemu nie? Do września daleko, ale z przyjemnością choć raz wyjdę gdzieś ze znajomymi, tak jak kiedyś. Kto wie, może przekonam się wreszcie do współczesnej muzyki.

- Pójdę. - powiedziałam stanowczo. - Ale ma być "Heal The World".

- Nie ośmieli się jej pominąć. - zaśmiała się Ewa.

                                                                 ***

    Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę, póki na dworze nie zapanował mrok. Wskazówki zegara wskazywały godzinę 19, pożegnałyśmy się więc i rozeszłyśmy się do domów. Świeże, chłodne powietrze przypominało mi o zbliżającym się maju. Jak ja kocham maj! Wierzę, że nadchodzą trudne, choć lepsze dni. Teraz już wiem, że nie jestem sama, tylko...

Czego wciąż mi brak?

   Spojrzałam na bezchmurne niebo, ukazujące jasną tarczę księżyca. Wracając pod kochane blokowisko, długo zastawiałam się, czym jest ta rysa na szkle...

*************************************************************************************************

Taaak, wykorzystałam rok 96' do moich niecnych planów. Nie wiem co o tym sądzić, ale mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do komentowania. 

Mezzoforte

środa, 19 października 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 6

Hej!

Rozdział miał być w niedzielę, ale dopadło mnie małe przeziębienie i z tej racji straciłam parę dni roboczych. Tworzyło mi się go naprawdę ciężko, a to ze względu na brak weny, która postanowiła u mnie zawitać dopiero przy pisaniu ostatnich stron xD
Chciałabym jeszcze wspomnieć, że w tym rozdziale jest pewne nawiązanie do czegoś, a raczej kogoś... Z góry mówię - to nie jest główny wątek.  ( taka mała informacja do miłośników teorii spiskowych xD  )

Tak więc... Zapraszam do czytania i komentowania!


***********************************************************************************

     Obudziłam się około godziny trzeciej w nocy, gdyż dręczyły mnie straszne koszmary, o których ciężko mi wspomnieć. Tak jest zawsze, gdy ma się wydarzyć coś złego. Osobiście nie uważam tego za jakiś ewenement, ale ostatnio sny stają się coraz bardziej niepokojące. Takie realistyczne... Najprawdopodobniej w dużej mierze są winą ciągłego strachu niedającego mi żyć. Nie wystarczy widocznie odłożyć zmartwienia na bok i próbować odrzucić je w zapomnienie, bo one złośliwym sposobem tak czy inaczej dadzą znać o swojej obecności. Podświadomej obecności.

     Skazana na bezsenną noc, wierciłam się blisko godzinę, a w ten czas dostatecznie zepsułam sobie humor. O świcie byłam żartobliwie ujmując ''skacowana''. Ziewnęłam z niewyspania, po czym poczłapałam do łazienki, by przepłukać twarz chłodną wodą. Taki rytuał. Następnie ubrałam wygodne dresy i szarą bluzę. Ze względu na wczesną porę miałam dużo czasu, więc postanowiłam przygotować wszystkim śniadanie, a że lodówka świeciła pustkami - skoczyłam szybko do sklepu po najważniejsze produkty. Zarzuciłam niedbale lekką, wiosenną kurtkę i to był błąd, bo o tej porze jest jeszcze strasznie zimno. Przeziębienie - ostatnia rzecz, jakiej mi brakuje...
Co miałam do załatwienia, załatwiłam, po czym wróciłam do domu coś przygotować. Zmierzając w stronę kuchni usłyszałam nagle jakiś szept. Tylko czyj? Moja rodzina to największe śpiochy pod słońcem i raczej nie buszowaliby po mieszkaniu o 5:30. A może czuję tylko szumy w swojej głowie?

     Stałam tak przez chwilę, głos był chyba tylko wytworem mojej wyobraźni. Pomijając ten fakt zrobiłam kanapki, a później znudzona włączyłam telewizor. Zazwyczaj nie lubię oglądać tego, co pokazują w tym głupim pudle, ale cóż lepszego miałam zrobienia, jak nie bierne przeskakiwanie z jednego programu na drugi?

    Po półgodzinie stwierdziłam, że będę oglądać tych głupot. Chciałam już wyłączyć telewizor, gdy nagle przed oczami mignął mi pewien teledysk. Zaraz... Skąd ja znam tę piosenkę? No tak, słyszę ją nieraz w radiu. Tylko kto jest jej autorem? Tego się już nie dowiedziałam, bo przy tej melodii dosłownie odpłynęłam. W sumie można rzec, że to dziwne, ale nigdy nie lubiłam współczesnej muzyki, która akurat była na ''topie''. Wszyscy, których znam słuchają hitów poprzedniej dekady i lat obecnych, Wszyscy oprócz mnie. Ja nie pasuję do tej muzyki - jestem cicha i spokojna, a zabawa jest mi zbędna. Znalazłby się na pewno ktoś, kto powiedziałby mi : ''Ale Iwona, ty nawet ballad nie lubisz? Nie znasz najnowszych hitów?! Są świetne!''
Prawda jest taka, że gusta mam jakie mam i od zawsze wolę klasyczne i poważne melodie z głębokim przesłaniem. Wzruszające, chwytające za serce, a nie skłaniające do tańczenia.
Po obejrzeniu paru klipów, zdążyłam jednak stwierdzić, że byłam zamglona jakimś... uprzedzeniem. Może bałam się życia w świecie muzyki rozrywkowej? Teraz dociera do mnie właśnie jak dużo tracę ograniczając się do jednego - i nie tylko pod względem muzycznym. Nie chcę liczyć ile zaprzepaściłam szans na poznanie czegoś nowego.  Chyba dlatego ludzie odbierają mnie jako zwykłą ekscentryczkę, żyjącą z głową w chmurach...

                                                                     ***

    Wyłączyłam telewizor. "A gdyby tak obudzić Roberta?'' - pomyślałam. Czasami lubię go podenerwować, chociaż na ogół to on zaczepia mnie. Jesteśmy jak typowe rodzeństwo, inni jednak określiliby nas jako dziwaków. Nonsens. Ostatnio zrobiła się głupi moda na określanie typów osobowości i nie wiadomo co jeszcze. Po co kategoryzować się do ścisłych grup, skoro można iść swoją drogą ( a nie większości ) ? Postępowanie to bardzo indywidualna sprawa. Patrząc na sytuację z tej strony zaczyna wydawać się bezsensowna. I dobrze. Taki mam właśnie pogląd. Lepiej żyć, będąc sobą, choć w dzisiejszych czasach i o to trudno. Trudno pokazywać swoje prawdziwe oblicze, by uniknąć wyśmiania. Mówię to w oparciu o nie tylko cudze, lecz także własne doświadczenia.

    Stąpałam powoli, powolutku... Robert smacznie spał. Opracowując strategię zauważyłam na biurku szklankę wody. Eureka! Nalałam trochę cieczy na rękę i dałam mu "miły początek dnia". Zaskoczony, otworzył oczy, a tymczasem ja walnęłam go z całej siły poduszką, chlapiąc co jakiś czas wodą. Śmiałam się jak wariatka, bo chyba każdy może mieć swoje dwie strony? 

Cicha woda brzegi rwie...

    Po skończonym szaleństwie byliśmy nieco mokrzy, ale za to nastrój mieliśmy wyśmienity. Robert nawet się nie wkurzył, a nie sądzę by robił to z litości. Wyjątkowo dobry dzień, tak myślę.

- Co tam, panie Robercie? - rzuciłam sarkastycznie

On zaśmiał się, po czym powiedział:

- No, Iwona. Widzę, że zdrowiejesz.

Pomimo świadomości, iż nie mówił tego złośliwie, jego słowa strasznie mnie zasmuciły. Zdążyłam przynajmniej na obecną chwilę zapomnieć o chorobie, a teraz znowu wrócił ten stres. Poczułam w sobie panikę i zrobiło mi się słabo. W gardle rosła mi wielka gula. By nie  urazić swej dumy i zamaskować żal, wychrypiałam ozięble:

- O ile w ogóle wyzdrowieję. Mam wrażenie, że do ciebie jeszcze nie dotarło. Jestem chora na raka, rozumiesz?! - jakoś trudno było mi przepuścić te słowa przez usta.

Spojrzałam na brata, który wyraźnie posmutniał. Niepotrzebnie naskakiwałam. Z drugiej strony, musi wiedzieć jaka jest sytuacja, prawda?

- Doskonale rozumiem. Nawet więcej niż ci się wydaje. - burknął. - Tylko ty niepotrzebnie się dołujesz! Chcę cię pocieszyć, to takie trudne?!

- Żebyś wiedział, że trudne! - krzyknęłam rozeźlona. - I wcale nie zamierzam się dołować. Byłam w dobrym nastroju, a ktoś jak zwykle musiał mi go zepsuć! Dzięki wielkie...

- Dzieciak jeszcze z ciebie. Nie wiedziałem, że jesteś tak wybuchowa.

- Nie wytykaj mi cech charakteru. - poprosiłam trochę spokojniej.

- Jak sobie życzysz, madame. - rzucił kąśliwie i opuścił pokój.

    Zostałam sama. Usiadłam na łóżku Roberta, karcąc się w duchu za tę złośliwość. Co jest ze mną nie tak? Wciąż tylko marudzę, a emocję odreagowuję na innych. Moje problemy zaczynają mnie powoli przerastać. Z głęboką nadzieją oczekuję ich końca, lecz póki co nie weszłam jeszcze na start...

                                                               ***
    Już od chwili, kiedy dostałam rzekomy wyrok, zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Świat momentalnie mi się zawalił, a wizja przyszłości stała się niepewna. Bądź co bądź, nadeszła walka z nieprzyjemnym zrządzeniem losu. Jestem już prawie na ringu, przygotowuję się do bitwy... Co dalej? Pojedynku nie wypada przerwać, choćbym spotkała jakąkolwiek przeszkodę.

   W całej sytuacji najgorsze jest to, że muszę całkowicie zmienić mój stosunek do świata, jak i ludzi. Ich trzeba przystosować. Obawy, czy nie odsuną się potem ode mnie są przytłaczające, więc nie mogę na razie nikomu powierzyć pewnej gorzkiej tajemnicy...

                                                                ***
   Dobiegające z kuchni odgłosy, świadczyły o tym, że rodzina jest już przy stole. Niekulturalnie byłoby ich tam zostawić, więc dołączyłam do nich spoglądając to na Roberta, to na rodziców. W ich oczach widziałam stłumiony ból, do którego i tak by się nie przyznali. Rozmawiali o czymś razem, natomiast ja zastanawiałam się w tym czasie co ubrać na spotkanie z Ewą. Termometr pokazywał 23 stopnie, więc mogę spokojnie założyć lekką bluzę którą dostałam na szesnaste urodziny od Patrycji. Ze spodniami nie będzie problemu, bo mam ich niewiele, a nie noszę też jeansów. Kolejny dziwny nawyk. Wiem, wiem...

   Kiedy rozkminy stały się nużące postanowiłam wszcząć jakąkolwiek rozmowę:

- Jak tam u was?

- To raczej my powinniśmy się ciebie o to pytać. - westchnął tata. - Jak się czujesz?

- Fizycznie, czy psychicznie?

- Ogólnie.

- Ogólnie to nie wiem. - zaśmiałam się. Zaczynało mnie chyba brać na żarty.

- A, nie wiesz... - droczyła się mama. - Jesteś pewna?

- Na 100%. - odpowiedziałam

Nagle przypomniałam sobie o pewnej sprawie.

- Na śmierć zapomniałabym! Dzisiaj idę na lody. O 15. Wiem, że niespecjalna pogoda, no ale... Nie zgadniecie z kim?

Tata zamyślił się, po czym puściło oczko.

- Pewnie z jakimś kawalerem. Ach, młodzi...

- Nie te czasy, tato...

- A co ty myślisz, że kiedyś ludzie na drzewach chodzili i było inaczej? - parsknął śmiechem.

- Tato... Nie chłopcy mi w głowie. Najpierw szkoła, potem studia. Jak nic nie stanie na przeszkodzie, oczywiście. .

- Teraz tak mówisz córciu, a później zobaczysz jak się życie potoczy. Ukończysz szkołę, poznasz jakiegoś mężczyznę... A co do zdrowia - nie wolno nam tracić wiary i nadziei. Ona umiera ostatnia. - wtrąciła mama

Wzruszyły mnie te słowa, jednak nadal nie powiedziałam z kim idę się spotkać.

- Czy nie mówiłam wam, że niedawno spotkałam Ewę?

- Tą Ewę, z którą bawiłaś się w piaskownicy...? - zapytał mój brat.

- Robert...

- ... jak miałaś 5 lat?

Pomyśleć tylko, że jesteśmy rodzeństwem...

- Dokładnie. Tą marnotrawną przyjaciółką, która wyjechała stąd trzy lata temu. Teraz podobno znalazła tu wymarzone technikum.

Robert kiwnął głową porozumiewawczo, a mama spytała:

- Tak, to już tyle lat się nie widziałyście. W której klasie wyjechała, bo nie pamiętam?

- Zaraz... Chyba w siódmej.

- Pamiętam jak rozpaczałyście, że nie pójdziecie razem do szkoły średniej. - wspomniał tata. - Chociaż i tak na jedno wyszło, bo ty chodzisz do liceum.

- W pewnym sensie... - mruknęłam tonąc po raz kolejny w otchłani, zwanej wyobraźnią.

                                                                      ***
   Po skończonym posiłku pomogłam mamie przy zmywaniu naczyń, a następnie poszłam do pokoju. W międzyczasie pogodziłam się z bratem, zdążyłam coś narysować i poczytać. Chwilowo przerwałam lekturę, by nalać sobie soku. Spojrzałam na zegar i omal nie dostałam zawału ( tak, tego jeszcze by mi brakowało ). Była 14:53. Mam 7 minut!

- Lecę! - wydarłam się na całe mieszkanie. Nie zdążyłam nawet wziąć nowej bluzy, tylko jakiś stary sweter. No nic, teraz tylko modlę się by zdążyć...

*************************************************************************************************

No cóż. Mistrzostwo to nie było. W rozdziale nie wydarzyło się nic konkretnego, ale następne będą może ciekawsze. Mam nadzieję, że chociaż trochę się podobało, widzimy się niedługo ^^
( czyli za minimalnie tydzień xD )

Mezzoforte

PS Nie martwcie się, niedługo zrobię coś z tym ohydnym, niedopasowanym nagłówkiem :D


niedziela, 9 października 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 5

Hej!

Już jakiś czas zwlekałam notkę, ale jest możliwość, że blog nauczy mnie systematyczności. Poza tym jest jeszcze szkoła - kartkówki z francuskiego i te sprawy no więc...

Tak czy inaczej, zapraszam do czytania i komentowania ;)

Uprzedzam tylko, że ostatnio słowo się wydaję się mnie lubić, także będą powtórzenia. Niestety..

***********************************************************************************

    Przerażająca cisza i ciemność, a następnie oślepiające światło szpitalnych lamp. Nieciekawa rzeczywistość, prawda? Takie są właśnie realia. Prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie teraz co będzie dalej, lecz na priorytet stawiam... reakcję rodziny. Los pokarał mnie za to, że nie powiedziałam im wcześniej. Oni natomiast z niewyjaśnionych przyczyn wydają się być obrażeni, a ja i tak mam na nich zerowy wpływ. Dziwić się temu nie muszę, w końcu ileż można od ludzi wymagać? Jest mi doprawdy głupio, lecz mimowolnie staram się żyć, jakby nic takiego nie miało miejsca.

   Mój stan nieznacznie się poprawił, ale nadal jestem słaba i ledwo orientuję się w tym co robię. Nadzieję przynosi mi jedynie oczekiwanie na upragniony wypis. Poza tym ciągle dręczą mnie wyrzuty sumienia wraz z wszechobecną pustką. Podświadomie czuję na sobie spojrzenia przypadkowych ludzi, jakbym zrobiła coś złego. A zrobiłam.
Każdy wie, że zatajenie prawdy niesie ze sobą konsekwencje. Później następuje tak zwana ''cisza przed burzą'' , a potem strach pomyśleć...

    Moje postępowanie, można z ręką na sercu uznać za karygodne. Patrycja zapewne powiedziałaby mi, że znowu przesadzam i niepotrzebnie dramatyzuję, ale to nie głupoty, jakie robiłam kiedyś. To życie. Rzeczywistość. Rożna jak ludzkie serca.

    Siedzę więc w tym ponurym miejscu, narzekając co chwila na ''niezwykle wygodne łóżko''. Pielęgniarki próbują mi wmówić, że przebywam tu już cztery dni, a ja nie mogę im uwierzyć. Czas dłużył się w nieskończoność, sprawiając wrażenie czterech, ciężkich tygodni.

    Spojrzałam odruchowo na drzwi, oczekując wizyty kogokolwiek. Mama wyszła jakieś dwie godziny temu, gdyż musiała iść w końcu do pracy. Doskonale ją rozumiem, sama postąpiłabym podobnie. Wypis mam za trzy dni, lecz na wszelki wypadek spakowałam już do torby parę rzeczy.

                                                           ***

    Kolejne godziny spędziłam biernie - trochę czytałam, trochę leżałam, potem badania, a później - nuda. Był poniedziałek, 22 kwietnia, co oznaczało, że wolności doświadczę już w czwartek. Z jednej strony radość, z drugiej jednak analogicznie czeka mnie powrót do szkoły, a zarazem do NICH, ale o tym kiedy indziej.

   Bujałam tak w obłokach przez pewną chwilę wyobrażając sobie różne historie, które raczej nie będą miały miejsca. Wtem, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i moim oczom ukazał się jeden z lekarzy oddziału onkologicznego. Popatrzył lekceważąco, po czym przeszedł do konkretów:

- Ze względu na stan panienki zdrowia, opóźnimy wypis o 24 godziny. Chciałem tylko wspomnieć, że rodzice zostali już poinformowani.

To chyba jakieś żarty?! - pomyślałam 

- Przepraszam najmocniej, ale czy mogę prosić o jakiekolwiek słowa wyjaśnienia?

- Doktor Nowak niedługo przyjdzie. Nie możemy zwlekać z odbiorem wyników. - odparł obojętnie i wyszedł.

    Po chwili zjawił się Pan Nowak.

- Dzień dobry. - zaczęłam sympatycznie

- A dobry, dobry. Zależy dla kogo, hehe. Mam tu wyniki, szybko prawda? Proszę tylko nie panikować.

Treść karteczki  niewiele mi mówiła. Lekarz zabrał się do wyjaśnień;

- Masz o tyle szczęścia, że choroba jest w dosyć wczesnym stadium i nic nie jest osądzone.

Ucieszyły mnie te słowa, jednak moment później mina mi zrzedła.

- Niestety, ostatnie badania wykazały pewne nieprawidłowości w krwi. Komórki rakowe powielają się szybko. Jedyne co możemy zapewnić, to dofinansowaną chemioterapię, pozostałe metody są płatne. Jeżeli chemia nie pomoże - trzeba będzie podjąć inne kroki, by osłabić chorobę ale....

Mimowolnie zaczęłam drżeć. Tylko ciężkie łzy, kapiące na podłogę mogły dać upust moim uczuciom. Pan Nowak spieszył się najwidoczniej, gdyż na odchodne rzucił profilaktycznie;

- Tak więc no... Życzę panience zdrowia, proszę odpoczywać i unikać stresu.

Łatwo mówić...

Po tych słowach - wyszedł.

     Klapnęłam zmęczona na łóżko, analizując po kolei wszystko, co usłyszałam, Źle będzie żyć w strachu, lecz czasem po prostu ma tak być? W życiu napotykam wiele trudności, jednak dopiero teraz zrozumiałam pojęcie ludzkiego dramatu i zaczęłam iść pod górkę. Od dziecka uczono mnie, że każda krzywda, zostaje zwrócona i nie powstaje bez żadnego celu. Życie to ciągle układająca się historia - z nieznanym zakończeniem. Wspominając słodkie lata dzieciństwa, które odeszły w niepamięć, staję się coraz bardziej dorosła...

                                   ***
     Nadszedł dzień wypisu. Obudziłam się dziś wcześnie, by spakować pozostałe rzeczy. Przyjechał po mnie Robert, chwaląc się przy okazji zyskanymi prawami jazdy. Przykro było mi na niego spoglądać, wiec drogę spędziliśmy w grobowej ciszy. Chwilę później zajechaliśmy
pod blok. Robert uporczywie nalegał, by sam ponieść walizki. Zdziwiłam się nieco, lecz próbowałam tego nie okazywać. Weszliśmy po cichu do mieszkania, zostając w nim rodziców. Wyglądali na zamyślonych, jednak tata szybko zdał sobie sprawę z naszej obecności, po czym pobiegł do mnie i przytulił. Doznałam poczucia bezpieczeństwa i przerywając uścisk wydukałam ze skruchą:

- Przepraszam...

- Iwona, to już nie ma znaczenia. - westchnęła mama. - Czasu cofnąć się nie da. Jakoś z tego wybrniemy.... Obiecuję.

- Co tu obiecywać. - fuknął Robert idąc w stronę swojego pokoju.

Obrażony?

- Córeczko, wiesz że zawsze ci pomożemy? - zapytał tata nie zwracając uwagi na Roberta 

Uśmiechnęłam się lekko i zdjęłam te okropne okulary.

                                                        ***

    W celu zakończenia tego rozgardiaszu postanowiłam zaparzyć wszystkim herbatę. Mieliśmy ich całą kolekcję, więc miałam z czego wybierać. Po krótkim namyśle zdecydowałam się na zwykłą, rumiankową. Ukradkiem spojrzałam na ścienny zegar, który wskazywał godzinę dwunastą. W tym samym momencie rozchodziły się również donośne brzmienia kościelnych dzwonów. Zaniosłam wszystkim herbatę, usiadłam wygodnie na sofie i wsłuchiwałam się w ciszę. Nie było mi to jednak dane, gdyż  po chwili zostałam dosłownie zasypana natłokiem pytań o wiadomej tematyce. Nużyły mnie niesamowicie, ale koniec końców, odpowiedzieć wypadało.

- Wiecie co? Może zacznę od początku.

- Początek już znamy. - prychnął Robert

- Zapewniam cię, że nie masz o co się obrażać, bo twoja siostra przeżywa to bardziej, niż ci się może wydawać. Poza tym jesteś DOROSŁY, a momentami zachowaniem przypominasz dziecko. - skarciła go mama

Na te słowa przybrał twarz niewiniątka i spuścił głowę z zawstydzenia. 

- Wariat. - skwitowałam

- Kontynuuj... - ponaglał tata

- Jak wiadomo, od jakiegoś czasu jestem osłabiona i zdarzają mi się omdlenia. Z resztą - tę część już znacie. Ustaliliśmy więc, że zrobię profilaktyczne wyniki, by sprawdzić ewentualny niedobór witamin, lub Bóg wie co jeszcze. Było to 18 kwietnia, w rocznicę wypadku babci. Dostałam pewną karteczkę, która mnie ostatnio ''zdradziła''. Oddałam ją do opisu, a potem... się załamałam. Miałam w sobie blokadę, więc nie mogłam wam powiedzieć. Nie wtedy...
Szwendałam się po parku, mieście, aż wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę. Pojechałyśmy na cmentarz, poszłyśmy na spacer. Później to już wszystko wiadomo...

   Zapanowała cisza. Jedynym dźwiękiem ją zakłócającym było głośne tykanie zegara. Momentalnie przeszły mnie dreszcze. Z resztą - nie tylko mnie. Cała trójka siedziała zszokowana.

- Można jeszcze wspomnieć o jednej, bardzo ważnej sprawie. - przypomniał mi się doktor Nowak

- Mów.. - wyjąkała mama

- Parę dni przed wypisem był u mnie taki facet. Doktor Nowak, ma się rozumieć. Taki po sześćdziesiątce. Powiedział mi, że jestem we wczesnym stadium. Niestety... Rak krwi rozprzestrzenia się szybko. Chemię mi dofinansują, tylko co będzie jeżeli mi nie pomoże? Wolę nie wiedzieć...

- Chemia pomoże, a ja ci to gwarantuję! - zerwał się mój brat. - Wiesz głuptasku jak się o ciebie martwimy?! Nie pozwolę! Nie pozwolę byś cierpiała! Jeśli terapia nie zadziała... Mam odłożone pieniądze na studia, zawsze mogę z nich zrezygnować. Tak, tyle powinno wystarczyć.. Rozumiesz, siostra? Na naukę znajdzie się czas. Zdrowie jest ponad wszystko! 

- Nie, Robert. Nie zrezygnujesz przeze mnie z marzeń. - wychlipałam. - Po co podejmować pochopne decyzje?

- Iwcia, może twój brat ma rację? - wtrącił się tata. - Pomożemy ci, jak tylko się da, prawda Ado?

Mama skinęła głową. Nie mogłam tego słuchać.

- Robert, jesteś ambitny, a ja... Co wskóram? Ech... Zmieńmy temat, bo moje choróbsko jest dołujące.

                                                             ***
     Godziny płynęły bardzo szybko i nawet nie zorientowałam się, że nadszedł wieczór. Zmęczona dniem, pościeliłam łóżko, poszłam wziąć prysznic, aż nagle przypomniałam sobie o... Ewie. Chwyciłam komórkę, by wybrać jej numer... Odbierze?

- Halo?

- Ewka - marchewka! - zaśmiałam się. - Poznajesz mnie?

- A jakże IWONKO. O czym chcesz pogadać?

- Pomyślałam sobie, że możemy się spotkać. Może być o 15? Miejsca chyba nie muszę ci podawać?

- Nie musisz. Spotykamy się w lodziarni koło banku. A może by... - zaczęła obmyślać ''genialny plan.

- Wziąć Patrycję?! - zawołałyśmy chórem.

- Ty ją weź, bo jeszcze o mnie nie wie. - zachichotała tajemniczo.

- OK, jak się uda... To do zobaczenia.

- Pa.

    Odłożyłam telefon i położyłam się na łóżku. Zawsze kiedy czułam się samotna, lubiłam patrzeć na migoczące gwiazdy. Uspokajały mnie. Teraz jednak czułam się bezpieczna i zasnęłam niebawem z uśmiechem na twarzy...


*************************************************************************************************

I jak? Ja w sumie aż sama boję się tego czytać xD. Nie bijcie mnie za to, że nie umiem prowadzić dialogów, może kiedyś ( w odległej przyszłości ) się wreszcie nauczę :D
Następny rozdział powinien pojawić się za tydzień także mam nadzieję, że się podobało i do zobaczenia ( ?! ) za tydzień.

Mezzoforte

PS To opowiadanie jest w 100% pozbawione logiki. Może ktoś wytrzyma do końca...





środa, 28 września 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 4

Hej!

Wiem, że długo nie było notki, ale najpierw złapałam lenia, a potem czasu brak. Jestem już jednak z napisanym rozdziałem, więc zapraszam do czytania i komentowania :)



***********************************************************************************

       Jak wyznać bliskiej ci osobie coś, co może mieć nieubłagalne skutki? Pragnę tej ulgi, podzielenia się troskami z inną osobą ale z drugiej strony mam wrażenie, że to jeszcze za wcześnie. Jestem na siebie zła, lecz póki co, niczego nie żałuję. W porę ugryzłam się w język, chcąc jednak w głębi serca, by znaleźć jakiś magiczny sposób rozwiązanie moich problemów. Nie pragnęłam oszustw, lecz w tym przypadku uznałam je za konieczne. Najchętniej odjęłabym to wszystko za pomocą czarodziejskiej różdżki, czy warto jednak wierzyć w cuda? Może tak, może nie...

       Zanim zdążyłam dokończyć niechcianą sentencję, w słowo weszła mi mama, nie słysząca zapewne jej początku:

- Wiesz co? Zrobiło się naprawdę zimno... Masz może kluczyki?

- Zawsze  w kieszeni. - odpowiedziałam

Tak też skierowałyśmy się w stronę auta, po czym tuż przed maską pojazdu, mamę jakby olśniło:

- Z tego wszystkiego zamieszania zapomniałam, że miałaś dziś iść po wyniki, prawda? Chciałabym wiedzieć, czy wszystko w porządku. Ostatnio bardzo się zmieniłaś.

- Pod jakim względem? - starałam się ukryć brak zdziwienia

- Osłabłaś. - mruknęła jednostajnie. - Zrobiłaś się ponura i nie masz już w sobie tyle energii co kiedyś.

Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek miała dużo energii. Poza tym... wiek robi swoje

    Narastała we mnie silna irytacja po tym, jak wszczęła temat, który subtelnie starałam się ominąć. Mruknęłam pod nosem, że porozmawiamy później, a następnie z nadętą miną wsiadłam do samochodu.

    W drodze, rozmyślałam o życiu, O tym co mnie spotkało i może spotkać. Ukradkiem spojrzałam na siedzącą przy kierownicy kobietę. Tą, która wychowywała mnie i od początków dzieciństwa uczyła optymizmu, tudzież radości ze wszystkiego co mi los przyniesie.

   Za to, co mi przyniósł dziękować bynajmniej nie będę. Co ja takiego zrobiłam? Może i się pogubiłam ale zawsze byłam posłuszna, niekonfliktowa, pełna szacunku dla drugiej osoby... Nieraz sądziłam, że dobroć mnie zgubi, nie pozwoli żyć pełną życia. Po części miałam rację. Do dnia dzisiejszego żyję według z pozoru przyjemnego i rutynowego schematu, a poza tym co? Nuda. Nie czuję się nieszczęśliwa, bo nigdy do końca nie wiedziałam czym jest szczęście. Nie tęsknię również za nim, bo jak to tęsknić za nieznajomym?

Pięknym nieznajomym...

   Z tego wszystkiego przegapiłam nawet, że dojechałyśmy pod blok. Chciałam wysiąść, lecz coś skłoniło mnie do kolejnego już spaceru po mieście. Miałam ochotę kogoś spotkać, bądź porozmawiać. Jakoś nie uśmiechała mi się myśl siedzenia w mieszkaniu, a na dodatek dociekliwa mama z pewnością ''wysępiłaby'' ode mnie jakiekolwiek informacje, niegotowe jeszcze do przekazania. Co jak co,  ale póki mogę, wolę przeznaczać czas na nieco ciekawsze czynności, niż przysłowiowe ''gnicie w domu''. Zwłaszcza, że wolnych chwil może być coraz mniej, a ja odczuw to bez najmniejszego bólu. Bo czego mam żałować?

   Zerknęłam na mokre płyty chodnikowe ze śladem wysychających kałuż. Nie spostrzegłam nawet głośnego nawoływania, uporczywie powtarzającego... moje imię? No tak... Chodzenie z głową w chmurach jest już u mnie legendarne.
Czy warto to zmienić? - Nie sądzę.
Czy warto być sobą? - Jak nabardziej, z jednym, jedynym warunkiem...
Teraz chcę czerpać z życia radość, a zarazem nie zgrywać kogoś, kim nie jestem. Skoro paradoksalnie mam już ułożony plan, to po co zadaję tak absurdalne pytania?
Chciałabym wiedzieć...

     Niechętnie przekonałam mamę na krótki spacer, niechętnie się też zgodziła, Niestety stwierdzając po chwili, że mój pomysł jest genialny - również postanowiła się przejść. Ze mną. Co tam - olać tatę i Roberta. Przykro byłoby mi ją zbywać, więc pomimo wahania przeszłyśmy przez teren osiedla, kierując się w stronę lasu.

                                                             ***
    W momencie, gdy dotarłyśmy na miejsce, pogoda zrobiła się przepiękna. Szare, deszczowe chmury przegonił ciepły, wiosenny wiatr, a ślad po wielkich kałużach zdążył zatrzeć swą obecność. Tegoroczna wiosna była wyjątkowo chłodna, lecz przebijające się przez liście słońce zwiastowało coś innego. Wszechobecna zieleń pobudzająca zmysły, zachęcała aż do przebywania na świeżym powietrzy, toteż inspirowała, bądź najzwyczajniej na świecie niosła radość i szczęście. Nigdy nie miałam optymistycznego nastawienia,  a teraz przyznaję sama - doznaję niemałego szoku. To dziwne, ale poglądy potrafię zmienić w jedną chwilę i nie ma w tym słów przesady.

     Głupotą jest dołowanie się, czy patrzenie z przerażeniem w przyszłość, skoro w teraźniejszości kryje się tyle wspaniałości, jakimi tylko może obdarować się życie.
Głupotą jest życie w strachu, skoro nic z góry nie jest przesądzone. Może to tylko kiepski żart, lub zły sen, który tylko odsłania mi oczy na rzeczywistość i rozjaśnia rozum? Pragnę znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania...

    Koniec końców, prędzej czy później rodzina i tak dowie się o białaczce, a mam przeczucie, że to dopiero będzie początek końca. Za dwa miesiące idę na kontrolne badania, więc dopiero wtedy odpowiem na pytanie; To wytok? Czy tylko gra?
Cały czas jest przecież szansa na powrót do zdrowia. Martwi mnie tylko co będzie, jeśli mój przypadek okaże się zbyt ciężki nie znajdę ratunku. Co wtedy pocznę? Ogólnie rzecz biorąc nie przeraża mnie taka wizja, bo przez dzisiejszy dzień zdążyłam już do niej przywyknąć i na wszelki wypadek ułożyć miliony czarnych scenariuszy po to, by psychicznie przygotować się na najgorszy bieg wydarzeń. Całkowicie wykluczyłam natomiast możliwość poddania się, bowiem znam siebie jak nikt inny, a z własnych doświadczeń wiem, że to kompletnie nie w moim stylu.

    Nastał moment paraliżującej ciszy. Mama spojrzała na mnie kątem oka, a ja uczyniłam to samo Świeże, leśne powietrze kręciło aż w głowie, tak samo jak słodki zapach pobliskich kwiatów. Wspominałam już, że zaczęłam spoglądać na rzeczywistość nieco inaczej? Jestem coraz bardziej pewna, o mojej stuprocentowej racji.

Zirytowana, zdecydowałam się przerwać ciszę:

- Mamo...?

Popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem na znak, że słucha.

- Jak ci minął dzisiejszy dzień? - ciągnęłam niezręcznie. - Mi nawet nieźle.... - kłamałam jak z nut. - Poza tym, nie zgadniesz, kogo niedawno spotkałam...

- Czyżby Janka? - rzuciła uszczypliwie, szturchając mnie lekko w ramię. Słysząc jego imię uśmiechnęłam się mimo woli i poprawiłam okulary.

- Nie, nie Janka... Widziałam... Ewę.

- Ewę, powiadasz... Ładna z niej przyjaciółka, że przez tyle lat się nie odzywała. Zawsze byłyście nierozłączne, no ale mniejsza z tym. Co takiego sprowadza ją z powrotem do Warszawy? - spytała już milszym tonem

- Znalazła tu dobre technikum. Podobno profil architektoniczny ale nie mam pewności.

- Dobrze, że czego chce, Zawsze była z niej zdolna dziewczyna. Cieszę się, że zamierzacie odnowić kontakt. Bo.... chcecie, prawda?

- Jak najbardziej. - moja twarz pokryła się szczerym uśmiechem.

    Podczas gdy zagadałyśmy  się na dobre, nie zauważyłam nawet, że na dworze zaczęło się zciemniać. Tato z Robertem już pewnie się martwią, więc zawróciłyśmy i żwawym krokiem wyszłyśmy z lasu. Skąpane światłami ulice oraz blaski samochodowym lamp oświetlały nam drogę i doprowadziły no skromnego osiedla, gdzie znajduje się nasze mieszkanie.

                                    ***
    
     Kocham to uczucie,  gdy wracasz do ciepłego domu, zwłaszcza po szczególnie ciężkich dniach. Mogę się spokojnie odprężyć, bo wieczory mają to do siebie, że w przeciwieństwie do poranków - potrafią ciągnąć się w nieskończoność, dając dużo czasu na.... nic. Chyba każdy lubi porobić "nic". Czy może to tylko moje wrażenie?

    Wrażenie... Z wrażenia klapnęłam zmęczona na kanapę w towarzystwie mojej rodziny,  przygotowując się do kolejnej partii w Monopoly. Z wrażenia nie zdążyłam nawet rozłożyć planszy, bo ni z tąd, ni zowąd coś zwróciło mi w głowie. Ostatnie co pamiętam, to zaniepokojona mina taty i... Pewna kartka, zdająca się opuścić mą kieszeń...

************************************************

I jak? Mam nadzieję, że rozdział nie wyszedł tak straszny, jak mi się go pisało... 
Swoją drogą, nie wiem czy wiecie, ale dodałam zakładkę "pytania do autorki" , więc jeżeli macie jakieś pytania, to zadawanie śmiało ;)
No nic, ja nie będę przedłużać. Czekam na wasze komentarze z opiniami i życzę miłego dnia.

Mezzoforte 

niedziela, 18 września 2016

Nothing Can Happen - rozdz. 3

Czeeeść! ^^

Notka dopiero teraz, bo czasu brak ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Mam wrażenie, że rozdział wyszedł nieco dłuższy, no ale cóż. Zapraszam do czytania i wyrażania szczerych opinii na temat opowiadania. :D   Ach, te przypadkowe rymy... xD



***********************************************************************************
       Pośrodku niewielkiego mieszkania leżała sofa, pokryta aksamitnymi poduchami w odcieniu jasnego fioletu. Na niej natomiast siedziała mama, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. Czyżby dostrzegła coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć? Sercem wydawała się być gdzieś daleko, tam, gdzie nie w sposób się dostać.

        W jej wyrazie twarzy zauważyłam coś dziwnego i niepokojącego. Miałam nieodparte wrażenie, że coś się tu święci, nie mając na myśli niczego, co by mogło na mnie ( na nas ) pozytywnie wpłynąć. Stałam więc u progu drzwi, czekając na choćby najmniejszy znak wyjaśniający wszystkie wydarzenia, mające niebawem nadejść. Uznałam jednak, że nie będę zgrywać proroka i sama wykonam pierwszy krok.

Wtem, odkryłam źródło zmartwień mojej rodzicielki, bowiem wzrokiem nie śledziła jedynie pustej, jak by się mogło wydawać przestrzeni, lecz starą, rodzinną fotografię ( bodajże z lat 60 - tych ) umieszczoną na komodzie.

Właśnie, fotografia... Od czego tu zacząć?

     Bywały w naszym życiu chwile, które trudno przezwyciężało się zwykłymi błahostkami, czy słowami zachęty Bywały też niezliczone dni, kiedy wszyscy oczekiwaliśmy lepszego jutra, a  niekiedy dochodziło do sporów i sprzeczek, Dni, które od czasu do czasu przeżywa każda  rodzina, wzloty i upadki - wszystko toczyło się normalnie, swoistym tempem. Najważniejsze było jednak niedocenione szczęście - odebrane bez szacunku, dotknąć potrafi bardziej, niż cokolwiek innego. I o to właśnie chodzi...

                                                               *****

        Nastał bowiem dzień, który nie był tylko następstwem kolejnej, zwyczajnej porażki, stanowiącej maleńki element życiowej układanki. Nikt, wśród swej naiwności nie dostrzegł, że czasami wszystko toczy się zupełnie inną ścieżką. Lub autostradą.
        
       Rodzina mojej mamy była ze sobą niesamowicie zżyta. Wspaniałe dzieciństwo, potem dorosłość, małżeństwo, narodziny Roberta. To było takie piękne... Na zdjęciach z jego chrztu widnieje uśmiechnięta twarz cioci Elizy - siostry mojej mamy oraz babcia z dziadkiem i cała reszta. Wspominając - bardzo zgrana, radosna i kochająca rodzina. Wydawać by się mogło, że nierozłączna.

      Los chciał jednak inaczej. Zakpił z nas zwyczajnie, zranił. Do dziś pamiętam ten ból, gdy 18 kwietnia 1991 roku, otrzymaliśmy od ich sąsiadów wiadomość o tragicznym finale wypadku samochodowego, który prowadził wujek ( byli w nim również babcia z dziadkiem, jak i ciocia ) w drodze na spotkanie u znajomych.
 Ufając wersji świadków, był to moment - zderzenie z ciężarówką towarową, a samochód do kasacji. Przeżył tylko pies babci - pozostali zginęli na miejscu.
 Został żal, wraz z towarzyszącą mu wszechobecną pustką...

                                                                  *****
     Przeznaczenia człowiek nie oszuka. Życie nauczyło mnie, by nie igrać z losem. Gdy jest nad tobą siłą wyższa stajesz się bezradna, niczym małe kurczątko. Wychodzisz z bezpiecznej skorupki, narażając się na wszystko, co nie powinno mieć miejsca. Jesteś bezbronna.
    
    Po co więc liczyć na coś, co się nigdy nie spełni i odpływać myślami w nieznane? Mam 16 lat, a już dorobiłam się przekonań, że nie warto marzyć, nie warto planować. Należy móc cieszyć się chwilą, każdą najmniejszą drobnostką. Choćby zapachem ozonu i rutynowym spacerem po deszczu...

                                                                 *****

Z kolejnej w tym dniu refleksji wyrwało mnie słabe westchnięcie mamy. Cichutko podeszłam do niej witając się delikatnie:

- Mamo...?

W odpowiedzi uzyskałam jedynie pełne smutku spojrzenie

- Chodźmy na cmentarz. zaproponowałam - Nie możesz się dalej zasmucać. Już pięć lat minęło, prawda? To trudne ale musimy być przede wszystkim...

- Silne? - dokończyła, łapiąc mnie delikatnie za rękę - Wiem, wiem, ja tylko...

- Chodź! - zawołałam zachęcająco z lekkim uśmiechem na mojej bladej od łez twarzy.

Tym razem i u niej zawitał subtelny uśmiech.

 Nie mówiąc za wiele, wyszłyśmy z mieszkania, udając się w stronę parkingu. Podałam mamie klucz do samochodu, po czym obie ruszyłyśmy małym fiacikiem w stronę leśnego cmentarza, otoczonego żółtymi jak słońce kwiatami i pokrytego zielenią świeżej trawy.

                                                             *****
- Nie zapomnimy ich. - orzekła mama po długiej chwili rozmyślania

     Deszcz przestawał już padać i dawał nadzieję na lepsze jutro. Słowa mamy mnie nie dziwiły. Zawsze w tę rocznicę popadała w melancholię, a potem na nowo się zbierała. To trzeba przetrwać. Uzbroić się w cierpliwość, będąc przy niej jak matka z córką.

- Wiesz, mi również jest niezmierni przykro, po straciłam przecież cząstkę swojego dzieciństwa. Skończyły się grille na świeżym powietrzu, ogniska przy których babcia z dziadkiem układali śmieszne piosenki, zabawy na podwórku... Ten dom - nie jest już taki jak dawniej. Stoi pusty, bo przecież cóż było z nim zrobić, jak nie sprzedać? Tamte chwile odeszły bezpowrotnie. - sama dziwiłam się, że mówię to na głos - Mam tylko jedną prośbę. Nie rozdrapujmy już starych ran, bo w końcu nie dadzą się zagoić. Tak czy inaczej przyjdzie nam to z trudem i nigdy o nich nie zapomnimy.

 Mama przez chwilę stała w bezruchu, po czym zapytała:

- Może już pójdziemy?

- Nie zależy ci?

- Nie, po prostu trochę tu chłodno...

   W tym momencie puknęłam się w głowę. Fakt, nie do końca się rozpogodziło.

- A, rzeczywiście. To ja.... ten, no, przepraszam. Już idziemy - majaczyłam

Po chwili dodałam:

- Do widzenia Wam.

    Wtedy poczułam, że nie wytrzymuję. W gardle urosła mi wielka gula, czekająca tylko aż skłoni mnie do płaczu, Tak trudno to w sobie tłumić. Wdech, i idziemy...

- Mamo. - zaczęłam. - Ja...


*************************************************************************************************

I jak? Podobało się? Mam nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu :D
Dziękuję z całego serca za komentarze pod poprzednim rozdziałem, bo nie sądziłam, że TO może się w ogóle podobać. Za wszelkie błędy przepraszam i życzę wam miłego dnia ;*

Pozdrawiam

Mezzoforte